GRY-Online.pl --> Archiwum Forum

Moja autorska praca - Gildia - prosze oceniać i komentować

25.07.2009
22:33
[1]

Yerten [ Pretorianin ]

Moja autorska praca - Gildia - prosze oceniać i komentować

Chciałem spróbowac swoich sił w pisaniu i oto wyszedł jakiś twór, narazie jest to wstęp do historii, ale jednak chciałbym go poddac Waszej ocenie, liczę na konstruktywną krytykę, zastrzegam iż tekst byl pisany na żywca i nie editowany. Moga występowac błedy ortograficzne.


Yerten (dawny $Respect$)

_/_/_/_/_/GILDIA_/_/_/_/_/

ROZDZIAŁ PIERWSZY



-Zacni panowie, wyprowadźcie stąd tego przybłede, nie będzie mi po stołach rzygał - rzekł grupie najemników siędzących przy najbliżyszm stole, sędziwy, brodaty karczmarz.
-Gospodarzu, podasz kolejke, to i załatwimy sprawe - odezwał się rudy najemnik
-Dostaniecie dzban piwa
-Dzbanem to sobie karczmarzu możesz gardło przepłukać, po kuflu na łepetyne i tamten porzyganiec przestanie sprawiać kłopoty.
-Niech więc tak będzie - pobłażliwie kiwnął karczmarz.
Trzech najemników wstało od stołu i wolnym, pewnym krokiem zmierzało w kierunku kąta alkierza. Pod narożną dębową belką podtrzymującą strop siedział, a właściwie leżał na stole, łysy mężczyzna.
- Hej, przybłedo, jeśli życie Ci miłe to predko wynoś się stąd - powiedział wysoki i rudzielec.
Mężczyzna podniósł nieprzytomnie głowe znad kałuży wymiocin w której leżała, zamamrotał coś, pobłądził zapitymi oczami po sali karczmy, po czym z braku sił przewrócił się na bok. Głową uderzył o dębową ławę na której siedział.
- Aaa... Khurwa – zaklnął pijak
- Wynoś się wywłoko! – wykrzyknął najemnik. Na te słowa mężczyzna zareagował, podniósł głowę, spojrzał prosto w oczy osiłkowi, który go przed chwilą wyzywał.
- Ty... -bęknął - ty skurwysynu ty, mnie będziesz obrażał, mnie? Ty chyba nie wiesz z kim rozmawiasz blyy - kolejna porcja wymiocin wyciekła z ust mężczyzny - Khurwa! Wypierdalajta ode mnie! - nie zdołał dokończyć zdania osunął się bezwładnie pod stół
- Kaszana, Flacha wynieście go! - rzekł władczo rudy najemnik drapiąc się po nieogolonym od kilku dni rudym zaroście. Dwóch osiłków podniosło pijanego, który w tym momencie ponownie oprzytomniał. Spojrzał na jednego, potem na drugiego, jego oczy zaczeły lawirować, obrócił głowę jeszcze raz patrząc na rudego najemnika - Ty ruda pałooo! - Wykrzyczał po czym zwymiotował na zielony kubrak Flachy, który nie chcąc być mu dłużnym z całej siły strzelił go w pysk. Krew zaczęła spływać po twarzy pijanego mężczyzny, mieszając się w okolicy ust ze śliną i resztkami wymiocin po czym spływała dalej na małą czarną bródkę.
- Wyprowadzajcie go chyżo bo zafajda całą gospodę - powiedział karczmarz
Najemnicy chwycili mocniej nieprzytomne ciało i wynieśli tylnym wyjściem z karczmy. Zostawili go na tylnej uliczce obok starej beczki po piwie, w której szalała szczurza gromada. Odwrócili się na pięcie i ponownie weszli do wnętrza gospody, gdzie zasiedli do swojego starego stołu.
Karczmarz szybko przyniósł trzy kufle, po czym skinął głową i odszedł. Flacha czyścił swój kubrak. Kaszana wycierał ręce w obrus stołu, a rudzielec patrzył się w ciszy na malutkie bąbelki unoszące się do góry w kuflu z piwem.
- Panie Karczmarzu co to za badziewie pan nam nalał, jak panu piwo zielenieje to nie nam się tu chwalić tylko z pomyjami wylać - odrzekł po kilku chwilach krótko rudy najemnik.
- Jakie zielone! Mości panu sie wydaje
- Nie wydaje mi się! My tu panu ładnie gospodę z pospólstwa wysprzataliśmy a pan nam zgnojone piwo w zamian. Tak się nie godzi mości karczmarzu. Nie nam. My jesteśmy spokojni, ale do czasu - zdenerował się rudy i z wściekłości jednym ruchem ręki zrzcił ze stołu trzy kufle, które rozbiły się o podłogę i zmieniły w kupę drobnych szkiełek w zielonej kałuży.
- Dawaj piwa! - krzyknął Flacha
- Już panowie, już podaje - odrzekł karczmarz, po czym przykucnął pod blatem i otworzył szafkę znajdującą się pod nim.
- Idź po Baldwina - wyszeptał karczmarz do wnętrza szafki, coś się poruszyło, zza brzegów wiklinowego koszyka wyłoniły sie piwne oczy małego kundla. Pies wstał z koszyka i bokiem blatu podążył do kuchni a stamtąd tylnim wyjściem wybiegł na boczną ulice miasta. Karczmarz zaniósł najemnikom kolejne kufle z piwem, na które szybko rzucił się spragniony Kaszana.
- Gdzie tu sie wyjszczać moge? - wymamrotał Flacha, pijany już po czwartej kolejce
- Na dwór wara, mi tu lać nie będziecie!
- Oj widze pan karczmarz strasznie rozeźlony to ja sobie przez kuchnie na ulice wyjdę
- Przez kuchnie już nie wolno
- Panie szanowny karczmarzyku, nam wolno - powiedział rudzielec popychając karczmarza stojacego w przejściu do kuchni - Oooo a co to? Panie karczmarzu taką dziewke pan w kuchni więzi, puść pan ją w towarzystwo niech sie nie boi - kontynuował najemnik powoli podchodząc do przestraszonej kucharki, która dopiero co weszła do kuchni
- Rece wara od niej bandyto!
- Aaaa! Wynocha bydlaku! - krzyczała złapana właśnie za pierś dziewczyna
- No chodź tu dziwko! Zabawimy się - kontunuował Flacha próbując siłą usadołowić dziewczyne na taborecie i zdjąć z niej fartuch – Rudy chodź no, panne tu mam!
- Wypierdalać stąd bydlęta to kulturalny lokal - powiedział nieznajomy, wysoki i baraczasty mężczyzna, który właśnie wszedł do gospody.
- Baldwin jesteś! – krzyknął uradowany karczmarz
- A ty przybłedo czego chcesz, bohatera grasz ha? Flacha, Kaszana jest troche farby do spuszczenia - dwóch najemników ze sztyletami w rękach rzuciło się na mężczyzne. Nieznajomy szybkim ruchem wyjął swój kordelas. Rudzielec rzucił dziewczyną o stół po czym sam chwycił się za pas i w tej chwili odkrył, ze broń zostawił przy stole w dużym alkierzu. Szybko rozejrzał się po kuchni i złapał stary widelec leżący na brzegu jednego z kuchennych blatów. Nieznajomy ruszył w ich kierunku wolnym kroczkiem, pierwszy do walki z nim wyszedł Flacha, który po nieudanym pchnięciu jakie chciał wykonać i uniku swojego rywala, wylądował z głową w beczce kapusty.
- Wstawaj, bo gęba ci się skwasi - powiedział Baldwind podwijając rękawy lnianej koszuli
- A masz skurczybyku - Flacha z rozpędu rzucił się na mężczyznę, który sprytną fintą położył najemnika na drewnianej podłodze kuchni
- I kto tu teraz jest górą? - mężczyzna nawet nie zdąrzył dokończyć zdania gdy w jego kierunku ruszyli prawie jednocześnie rudzielec i Kaszanka. Żelazo świsnęło, jeden raz, drugi, trzeci, zrobiło się wielkie zamieszanie, ktoś trzasnął drzwiami, ktoś inny ryczał z bólu, jeszcze inna osoba zrzuciła z półki trzy duże naczynia z mąką. W powietrze wzniosła się biała chmura. Walka trwała jeszcze chwile po czym w całej kuchni nastała cisza. Zza ściany alkierza wyłoniła się drżąca głowa gospodarza. Widok jaki rozciągał się przed jego oczami był straszny. Na taborecie siedział Baldwin przyglądając swojej ręce. Ciała Flachy i Rudego leżały bezwładnie opruszone mąką na środku kuchni w wielkiej kałuży krwi , nieco dalej pod tylnymi drzwiami dyszał jeszcze Kaszana mocno dociskając rękę do głebokiej rany na udzie, powoli wstawał, jednak nie miał ochoty na dalszą walkę, delikatnie, kulejąc szedł w strone tylnego wyjścia. Nagle poczuł jak dębowe deski uderzają w jego głowe. Drzwi otworzyły się, boleśnie raniąc ostatniego z najemników. W futrynie stał ten sam pijak, który jeszcze nie dawno został wyrzucony z karczmy.
- Kapelusz, phhy zapomniałem kapelusza – wymamrotał pijany mężczyzna, wycierając błoto z lewego policzka. Tymczasem leżący pod jego stopami Kaszana, wyjął z buta mały nóż podróżny. Złapał go pewniej i zaatakował pijaka, który zadziwiająco szybko zablokował atak i wyjął swoją szabelkę . Z precyzją nadwornego chirurga uciął dłoń najemnika. Kaszane opanował ból, jego oczy poczerwieniały, ręka zaczęła dygotać. Spoglądał chwile na swoją lewą dłoń nie należącą już do niego.
- Coś ty mi zrobił bandyto! – wykrzyknął ostatkiem sił po czym zemdlał.
- Baldwin co się stało? - spytał karczmarz
- Nic tam mości teściu, jeno palucha jednego mi odjeli do wesela sie zagoi, gdzie jest Hela - spytał mężczyzna rozgladając się po kuchni. Dziewczyna wychodziła powoli spod jednego ze stołów. Cała drżała, nie mogła nic powiedzieć, strach opanował jej ciało. Ledwo powstała na nogi szybko podbiegła do Baldwina wtulając się w jego ramiona
- Nic Ci nie jest kochana?
Nie usłyszał odpowiedzi tylko przenikliwy płacz przestraszonej dziewczyny.
- Już dobrze - powiedział karczmarz podchodząc do ściskającej się pary - No dzieci przydało by się sprzątnąć tu trochę. Hela idź po Garla, pomoże Baldwinowi znieść te ciała do piwnicy.
Dziewczyna niechętnie opuściła ramiona ukochanego i wyszła z kuchni.
- Chwalcie niebiosa, że wiecej gości nie było
- A no panie Ranvell słuszności
- Taa, ale dziecko co z twoim palcem
- Nie cza się martwić, ten akurat nie był mi do niczego potrzebny. Mam jeszcze cztery do drapania po tyłku - uśmiechnął się Baldwin - A kim ty jesteś przybłędo?
Jam jest phrryy – zakrztusił się pijak – jam jest sir Marvin von Guthersdorf herbu Złota Kaczka phfyy - splunął
- Wynoś się pijaczyno, tyś nawet nie wiesz kim jest von Guthersdorf
- A się panie drogi zadziwisz, bo znam go osobiście, sukinsyn oszczany, dziesięć lat jak wół dla niego pracowałem a on mnie jak psa na gnój, na ulice. Ja znam całą Kompanie lepiej niż on!
-Toście w Kompani pracowali?
- Ano robiło się robiło, byłem marynarzem, pokładowym, strażnikiem i się dorobiłem dowódcy brygady. Miałem dwunastu pod sobą, a teraz ino jeden leży. – Zaśmiał się pijak
- Ta odcięta ręka, równo co do cala, gdzieś się tak walczyć nauczył? – spytał Baldwin
- A to pani mojej obiecałem nikomu nie mówić
- Pani twojej?
- Ano – pijaczyna wysunął z zza pasa misternie zdobioną cienką szable z lekko wygiętą głownią
- Miło mi poznać twoją lube.
Pijaczyna uśmiechnął się głupio, zmrużył oczy i osunął się na stół. Po chwili cicho przeklnął i podniósł się z powrotem.
- Pomóc Ci może jakoś
- Piwa bym się napił panie
- Piwa to tyś już chyba za dużo wydoił, pomóż mi posprzątać to dostaniesz chleba i ogonówki. Dam Ci kadź cobyś się umył bo capisz jak bonakon.
- Bonakon sam nie śmierdzi, jeno smrodem wrogów atakuje, spotkałem tą bestie na wyspach wschodnich, w kilku chłopa ledwośmy ją ucapili, potem kilka dni myć się musieliśmy non stop bo wytrzymać nie szło. Bydle straszliwe.
- Wiedźmina trzeba było wynająć
- Wiedźmaków coraz mniej, na kontynencie robote mają a nie będą się szlajać po jakiś wyspach przez dzikusów zamieszkałych.
-A no prawda, ale już mniejsza z tym bo trupy stygną, do roboty!
Mężczyźni zabrali się do roboty. Powoli wynieśli zwłoki tylnym wyjściem. Ułożyli je na niewielkim, dwukołowym wozie i przykryli starannie słomą. Żywego Kaszane wynieśli na boczną uliczkę i usadowili na ławce koło beczki pełnej szczurów.
- Niedługo będzie się ściemniać. W kuchni jest stary płaszcz teściowy, weź go bo zamarzniesz.
- Dziękuje panie – powiedział pijak
- Nie mów do mnie panie, czy ja Ci się nie przedstawiłem?
- Ano nie było okazji
- A to przepraszam. Jestem Baldwin, chorąży milicji miejskiej i karczmarzowy zięć
- No tego się domyśliłem.
- No dobrze znasz moje imię, ale z tego co pamiętam ty też się nie przedstawiłeś
- Jestem Yerten – powiedział pijak. Baldwin uśmiechnął się życzliwie i podał mu rękę.
- No, ale będzie tych czułości idź po płaszcz bo musimy już ruszać.
Minęło kilka chwil zanim Yerten wrócił. Szary skórzany płaszcz karczmara idealnie pasował do rudej koziej bródki pijaka. Mężczyźni podnieśli dwa dyszle przytwierdzone do wozu i ruszyli naprzód. Wóz szedł ociężale choć ulice miasta były dobrze wybrukowane. Często wpadali w dziury w bruku, których było na koleinach pełno. Kopka słomy kołysała się na żwawo muskana ciepłą wieczorną bryzą wiejącą od strony brzegu. Koła trzeszczały głośno. Wkońcu wyjechali na główną ulice prowadzącą od rynku miejskiego do mostu. Yerten zauważalnie przetrzeźwiał, zmęczenie jednak dawało o sobie znać. Z rynku do mostu było z górki więc krzywe koła toczyły się coraz szybciej. Ulica skręcała w lewo i opadała jeszcze bardziej w dół, prowadząc do wizgardzkiego mostu.
Była to potężna konstrukcja. Nawierzchnia mostu była podpierana na czterech parach kolumn. Dwie z nich były przy brzegu po obu stronach rzeki. Były to wysokie kamienno ceglane kolumny na szczycie których przymocowane były łańcuchy trzymające pierwsze przybrzeżne przęsła których początki trzymały w pyskach dwa wielkie kamienne lwy stojące przy wejściu na most. Pozostałe dwie jeszcze wieksze pary kolumn znajdowały się w środku rzeki, były znacznie grubsze od poprzednich. Na nich znajdowały się mechanizmy zwodzenia mostem.
Mężczyźni z wielkim trudem pokonali most i wjechali do lewobrzeżnej dzielnicy biedoty położonej nisko nad brzegiem Wizgi. Skręcili w boczną uliczke i jechali wzdłuż kamiennego nabrzeża szukając dogodnego miejsca do pozbycia się zwłok. Koła wozu co i rusz zatrzymywały się grzęznąc w błocie i pomyjach. Ujechali jeszcze kilka kroków. Zatrzymali się za jedną ze starych szop.
- Chyba już wystarczy – powiedział Baldwin podchodząc do tylnej części wozu.
- Ano i wystarczy bo mi się już cieżko od tego wozu zrobiło – powiedział Yerten ciągnąc za nogę rudego trupa.
- Daj pomogę Ci – Baldwin złapał za martwą rękę najemnika.
- Na trzy – rzekł Yerten zaczynając kołysać ciało
- Raz, dwa, trzy – woda chlupnęła w górę, zwłoki znikały w brudnej rzece, podobnie uczyni z kolejnym ciałem. Zmrok stawał się coraz gęstszy.
- Yerten idziemy, strach w nocy chodzić po takiej dzielnicy nawet milicjantowi.
W gospodzie na nich czekali, Hela z matką przygotowywali kolacje a karczmarz zabawiał gości opowiadając historie kapitana Gołębia – wilka morskiego okolicznych wód.
Mężczyźni zaś zasiedli w kuchni i tam rozmawiali długo przy butelce trygorskiego wina.

----------------------------O-----------------------------


- Jak się spało? – spytała czarnowłosa sędziwsza już kobieta wchodząc na strych, gdzie spał Yerten
- Trochę twardo, ale przynajmniej sucho i ciepło, kim jesteś? – spytał Yerten drapiąc się po swojej łysinie, niewiele pamiętał z poprzedniego dnia a już na pewno nie pamiętał małomównej żony karczmarza, która podawała mu kolacje.
- Jestem Hanka żona karczmarza, nie pamiętasz?
- Nie do końca pamiętam wczorajszy dzień – powiedział ziewając
- Ale tu gratów, chciałbyś coś zarobić? – spytała Hanka rozglądając się po strychu
- Właściwie to mam pieniądze
- Tak, a skąd, nie wyglądasz na takiego co dużo zarabia
- Pracowałem dziesięć lat w Kompani, na wypowiedzenie dostałem spory żołd
- Marynarzem jesteś?
- Nie, najemnikiem, ochraniałem konwoje z wysp przed piratami, zabezpieczałem towary na wyspach i takie różne.
- Tfu piraci pogańskie plemię, chodź na dół dostaniesz śniadanie – powiedziała kobieta idąc w strone schodów
Yerten wstał, otrzepał swoją łysą głowę ze słomy, podrapał się po rudej brodzie i ruszył na posiłek. Na dole zobaczył uroczyście ubrany stół wypełniony po brzegi jadłem. Dookoła siedziała rodzina karczmarza i jakaś nieznana mu kobieta. Od razu wpadła mu w oko, szczupła blondynka, niebieskie oczy i te gruszeczki, dla Yertena był to ideał kobiecości. Podszedł bliżej, ukłonił się i usiadł na wolnym miejscu. Wszyscy dziwnie na niego patrzyli, przez co nie czuł się najlepiej, postanowił rozluźnić atmosferę.
- Co to dzisiaj jakieś święto mamy? – zaśmiał się
- No to nic nie wiesz, dzisiaj zaczyna się Jarmark
- Rozumiem, ale po co te stroje i to wszystko?
- Na rynku w południe książę będzie nadawał stopnie wojskowe, Baldwin ma zostać kapitanem. Będzie uroczysta nominacja, specjalne modlitwy w świątyni. – powiedziała karczmarka
- Ee.. gratuluje, chętnie to zobaczę
- Wątpie, nie wyrobisz się z podróżą – powiedział Baldwin łapiąc widelcem kawałek tłustej kiełbasy
- Jaką podróżą ? – spytał Yerten nakładając na swoją miskę kasze
- Rozmawialiśmy wczoraj wieczorem, masz jechać do krasnoludów, do Goerth-Ewlusen z wiadomością
- Ke? – spytał Yerten katem oka przygladajc się siedzącej naprzeciwko i nic nie mówiącej obcej dziewczynie, zastanawiał się, dlaczego nikt ich nie przedstawił, ale nie mógł teraz o tym myśleć, próbował wszakże dowiedzieć się co się działo wczorajszego wieczora.
- Nie pamiętasz? – spytał milicjant
- Niezbyt, co się działo wczoraj wieczorem?
- Po tym jak wróciliśmy zasiedliśmy do kolacji, potem rozmawialiśmy, mówiłeś, że zostałeś wyrzucony i szukasz zajęcia to Ci przydzieliłem zadanie.
-Musicie tu rozmawiać o takich sprawach – zapytał podenerwowanych karczmarz
- Spokojnie kochany niech sobie pogadają, nam to nie przeszkadza – Hela uspokajała męża
- To my wyjdziemy do kuchni – powiedział Baldwin
- A śniadanie? – zapytał Yerten opróżniając swoją miskę
- Zjesz poźniej
Mężczyźni wyszli z głównej sali i udali się do kuchni, przysiedli na dwóch dębowych taboretach stojących przy małym stole.
- O co chodzi z tą wiadomością?
- Czekamy na dostawę z krasnoludzkich manufaktur, dam Ci wiadomość z rachunkiem z krasnoludzkiego banku, żeby wiedzieli, ze wpłaciliśmy pieniądze. Potem weźmiesz transport pod opiekę i przyprowadzisz tutaj.
- A ludzie? Potrzebuje do tego kilku ludzi
- Ludzie wyjada dziś wieczorem, spotkacie się na miejscu. Transport będzie liczył dwanaście wozów, mam nadzieje, że piętnastu ludzi i dwudziestu strażników starczy? Dostaniesz jeszcze pięćset złotych koron na drobne wydatki w czasie podróży chyba też wystarczy
- Wystarczy, ale chwila chwila…
- Słucham
- Dlaczego masz do mnie takie zaufanie, przecież mogę wziąć wiadomość i wyrzucić za pierwszym zakrętem.
- Twój tatuaż pod lewą dłonią, symbol Wartowników, którym jak mniemam byłeś
- Wartownikiem jest się ciągle, nawet wtedy Wartownia jest zniszczona
- Słyszałem co się stało na Xoren, wierz mi to nie byli zwykli bandyci.
- No dziwne, takiej twierdzy złodzieje nie zdobędą
- Mówią że Trygor maczał w tym palce
- Pies ich jebał, rok temu byłem na Xoren miałem się stawić po dziesięciu latach wolności.
- Próba wolnego wiatru?
- Tak, dziesięć lat na ostateczny wybór ścieżki życia… Takie pierdoły nam wciskali
- To ile ty masz lat?
- Trzydzieści jeden, miałem osiem jak mnie wzięli do siebie, kilkanaście lat nauk i prób, dziesięć lat wolności i jak się już zdecydowałem to mi Warownie rozjebali, sukinsyny.
- Koniec tych opowieści pod drzwiami masz zapakowane juki, koń czeka w stajniach przy moście, powołasz się na mnie. Tu masz pieniądze. – Baldwin wyjął zza pasa dwa duże mieszki i położył na stole
- Weź to do banku i dorzuć jeszcze ten mieszek – Yerten rzucił na stół kolejny mieszek – to jest mój żołd z Kompani, pięćset sztuk złota z herbem Kompani, wrzuć wszystko na konto u Barima w porcie
- Jak sobie poradzisz bez pieniędzy?
- Mam jeszcze stówe, na podróż starczy. Złodziei w pierony, trzeba uważać.
- Prawda. A teraz prywatna sprawa. Ostatnio na służbie znaleźliśmy dwa ciała, poszukiwanych złodziei. Leżeli pod mostem ze sztyletami w sercach, prawdopodobnie samobójstwo. Przeszukaliśmy ich, jeden z nich miał list. – Baldwin wyjął z kieszeni pomiety kawałek podartego pergaminu i podał go Yertenowi

… czasu, trzeba znaleźć Golhira on coś wie, może nam pomóc w budowie kanału przerzutowego. W skarbcu świątynnym jest złota bransoleta z niebieskimi kamieniami, dookoła jakieś dziwne runy, księżyc, słońce, wilk, drzewo, i waga Wartowników, koniecznie tego potrze….

- Jako straż miejska zabezpieczyliśmy skarbiec świątyni. O kradzieży nie ma mowy. Przeszukaliśmy całą świątynie, ale nie znaleźliśmy tej bransolety. Kapłani mówią, że nic takiego tam niegdy nie było. Pokazaliśmy im opis, twierdzą, że to jakaś pseudoświętość Wartowników, wiesz coś o tym?
- Nie, ale daj list, może w czasie podróży czegoś się dowiem.
- Ruszaj – powiedział milicjant klepiąc Yertena po plecach – powodzenia.
- Bywaj – mężczyzna założył juki za plecy i wyszedł.

----------------------------------------------------O-----------------------------------------------

Szedł wzdłuż jednej z ulic w kierunku stajni, wszędzie było tłoczno ludzie gęsto szli w przeciwną stronę, na Plac Miejski. Po kilku chwilach dotarł do stajni, powiedział od kogo jest i w jakim celu przyszedł. Wpuścili go bez problemu. Kroczył powoli przeglądając kolejno nudzące się konie. Na samym końcu stajni w ostatnim boksie zobaczył ładną szarą kobyłke, podszedł bliżej. Przy wejściu do boksu zostawił juki i wszedł. Zaczął głaskać grzebiet klaczy, gładził ręką sierść, powoli doszedł do pyska. Podniosł rękę chcąc poczuć grzywę konia w tej chwili zwierze zbuntowało się. Kobyła staneła na tylnich łapach machając przednimi w kierunku Yertena. Rżała przy tym okropnie. Mężczyzna odskoczył w kąt i począł wołać pomocy. Koń zbliżał się do niego, musiał wejść do drewnianego koryta na wode zrobionego z połowki beczki. Pomylił się, koryto nie wytrzymało spadł z łoskotem w głeboką dziure. Spadł do piwnicy. Wszystko go bolało. Był mokry od wody w korycie. Pochrobotał się bardzo. Siedział na małej kupce siana i resztkach koryta. Zdjął kurtkę, wstał i zaczął się otrzepywać. Rozejrzał się dookoła panował półmrok. Spojrzał w górę w kierunku dziury w którą wpadł. Zobaczył jakiś szary kształt, ujrzał kilka małych ciemnych obiektów spadających z góry. Odsunął się. Gdy to coś skończyło spadać przysunął się bliżej. Kurtka która leżała bezpośrednio pod dziurą była cała w końskim gównie. Yerten przeklnął. Postanowił zwiedzić piwniczke. Dookoła znajdowało się wiele drewnianych beczek i skrzyń. Szedł dalej, przed sobą ujrzał wiązke światła wychodzacą z drewnianej ściany. Podszedł bliżej, za deskami zobaczył kawałek nadbrzeża rzeki. Cofnął się, zrobił zamach i prawą nogą wyrwał deskę łamiąc ją na kilka kawałków.
- Hm.. nie ma to jak spróchniałe drewno – pomyślał uśmiechając się. Ruszył naprzód, powoli przeszedł przez dziurę w ścianie i znalazł się na małym, obrośniętym niską trzciną skrawku brzegu. Obok wznosił się majestatyczny z tej pozycji most. Najemnik poraz pierwszy od dłuższej chwili poczuł coś co nie śmierdziało końskim gównem. Nie była to do konca bryza morska, tylko smród zepsutych ryb pomieszany z zapachem trzciny i innym dziwnym zapachem, którego Yerten nie mógł rozszyfrować. Spojrzał się w obie strony. Obok niego wznosił się kamienno ceglany mur brzegowy. Wysoki na jakieś dziesięć łokci, za nim była drewniana wyrywa, nie chciał jednak wracać na górę przez stajnie. Postanowił pójść brzegiem. Pod mostem natrafił na ślady krwi.
- Złodzieje o których mówił Baldwin, to tu – pomyślał, przyjrzał się śladom krwi, prowadziły od strony wody. Podszedł pod samą linie brzegową, jego buty tonęły w wilgotnym piachu, z którego gdzieniegdzie sterczały drewniane pale starego nadbrzeża i rybackich przystani. Było wśród nich też kilka głazów naniesionych przez rzekę. Najemnik próbował się o jeden z nich oprzeć, jednak kamień był śliski i Yerten obsunął się w zarośla obok głazu. Podciagajac się na rekach poczuł coś w dłoni. Podniósł ręke i wyjął z piasku kawałek garbowanej brazowej skóry. Otarł go jedna reką z reszty mułu i ujrzał na nim dziwne wypalane linie i kreski. Przyłożył skóre do spodni i potarł dokładnie. Na kawałku była jakas prowizoryczna mapa. Przyjrzał się bliżej, dostrzegł kawałek rzeki, i most, dokładnie ten sam most zwodzony. Po prawej stronie rzeki nad przęsłem był jakiś zaznaczony kólkiem obiekt. Yerten postanowił go zbadać.

25.07.2009
22:52
[2]

ppaatt1 [ Trekker ]

zastrzegam iż tekst byl pisany na żywca i nie editowany. Moga występowac błedy ortograficzne.
Każdy szanujący się autor przed publikacją sprawdza i poprawia błędy. Wielu nawet po zakończeniu prac ociąga się przez kilka tygodni poprawiając i non stop czytając swoją pracę wykrywając usterki.

Na razie za to -. Zabieram się za czytanie. Wkrótce napiszę drugi post.

25.07.2009
22:53
[3]

Yerten [ Pretorianin ]

ppaatt1 > Wstawiłem tu po to by zobaczyć czy takie coś się spodoba i czy kontynuować, ortografie poprawić można zawsze.

25.07.2009
23:20
[4]

ppaatt1 [ Trekker ]

Aaa... Khurwa
Co to jakieś klińgońskie przekleństwo. Fajnie brzmi :)

Wóz szedł
Wóz idzie?

Ogólnie nie najgorzej się czyta. Dialogi mi się podobają, narracja też ujdzie. Wszytko fajnie pięknie ale akcja z bandytami w karczmie jest oklepana. Do tego jeszcze dochodzi przywołanie Wiedźmina. (rozumiem że tworzysz w świecie wiedźmińskim?). No i co to w ogóle jest? Opowiadanie, książka?

Ja osobiście nie lubię pisać w czyimś świecie, wolę stworzyć swój własny, choćby prymitywny, ale własny. Własne zasady, własne miejsca, własne zwyczaje. Ale co kto lubi.

Napisz tutaj

Dostaniesz profesjonalne porady, a nie takie dyrdymały jakie ja piszę :)

25.07.2009
23:26
[5]

Yerten [ Pretorianin ]

Dzięki za komentarz.

Jeśli chodzi o wiedźmina: Tworze swój świąt, jednak chciał w nim ując także tą profesje jaką jest zabijanie potworów, w wielu książka i światach sa ławcy smoków, czy szczurołapi, dlatego ja chciałem przenieść do swojego świata profesje wiedźmina, specjalisty od potworów. Pomysł Sqapkowskiego o stworzeniu tej profesji był bardzo darby, trafił on w nisze, dlatego chce by ta profesja żyła ciele, nie tylko w jego prozie.

Planuje opisać pewną historię, której zarys juz mam w głowie, bedzie to na pewno większe niż standardowe opowiadanie, ale czy do statusu ksiązki dojdzie tego nie wiem, potrzebna jest wena.

25.07.2009
23:28
[6]

ppaatt1 [ Trekker ]

Jeśli chodzi o wiedźmina: Tworze swój świąt, jednak chciał w nim ując także tą profesje jaką jest zabijanie potworów, w wielu książka i światach sa ławcy smoków, czy szczurołapi, dlatego ja chciałem przenieść do swojego świata profesje wiedźmina, specjalisty od potworów. Pomysł Sqapkowskiego o stworzeniu tej profesji był bardzo darby, trafił on w nisze, dlatego chce by ta profesja żyła ciele, nie tylko w jego prozie.
No ok, ale nie przesadzaj z zapożyczeniami od innych autorów. Chyba nie chcesz stworzyć zlepka tysięcy różnych światów.


Planuje opisać pewną historię, której zarys juz mam w głowie, bedzie to na pewno większe niż standardowe opowiadanie, ale czy do statusu ksiązki dojdzie tego nie wiem, potrzebna jest wena.
Pisz dużo pisz. No i dawaj do sprawdzenia swoich opowiadań różnym ludziom z rożnych zakątków internetu. ew. stwórz własną sesję storytellingową na lastinn :)

26.07.2009
10:11
[7]

Mr_Baggins [ Legend ]

No to po kolei:
1. Przed opublikowaniem czytaj, czytaj, czytaj i poprawiaj. Pomoże to uniknąć takich kwiatków jak np. "rudy najemnik podrapał się po rudym zaroście".
2. Przed tworzeniem własnego świata i pisaniem wstępów do powieści radziłbym skupić się na krótszej formie
3. Na początku moim zdaniem ważniejsza jest forma, a nie treść. Kiepska forma utworu powoduje zniechęcenie do zapoznawania się z treścią. Krótko mówiąc, szkoda byłoby dobrego pomysłu.
4. Widać, że coś tam czytałeś - Sapkowskiego na pewno. To dobrze, przed pisaniem należy bardzo, ale to bardzo dużo czytać.
5. Krótkie dialogi czemu nie - nieźle się takie czyta. Ja bym unikał łączenia stylizacji typu "jeno" ze słowami takimi jak "badziewie", bo to zgrzyta. Albo pisz jak Komuda, albo jak Sapkowski, ale mieszanie stylów nie wygląda dobrze.
6. Mnóstwo niezbyt szczęśliwych sformułowań, czyli konieczność poprawy stylu. Pewnie dużo z nich udałoby się wyeliminować czytając tekst kilkanaście razy przed opublikowaniem. Przykłady:
rudzielec patrzył się w ciszy na malutkie bąbelki unoszące się do góry w kuflu z piwem Skoro się unosiły, to nie w dół, prawda?
jego oczy zaczeły lawirować oczy nie lawirują. Może lepiej "błądzą"?
próbując siłą usadołowić dziewczyne na taborecie "Usadowić" a nie "usadołowić". Takich rzeczy nie powinno w ogóle być, przecież word to podkreśla.
wysoki i baraczasty mężczyzna To samo, błędy ortograficzne dyskwalifikują każdą pracę.
mężczyzna nawet nie zdąrzył dokończyć zdania Bez komentarza.
leżały bezwładnie opruszone mąką na środku kuchni j.w.
nagle poczuł jak dębowe deski uderzają w jego głowe Styl. Czy deski bukowe czułby inaczej?
Często wpadali w dziury w bruku, których było na koleinach pełno. Jak już, to w koleinach. I koleiny w brukowanej drodze?
Była to potężna konstrukcja. Nawierzchnia mostu była podpierana na czterech parach kolumn. Dwie z nich były przy brzegu po obu stronach rzeki. Były to wysokie kamienno ceglane kolumny na szczycie których przymocowane były łańcuchy trzymające pierwsze przybrzeżne przęsła których początki trzymały w pyskach dwa wielkie kamienne lwy stojące przy wejściu na most. Pozostałe dwie jeszcze wieksze pary kolumn znajdowały się w środku rzeki, były znacznie grubsze od poprzednich. W każdym zdaniu występuje słowo "był", jest to błąd stylistyczny na poziomie szkoły podstawowej.
Kobyła staneła na tylnich łapach Kobyła ma nogi, a nie łapy. I może lepiej jednak "klacz"?
7. Wiedźmina trzeba było wynająć Tu raczej ostrożnie, wiedźmini kojarzą się z Sapkowskim i łatwo być posądzonym o plagiat.
8. O ile dobrze pamiętam, to raz pijak ma czarną bródkę, a później rudą.

Ogólnie to słabiutkie pod każdym względem - błędy ortograficzne, stylistyczne. Co można powiedzieć dobrego poza tym, że czytałeś wcześniej Sapkowskiego? Powiedzmy, że jakiś tam pomysł na opowiadanie masz, choć bardziej wygląda to na projekt sesji RPG - tyle różnych dziwnych zbiegów okoliczności i przypadków. Przedstawienie postaci też dość słabe. Yerten ma być dobrym wojownikiem, pokazaniu tego ma służyć scena bójki z najemnikami, która praktycznie nie jest opisana. Dwa słowa i dwa trupy. Owszem, oszczędność stylistyczna to plus, ale bez przesady.
Najbardziej z całego tekstu podobało mi się stwierdzenie o dwóch złodziejach ze sztyletami w sercach - prawdopodobnie samobójstwo. To zdecydowanie dobry wpływ Sapkowskiego. Gdzieniegdzie pojawiają się jakieś niezłe pomysły stylistyczne, niestety nie ratują całości.

26.07.2009
10:29
[8]

adrem [ Mroczny Rycerz ]

IMO straszna bida. Nie dość że kilka rzeczy zerżniętych z Wiedźmina (warownia, zabranie go tam w młodości, ścieżka życia) , to jeszcze nuda jak cholera.

26.07.2009
11:23
[9]

Yerten [ Pretorianin ]

Mr_Baggins - dziękuje za porady

26.07.2009
12:15
[10]

litlat [ (A)//(E) ]

A ja sie na pisaniu kompletnie nie znam ale czytało sie bardzo fajnie. Tylko rżnięcie z Sapkowskiego troche przeszkadza.

© 2000-2025 GRY-OnLine S.A.