.exe [ Pretorianin ]
Rodzina właściciela klinik aborcyjnych zgineła....
...obok pomnika dzieci nienarodzonych
Przypadek?

blazerx [ ]
Hehe

Orl@ndo [ Blade Runner ]
Ech...
I zaraz się zacznie Flame War - Part n.
Awerik [ Carioca ]
Przypadek?
Tak.
Mr_Baggins [ Consigliere ]
Przypadek?
A niby co?
tomazzi [ Young Destroyers ]
Jeżeli ten artykuł to prawda to jest to przypadek
ambasador00 [ Konsul ]
Przypadek?
Raczej
przemek100 [ Generaďż˝ ]
Przypadek?
myśle że nie
Gangstah [ Masz bober? ]
Oczywiscie , ale katole zaraz zaczna pisac ze to nie przypadek
kastore [ Troll Slayer ]
Mi sie podoba sentencja jednego z lepszych amerykańskich komików, niestety nie za bardzo nie przetłumaczalna na Polski.
Określał on hipokryzje władz i kościoła w stosunku do dzieci i to już w latach 80tych.
"If you're pre-born you're cool, if your pre-school, you're fucked"
fajny Książę [ Capo ]
Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.
Wisien [ Deus le volt! ]
Jako katol powiem : raczej przypadek.
Zatkało ?
Trael [ Mr. Overkill ]
Przypadek?
Nie no Jezus ich zestrzelił osobiście. Przygotowywał tą akcję od kilku miesięcy...
Orl@ndo [ Blade Runner ]
kastore - kurde znam to, czyje to słowa?
Lysack [ Przyjaciel ]
Przypadek, albo nawiedzony pilot, który w imię wyższych celów postanowił poświęcić życie swoje dla 'ratowania' nienarodzonych. Przynajmniej na to wskazuje cytat:
Maszyna wystartowała w Oroville w Kalifornii i miała lecieć do Bozeman w Montanie. Jednak pilot już w powietrzu zmienił plan lotu i skierował się do Butte.
kastore [ Troll Slayer ]
Orlando :) sprawdź na youtube :)
George Carlin :)

blackdragon2 [ Władca smoczych klanów ]
Orl@ndo -> George Carlin

koobon [ part animal part machine ]
Trael -->
Ty weź, akurat sok piłem. Wysyłam Ci rachunek za czyszczenie monitora i klawiatury.

Orl@ndo [ Blade Runner ]
Fakt, Carlin. Już pamietam dokładnie.
kastore [ Troll Slayer ]
Słuchałem kiedyś monologu gościa z połowy lat 70tych. "On Location" czy jakoś tak. Mówił między innymi o zachowaniu ludzi w hipermarketach, no wypisz wymaluj to samo co u nas teraz, po 30stu latach tak samo :)
Tak samo jak mówił o pierwszej wojnie w zatoce perskiej, tak jakbym słuchał jakby relacjonował obecną w Iraku :)
Fett [ Avatar ]
gangstah - ale z Ciebie kretyn
Serson ( Wasylus) [ Konsul ]
"Oczywiscie , ale katole zaraz zaczna pisac ze to nie przypadek"
Kolejny zbuntowany nastolatek będzie uczył tolerancji... katoli.
blazerx [ ]
Carlin tez dobrze, ze wykitowal, nie byl smieszny.
kastore [ Troll Slayer ]
blazerx --> obyś dożył jego wieku :) I był aktywny zawodowo do końca :)
koobon [ part animal part machine ]
blazerx -->
Za to z Ciebie prawdziwa beczka śmiechu.

Trael [ Mr. Overkill ]
koobon---> Sorry :)
blazerx [ ]
Obym dozyl jego wieku i wiedzial kiedy przestac otwierac jadaczke. :D Podobno kolo silnikow krecil sie mnich albinos.

Lethos. [ The Evil Candy ]
Pewno jakiś ksiądz majstrował przy silnikach.

Bullzeye_NEO [ Happy Camper ]
Kolejne ofiary Manbearpiga.
Sinic [ Senator ]
Z artykulu w sumie dosc jednoznacznie chyba wynika, ze religijny fanatyk wymordowal kilkanascie osob, w tym dzieci. Nie przypadek i na pewno nie mial z tym nic wspolnego chrzescijanski Bog. Ewentualnie w imie wierzen religijnych fanatykow, nie tylko katolikow, ich bog by mogl brac w tym udzial.
Serson ( Wasylus) [ Konsul ]
@Sinic - rozumiem, że wypadki samolotów to wymysł (może nawet spisek ?) wrogów transportu lotniczego ?
Na klawiaturze masz przycisk "alt" - razem z niektórymi literami daje możliwość uzyskania polskich znaków: "ó, ź, ż, ł" i innych. Fascynująca rzecz, naprawdę !
alpha_omega [ Senator ]
Zdaje się, że to przypadek - większe wątpliwości miałbym, gdyby katastrofa nie miała miejsca w bezpośredniej bliskości lotniska.
Aczkolwiek zmiana kursu i pikowanie w dół może się wydawać podejrzane, to dopiero po zapoznaniu się z informacją, iż niedaleko znajdował się pomnik poświęcony dzieciom nienarodzonym, a samolotem leciała rodzina właściciela sieci klinik aborcyjnych. Można to po prostu nazwać ironią losu, a można też węszyć spisek. Tyle, że w razie przyjęcia tej drugiej opcji postąpimy dokładnie tak, jak pierwszy lepszy zwolennik teorii spiskowej - zaczniemy narzucać sensy z mało prawdopodobnego i przez to podejrzanego, ale jak najbardziej możliwego przypadku, na inne okoliczności, które w innym razie w ogóle nie wydałyby się nam podejrzane.
Sprawy nie przesądzam, ale daleki jestem od wyciągania daleko idących wniosków z tak skąpych informacji, być może dobranych nawet odpowiednio dla wzbudzenia zainteresowania i podejrzenia, przez media.
eros [ elektrybałt ]
Jesli to przypadek to ma strasznie nienowoczesne poglady.
Conroy [ Dwie Szopy ]
Hehe, Bóg też ma poczucie humoru :)

Regis [ ]
Istnieją dwie najbardziej prawdopodobne opcje:
1. Przypadek
2. Pilot był katolickim radykałem zdolnym do dużego 'poświęcenia' ;)
mos_def [ Senator ]
Źrodło? fronda.pl
hehe
czy to dopiero nie przypadek?
HumanGhost [ Senator ]
Pewnie, że przypadek. Biorąc pod uwagę nieograniczona ilość okoliczności pewnie prawie kazdy wypadek można by jakoś dziwnie zinterpretować, co sugeruje news.
Chudy The Barbarian [ Senator ]
Przypadek? Divine intervention.
eros [ elektrybałt ]
mos_def ---> He, he. Nie przypadek.
blazerx [ ]
O fakcie, ze byl wlascicielem klinik nie wspomina ten artykul...
Kozi89 [ Legend ]
No ciekawe...

Caine [ Książę Amberu ]
edit: nvm.
Można się spodziewać akcji burzenia podobnych pomników na cmentarzach w całych Stanach.

grattz [ Generaďż˝ ]
Zapewne słowo "niedaleko" oznacza w praktyce ze ten pomnik był zaledwie pińcet KM od zdarzenia.

Caine [ Książę Amberu ]
fakt, pięćset koni mechanicznych to jest kawałek drogi.
tankem3 [ sergant Hale ]
koleś prowadził biznes aborcyjny, trzepał, kase a tu nagle cała rodzinka akurat bez niego miała wypadek lotniczy, i akurat obok cmentarzu nienarodzonych dzieci... cos za duzy ten przypadek, widocznie koles został pokarany
gratz --> zobacz zdjęcie i ocen ze to było naprawde tylko pare metrów a nie pińset
Backside [ Senator ]
Feldkamp, a dentist and president of Glen Helen Raceway
To w końcu jest dentystą czy szefem sieci klinik aborcyjnych?
Regis ---> fajnie jest sobie wmawiać, że mamy średniowiecze, a potem używać to jako argument, nie :)?

Sorcerer [ Konsul ]
karma
Quicky [
Taki news mogl sie tylko pojawic na Frondzie... moze jeszcze w Naszym Dzienniku. Zenada.

Kłosiu [ Senator ]
Najlepsze jest to: "Samolot był nowy - wyprodukowano go w 2001 roku."
Ciekawe jaki samolot redaktor uwaza za stary :). Nawet o osmioletnim samochodzie powiedzialbyj juz ze jest stary, a co dopiero o samolocie.
Serson ( Wasylus) [ Konsul ]
Kłosiu mylisz się - samoloty generalnie "starzeją się wolniej"niż samochody osobowe. Nazywanie maszyny 7-8 letniej "nową" to może jest nadużycie ale niewielkie.
To powiedziawszy -> jednosilnikowy samolot się rozbił niedługo po starcie - zaiste sensacyjne wydarzenie ! Jest powszechnie wiadome, że samoloty nigdy się nie rozbijają ani nie zdarzają się wypadki.
Shaybecki [ Shaybeck ]
Kłosiu - :)
daty produkcji
Boeing 747 - od 1969
F16 - od 1974
wiele z tych początkowych partii nadal jest w powietrzu
samolot AIR FORCE ONE, tak ten popularny co "wozi" prezydenta zawsze na filmach ma date produkcji 1990
Sinic [ Senator ]
Serson ( Wasylus) -->
Drogi moj, dziekuje za zwrocenie mi uwagi. Brak "ó", a raczej zastapienie go przez "u", jest zwyklym bledem ortograficznym nie obecna w internecie moda na wpisywanie "u" wszedzie. Zapewne bede sie za niego dlugo kajal w twoim piekle. Ale coz, bladzic jest rzecza ludzka.
A jak zapewne zauwazyles swoim wnikliwym umyslem nie atakowalem katolikow, czy tez katoli. Fanatyzm religijny nie jest tylko ich cecha, spotyka sie go zarowno u ewangelikow jak i muzulmanow. Zapewne tymi ostatnimi bardzo pogardzasz, tych pierwszych szanujesz. Ja mam do wszystkich ten sam stosunek, zdecydowanie negatywny. Zreszta taki sam stosunek mam do wszelkich innych przejawych fanatyzmu, nie wyrozniam specjalnie tylko religijnych.
Swoja droga znow popelnilem podobny blad co w poprzednim poscie. Na szczescie przejrzalem wczesniej tekst :)
Co do samego zdarzenie, w koncu wypada sie tutaj do niego odniesc, to w pierwszym linku byla sugestia iz samolot sie rozbil daleko od miejsca docelowego, nawet jesli w poblizu jakiegos lotniska. A to wyraznie sugerowalo juz nie wypadek tylko dzialanie celowe. A nawiazujac do poczatku tego postu. Zdolnosc do "poswiecen" w imie wlasnych zboczonych idealow to nie tylko domena fanatykow islamu. Ale fanatyk tego nie widzi. Czy jest islamskim czy innym.
Serson ( Wasylus) [ Konsul ]
Że niby co :O ???
1. "Brak "ó", a raczej zastapienie go przez "u", jest zwyklym bledem ortograficznym nie obecna w internecie moda na wpisywanie "u" wszedzie. "
Tu nie chodzi o brak "ó" tylko o całkowity brak polskich znaków w Twoich postach. Czyni je to mniej zrozumiałymi oraz sugeruje brak szacunku wobec osób do których piszesz (np. czytelników tego wątku). Pisz sobie zresztą jak chcesz, nie jesteś pierwszym ani ostanim analfabetą w sieci.
2. "Zapewne tymi ostatnimi bardzo pogardzasz, tych pierwszych szanujesz"
Hę ? Możesz powtórzyć ? Ja niby pogardzam muzułmanami i szanuję ewangelików (albo katolików) ? Z której mojej wypowiedzi coś takiego wynika ?
3. Nie "w pobliżu jakiegoś lotniska" tylko "podchodząc do lądowania" - tak dokładnie jest napisane w linku z pierwszego posta. To że lotnisko było inne niż pierwotnie planowane o niczym nie musi świadczyć, zmiana trasy w trakcie lotu może nastąpić z bardzo wielu powodów i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ostatecznie wątpliwości rozstrzygnie śledztwo - nie wątpię, że w przypadku tylu zabitych w wypadku lotniczym zostanie ono bardzo dokładnie przeprowadzone i za kilka miesięcy będziemy znać wynik.
Sinic [ Senator ]
Serson ( Wasylus) -->
Przykro mi iz jestes kolejnym wrzaskliwym netowym krzykaczem dla ktorego podstawa jest forma, jego wlasna wersja tej formy. Polskich znakow na klawiaturze nie uzywam i nie bede uzywal. I na pewno z tego sie tobie nie bede tlumaczyl. Tak jak i z nie uzywania duzej litery przy "Ty" itp., co netowi dyskutanci uznali za norme w rozmowie i obrazaja sie wzajemnie nie uzywajac duzej litery.
Co do drugiej czesci to oceniam cie na podstawie tego co piszesz i jak sie zachowujesz. A pogarda dla muzulmanow, szczegolnie fanatykow tej wiary, jest dosc powszechna w swiecie chrzescijanskim.
Zapewne sledztwo wykaze wiele. Aczkolwiek wbrew temu co zdajesz sie sadzic samolot nie moze sobie "skrecic" gdzie mu sie chce i leciec gdzie wola. Po ostatnim poscie w ktorym piszesz iz samolot sie rozbil podczas podchodzenia do ladowania sadzilem iz masz ku temu jakies podstawy. Jednak z tego wynika iz nie. Wniosek swoj wysnuwasz opierajac sie tylko na tym iz w poblizu katastrofy bylo jakies lotnisko. Zaiste przekonujaca argumentacja.
Ale dyskusja tak czy owak pozbawiona sensu. Sledztwo w koncu wykaze jak bylo. I zadne z rozwiazan mnie nie zdziwi. Katastrofy lotnicze sie zdarzaja, ludobojstwa dokonywane przez fanatykow religijnych tez sa codziennoscia od zarania dziejow.
Backside [ Senator ]
A pogarda dla (...) szczegolnie fanatykow tej wiary, jest dosc powszechna w swiecie chrzescijanskim.
O, to źle?
Sinic [ Senator ]
Backside -->
Niezbyt, sam ja podzielam jak pisalem wczesniej. Z jedna mala droba roznica o ktorej sie juz po raz kolejny rozwodzil nie bede.
Attyla [ Flagellum Dei ]
Do wszystkich radykalnych, antyreligijnych i antyklerykalnych "racjonalistów" mam małą prośbę: by przeprowadzili dowód na stawianą przez nich tezę, że opisany stan jest przypadkiem.

Regis [ ]
Od kiedy wam sa potrzebne dowody na cokolwiek?
Attyla [ Flagellum Dei ]
chodzi naturalnie o dowód naukowy - cokolwiek miałoby to oznaczać.
Devil_son™ [ Pretorianin ]
Piękny przykład życiowej ironii. To tak jakby nurek, który pobił rekord zanurzenia, następnego dnia zmarł wskutek udławienia się pitą wodą.

Attyla [ Flagellum Dei ]
nam nie są potrzebne dowody. Wy ich łakniecie. Wręcz w nich widzicie rację swojego bytu. Zresztą radykalny racjonalista nigdy o niczym nie powie, jeżeli nie będzie miał na to niezbitych dowodów - prawda? :D Dogmaty są mu obce i nieznane:D
Serson ( Wasylus) [ Konsul ]
@Sinic [ Level: 76 - Senator ]
"Serson ( Wasylus) -->
1. Przykro mi iz jestes kolejnym wrzaskliwym netowym krzykaczem dla ktorego podstawa jest forma, jego wlasna wersja tej formy. Polskich znakow na klawiaturze nie uzywam i nie bede uzywal. I na pewno z tego sie tobie nie bede tlumaczyl. Tak jak i z nie uzywania duzej litery przy "Ty" itp., co netowi dyskutanci uznali za norme w rozmowie i obrazaja sie wzajemnie nie uzywajac duzej litery.
2. Co do drugiej czesci to oceniam cie na podstawie tego co piszesz i jak sie zachowujesz. A pogarda dla muzulmanow, szczegolnie fanatykow tej wiary, jest dosc powszechna w swiecie chrzescijanskim.
3. Zapewne sledztwo wykaze wiele. Aczkolwiek wbrew temu co zdajesz sie sadzic samolot nie moze sobie "skrecic" gdzie mu sie chce i leciec gdzie wola. Po ostatnim poscie w ktorym piszesz iz samolot sie rozbil podczas podchodzenia do ladowania sadzilem iz masz ku temu jakies podstawy. Jednak z tego wynika iz nie. Wniosek swoj wysnuwasz opierajac sie tylko na tym iz w poblizu katastrofy bylo jakies lotnisko. Zaiste przekonujaca argumentacja.
Ale dyskusja tak czy owak pozbawiona sensu. Sledztwo w koncu wykaze jak bylo. I zadne z rozwiazan mnie nie zdziwi. Katastrofy lotnicze sie zdarzaja, ludobojstwa dokonywane przez fanatykow religijnych tez sa codziennoscia od zarania dziejow."
1. Pogrubiony fragment jest dobrym przykładem problemu o którym pisałem. Cieżko się zorientować o co chodzi bez polskich znaków, a jeśli wyrwie się z kontekstu - nie da się wcale. Wbrew pozorom znaki diakrytyczne nie są tylko ozdobnikiem.
Powiedz mi jedno, skoro nie używasz polskich znaków to czemu nie zaprzestaniesz korzystać z samogłosek chociażby ? Przecież przy odrobinie dobrej woli da się zrozumieć większość słów i bez nich. Np.: "jstm głpm chjm" (przepraszam za wulgaryzm) - da się zrozumieć ? Da, więc po co się męczyć. Ale tak jak już mówiłem, w internecie możesz sobie pisać jak chcesz.
2. Jak już jesteśmy przy pisaniu - zarzucasz mi pogardę dla muzułmanów oraz to, że szanuję ewangelików (a może chodziło o katolików - ale mniejsza z tym). Kiedy rzucasz tak poważne oskarżenia, trzeba umieć je czymś poprzeć. W którym konkretnie miejscu napisałem COKOLWIEK sugerującego pogardę dla wyznawców jakiejś religii ?
Co ma do tego Twoje przekonanie (przesąd ?), że "A pogarda dla muzulmanow, szczegolnie fanatykow tej wiary, jest dosc powszechna w swiecie chrzescijanskim." ? W jaki sposób ma to być dowodem na moją rzekomą "pogardę" ?
3. "Po ostatnim poscie w ktorym piszesz iz samolot sie rozbil podczas podchodzenia do ladowania sadzilem iz masz ku temu jakies podstawy. Jednak z tego wynika iz nie. Wniosek swoj wysnuwasz opierajac sie tylko na tym iz w poblizu katastrofy bylo jakies lotnisko. Zaiste przekonujaca argumentacja."
Mam "jakieś" podstawy, moją wiedzę o zdarzeniu czerpię z linka podanego przez autora tego wątku. Jest tam napisane: "...gdy podchodził do lądowania...". Pretensje proszę zgłaszać do onetu nie do mnie. Tekst z tego linku jest podstawą całej dyskusji - jeśli masz jakieś inne żródła - zapodaj, chętnie poznamy.
"Sledztwo w koncu wykaze jak bylo. I zadne z rozwiazan mnie nie zdziwi. Katastrofy lotnicze sie zdarzaja"
I to jest pierwsza Twoja wypowiedź z sensem w tym wątku.

Attyla [ Flagellum Dei ]
"Sledztwo w koncu wykaze jak bylo. I zadne z rozwiazan mnie nie zdziwi. Katastrofy lotnicze sie zdarzaja"
Czy śledztwo wykaże ewentualny związek miejsca upadku samolotu i powiązania rodzinne niektórych jego pasażerów? śmiem wątpić. KAZDY opis rzeczywistości dokonany po Kartezjuszu jest niekompletny, bo nie uwzględnia tego, czego nie da się zmierzyć i zważyć.
Ludzie stali się okropnie ubodzy. Wszystko jest albo przypadkiem albo spiskiem.
Podobno do tej pory do komisji prowadzącej proces beatyfikacyjny JPW wpłynęło kilka tysięcy świadectw cudów związanych z naszym świętym. Ale to wszystko to tylko przypadek - prawda? Albo bajki - tak?
Pytanie: Czy "naukowiec", który byłby świadkiem płonącego krzewu przemawiającego do wiernych nie "wyjaśniłby" tego jakoś? Jak sądzicie - czy w takim "opisie" znalazłoby się miejsce dla "sprawcy"?
Nie wiem dla czego :D ale jakoś jestem pewien, że taki "naukowiec" prędzej by sobie język odciął niż potwierdził to, co dla wszystkich wokół jest oczywiste.
To jest terror radykalnego racjonalizmu.
Taven [ Generaďż˝ ]
Attyla<--- ale dogmatyzm niczym się nie różni od racjonalizmu. To znaczy popełnia te same błędy, wysuwa stwierdzenia, których nie da się sfalsyfikować.
Czy samolot strąciła ręka boska, czy był to przypadek jest nie do rostrzygnięcia. Aparat poznawczy jest w tej kwestii bardzo ubogi, więc zaaplikowano takie pojęcia-worki bez dna jak indukcja i racjonalizm. Tak więc generalnie zastanawia mnie z jednej strony trafność krytyki nauki ze strony środowisk konserwatywnych, a z drugiej totalna hipokryzja, bo przecież Bóg jest na tyle zręczny, subtelny i wygodny w swoim ziemskim działaniu, że nie ma po nim śladu.
A co do tego nieszczęsnego Kartezjusza, to odpowiedź oczywiście zależy od założeń, z tym, że "racjonalizm" czytany poza cudzysłowem daje sobie założenia z kosmosu, zresztą jak jakakolwiek religia. Ja tam nie wierzę w żadne z nich, choć niekoniecznie to jest komfortowa sytuacja. I żadnego "konfliktu" czy "dyskusji" tu nie ma, bo jak całość rozmów polityczno-światopoglądowych sprowadza się to do prostej wymiany upodobań, nie mających NIC wspólnego z tym, co się dzieje za oknem, typu:
- nauka jest ok, liberalna technodemokracja jest szczytem cywilizacji, bo drzewko rozwoju się nam skończyło
- wnuczek wyleczył się z grypy, bo Chrystus tak chciał, wujek umarł, bo Bóg sobie zażyczył, a jest to oczywiste, bo tak
- wszystko od Iliady po Cortazara afirmuje odwieczną i naturalną walkę klas/emancypację feminizmu, a to jest tak naturalne, że aż tak mocno tłumione, a w efekcie nikt o tym do niedawna nie wiedział
- bocian przynosi dzieci, bo mama tak mówi
- etc., etc., etc.
Zabawne, że 99% osób głoszących powyższe zdania lub ich wariacje nie ma bladego pojęcia, że nie posiada odpowiednich informacji, ani tym bardziej metody, żeby je zdobyć. Czy chodzi o istnienie Boga, czy wypadek samolotu.
Nie wiem Attyla, czy czytałeś cokolwiek Poppera, jeśli nie to polecam.
Attyla [ Flagellum Dei ]
Taven
To znaczy popełnia te same błędy, wysuwa stwierdzenia, których nie da się sfalsyfikować.
To oczywiste, bo jedno i drugie prędzej czy później odnosi się do kwestii istnienia, którego - jak wiadomo - nie da się udowodnić ani w jedną ani w drugą stronę. Tym samym zarówno pozytywizm jak i popperyzm biorą w łeb:D Kłopot tylko w tym, że świat bez Boga to świat bez granic dostrzeganych przez człowieka.
W efekcie to co jest "naukowe" automatycznie uzyskuje w oczach bardzo wielu priorytet i bonus absolutu. W konsekwencji wystarczyło nadać komunizmowi przydomek "naukowy" i połowa świata zwariowała na jego punkcie. Wystarczyło stwierdzić, że człowiek jest jednym ze zwierząt, by braciszek tego, który to ogłosił wymyślił eugenikę, która święciła tryumf w III Rzeszy a i obecnie jest baaaaaardzo popularna.
Wystarczyło powiedzieć, że w badaniach Lombroso stwierdził zbieżność pomiędzy cechami fizycznymi a zachowaniami, by w konsekwencji skazywać ludzi, ponieważ są mają rude włosy (to nie jest żart). A teraz wystarczy, że jeden z drugim pierdnie o zgodności cech genetycznych z zachowaniami, by lekcja Lombroso z jej kontynuacją w III Rzeszy nie była ostatnią.
Mam kontynuować?
Tak więc generalnie zastanawia mnie z jednej strony trafność krytyki nauki ze strony środowisk konserwatywnych, a z drugiej totalna hipokryzja, bo przecież Bóg jest na tyle zręczny, subtelny i wygodny w swoim ziemskim działaniu, że nie ma po nim śladu.
A czego oczekujesz? Znaku cechowego "made by God"? Bo poza tym jest wszystko. Zresztą i to jest. Kłopot tylko w tym, że "dzięki" odkryciu Kartezjusza ludzie zatracili umiejętność ich odczytania. Weźmy sobie chociażby to, że za czas jakiś ludzie odnajdą gdzieś zakopane moje audi. Jeżeli spojrzą na te cztery kółeczka na chwycie powietrza, to co mogą zobaczyć? Mogą zobaczyć oznaczenie producenta ale mogą też dostrzec przypadkowe układy otworów.
W tej chwili ludzie wszędzie widzą WYŁĄCZNIE przypadkowe układy otworów.
Zabawne, że 99% osób głoszących powyższe zdania lub ich wariacje nie ma bladego pojęcia, że nie posiada odpowiednich informacji, ani tym bardziej metody, żeby je zdobyć. Czy chodzi o istnienie Boga, czy wypadek samolotu.
Informacje? To znaczy zinterpretowane fakty czy fakty po prostu? Mamy samolot wiozący rodzinę właściciela Vernichtungslagern dla nienarodzonych, który rozbija się tuż przy pomniku upamiętniającym jego (i nie tylko jego) ofiary grzebiąc tym samym jego rodzinę. Trzeba czegoś więcej? Może trzeba po prostu stwierdzenia: "nie - to nie jest Karząca Ręka Boska. To światło księżyca podgrzało metan w pobliżu lotniska, co spowodowało obniżenie temperatury oblodzenia, co spowodowało wypadek". Innymi słowy chcesz komunikatu: "róbta co chceta - nikt was za to nie będzie rozliczał"?
Nie wiem Attyla, czy czytałeś cokolwiek Poppera, jeśli nie to polecam.
Śmiem twierdzić, że na tym forum tylko my dwaj coś wiemy na temat falsyfikowania i gdybym - co nie daj Boże - odważył się powołać na coś, co choć nominalistyczne, to nie w smak pozytywistycznemu racjonalizmowi - to po raz n-ty usłyszałbym o tym jak to bełkocę i jak prosto powinienem do prostaków pisać. Wtedy być może nie otrzymałbym takich deklaracji nienawiści jak w poście 250 wątku
https://forumarchiwum.gry-online.pl/S043archiwum.asp?ID=8593315&N=1
Gdybym zaś odpowiedział, że się tym nie przejmuję, to otrzymałbym ripostę o tym, jaki to jestem przepełniony pychą.
Nie kijem to go pałą. Consuesudo altera natura est.

Belert [ Legend ]
to był przypadek (joke) hahahahaha ale kolo musiał mieć minę :)))
Dla nas wierzacych to nie byl przypadek ale zobaczyc mine tego goscia bezcenne.
Raziel [ Action Boy ]
smutne jest to jak wiele forumowych wyjadaczy zmienia się w zwykłych idiotów. Dla tych szydzących z wiary - chcecie tolerancji a sami jesteście najgorszym jej zaprzeczeniem. Prezentujecie zwykłe, pospolite chamstwo.
Sinic [ Senator ]
Serson ( Wasylus) -->
Czesc pierwsza jest dobrym przykladem problemu jaki masz ty. Ale w dalsza pyskowke sie nei mam zamiaru wdawac.
Co do negatywnego stosunku do islamu, czy tez pogardy, to jestem niemal pewien iz cos w tym stylu od ciebie na tym forum wychodzilo. Ale oczywiscie moge sie mylic, w koncu ludzka rzecz.
Jesli cos cytujesz to nie bierz przykladu z guru Attyla i cytuj calosc. Katastrofy lotnicze sie zdarzaja tak jak ludobojstwa dokonywane przez fanatykow religijnych wszelkiej masci.
Belert -->
Naprawde uwazasz sie za wierzacego i sadzisz iz twoj Bog by pozwolil na smierc niewinnych dzieci? Fanatycy religijni, i znow nie tylko katoliccy bo niektorzy wszystko do siebie biora, morduja niewinnych bez patrzenia kto ginie. W imie swojego boga, jak by sie on nie nazywal. Czy by to byl Bog, Jahwe, Allach czy Swiete Drzewo.
Raziel -->
W tym watku wiele szydzenia z wiary nie bylo, przynajmniej nie z mojej strony. Natomiast jesli uwazasz szydzenie z fanatykow religijnych za tozsame z szydzeniem z wiary to rzeczywiscie sie nigdy nie zrozumiemy.

Bramkarz [ brak abonamentu ]
Attyla
Ei incumbit probatio, qui dicit non qui negat
Powodzenia.
eros [ elektrybałt ]
Bramkus ---> Zrobie sobie screen i bede wklejac "racjonalistom". Chyba nie masz nic naprzeciw?
Mr.Kalgan [ Gold Dragon ]
Jak to przypadek ???
Tych pomników nabudowano już tyle, że trudno znaleźć miejsce na wypadek, aby nie wyszło w pobliżu.

SPMKSJ [ Konsul ]
Regis <--- [35]
Powiedziałbym jeszcze, że jest przypadek
3. Attyla uprowadził samolot
,ale to odpada bo zdążył się wypowiedzieć :D
Attyla [ Flagellum Dei ]
Bramkarz
post 62
Bramkarz [ brak abonamentu ]
Attyla
Skoro tylko wierzysz to na kolana i bij czołem a nie piszesz tu o jakichś dowodach :)
To zaczęło się mniej więcej w ten sposób… Kilka tysi lat temu pewien tzw. jaskiniowiec ku uciesze swojej oraz współplemieńców namazał na ścianie jaskini mamuta z dzidą w dupie. Wszyscy świetnie się bawili, patrząc na malunek, prócz współplemieńca, który śmierdział bardziej od reszty, mieszkał sam w najciemniejszym kącie jaskini i charczał o mamutach, jako o potężnych, świętych zwierzach. Kilka dni później, twórca malunku zginął przypadkiem w czasie polowania, stratowany przez mamuta. Śmierdziuch od razu ogłosił, że była to zemsta Świętego Mamuta, uzyskawszy po raz pierwszy posłuch wśród współplemieńców i nawet zaliczył najstarszą, tylko troszkę mniej śmierdzącą od niego jaskiniówę. Od tamtego czasu zmieniło się niewiele.
by Śledziu

Attyla [ Flagellum Dei ]
Ty koniecznie chcesz, żebym ci na to odpowiedział dokładnie tak jak na to zasługujesz?
Do tej pory myślałem, że jesteś tylko głupim szczylem. teraz dałeś to co tak kochasz: dowód na to. Dałeś też dowód na to, że jesteś nie tylko głupim szczylem ale do tego głupim szczylem, którego mamusia nie wytresowała odpowiednio do stosowania dobrych manier.
Bramkarz [ brak abonamentu ]
Attyla
Rosołek zaszkodził?
Branie pewnych rzeczy zbyt poważnie jest szkodliwe. Może powinieneś się uczyć na błędach swojego kolegi:
"W swojej krótkiej karierze literackiej byłem już nazywany "prorokiem", "pogromcą szatana", "rycerzem wiary" i "poetą niezłomnym". Chwalili mnie nobliwi krytycy, tradycjonaliści katoliccy, matki moich kolegów, a nawet niektórzy biskupi. Kolejni księża proboszczowie w mojej parafii podchodzili do mnie z respektem, stawiali za wzór chrześcijanina i namawiali do okolicznościowych wystąpień w kościele. Pisali do mnie prawi ludzie starszego pokolenia, zapewniając, że jestem dla nich "nadzieją naszego narodu". Młodsi bali się mnie, podkreślając różnicę między własną grzesznością a moim obrazem, całym w liliach, z koroną z gwiazd dwunastu. Kiedy wtrącałem z krzywym uśmiechem, że i ja często grzeszę, brano to za topos skromności - następny dowód na moją wyjątkowość. Niejaki Schmaletz - autor skądinąd świetnych piosenek - napisał w jednym z tekstów: "Ale są jeszcze ludzie jak Wojciech Wencel - mądrzy i pokorni, i spoza obiegu". Wszystkim dziękuję bardzo za dobre intencje.
Kiedy patrzę na moje dotychczasowe świadome życie, dostrzegam w nim kilka odrębnych duchowych okresów. Dojrzewanie to czas intelektualnych poszukiwań, wakacyjnych podróży, zmysłowych szaleństw i odejścia od praktyk sakramentalnych (przez cztery lata chodziłem do kościoła, nie spowiadając się). Rok 1995 przyniósł dwa kluczowe dla mnie wydarzenia: śmierć ojca - gorliwego katolika - i ślub ze wspaniałą dziewczyną z Kaszub. Dobrze pamiętam swoją modlitwę w pustym kościele Trójcy Świętej w Kościerzynie, podczas której poczułem łzy spływające po policzkach, ciepło w sercu, i bez chwili wahania postanowiłem powierzyć swoje życie Bogu. Miałem dwadzieścia trzy lata, Boża miłość wypełniała mnie od stóp do głów.
Przez pierwsze cztery lata małżeństwa zachowywałem stałą relację z osobowym Chrystusem, czerpiąc siłę i radość z niedzielnych nabożeństw, miłości żony, narodzin dzieci (mamy dwóch synów), pisania wierszy, sukcesów w pracy, domowego spokoju, spacerów i świątecznych spotkań z krewnymi. Był to piękny czas, pełen codziennych epifanii, o których później mogłem jedynie pomarzyć. W kwestiach moralnych nie uznawałem żadnych kompromisów. Surowo oceniałem siebie i innych, z tym że ja akurat za dużo nie grzeszyłem, więc przechlapane mieli głównie inni. Poczucie silnej wiary dawało mi spokój ducha, ale wykształciło też pewność co do własnej cnoty, a potem pychę, z której długo nie zdawałem sobie sprawy. "Mogę być leniem albo plotkarzem, ale żony nie zdradzę nigdy" - deklarowałem wielokrotnie. I rzeczywiście: potrafiłem przerywać rozmowy z obcymi kobietami w momencie, kiedy słowa i uśmiechy niebezpiecznie zbliżały się do granicy flirtu, a kolegom radziłem: "Upadasz, bo pozwalasz rozwinąć się pokusie. Takie relacje trzeba przerywać od razu, zanim pokusa się pojawi".
Oliwą w trybach tej pychy stała się ówczesna ideologia środowiska "pampersów" i - nie ma co ukrywać - samej "Frondy". Bycie krzyżowcem, inkwizytorem czy specjalistą od literacko-medialnej ewangelizacji sprawiało mi niekłamaną przyjemność. Z racji mojej rzekomej niezłomności moralnej, specjalizowałem się w tropieniu zdrad małżeńskich. "Widocznie Bóg uczynił mnie młotem na lowelasów. Rola trudna i niewdzięczna, ale przecież ktoś musi robić tu porządek" - myślałem. Gorąco wierzyłem w ideały "konserwatywnej rewolucji", która - jak każda rewolucja - wymagała ofiar.
Z tego okresu pochodzi mój słynny, opublikowany w "bruLionie" list do Cezarego Michalskiego, w którym wszedłem z butami w jego prywatne życie. Bóg mi świadkiem, że pisałem go z zamiarem podtrzymania ideału chrześcijańskiej wspólnoty, gdzie słowa pokrywają się z czynami. Dziś widzę jednak, że te moje dobre chęci nadają się głównie na piekielny bruk. Bo oprócz nich - co dostrzegłem po latach - było wtedy we mnie też coś innego: samozadowolenie, duma pięknoducha, że zrobił coś, na co nikt inny by się nie odważył. I może teraz jest najlepszy moment, żeby publicznie prosić adresata tamtego listu o wybaczenie, choć wiem, że krzywdy, które wyrządziłem jemu i jego bliskim, są nie do naprawienia. Czarku, jeśli możesz, wybacz mi.
Jako komisarz "konserwatywnej rewolucji" nie rozumiałem przede wszystkim delikatnych relacji między indywidualnym grzechem, sumieniem i treścią publicznych wystąpień. Wydawało mi się, że każdy, kto czyni źle, świadomie dokonuje wyboru zła. A jeśli do tego moralizuje, staje się cynicznym hipokrytą. Nie brałem pod uwagę, że takie decyzje często okupione są bólem i wynikają z zagubienia, poranienia czy nałogu, który z czasem neutralizuje sumienie i zakłamuje obraz rzeczywistości. Wkrótce sam miałem wstąpić na drogę rzekomej "cynicznej hipokryzji", kiedy moje grzechy mnie przerosły, a ja nadal pisałem moralitety. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to pisanie może także wynikać z wielkiej tęsknoty do utraconej harmonii, a nie tylko z chęci zarobkowania i utrzymania własnego wizerunku. Pochwały czystości, które formułowałem, miały wyciągnąć mnie za włosy z duchowej stagnacji. Im więcej grzeszyłem, tym żarliwiej modliłem się w tekstach.
Ale to nie wystarczało. Od czasu brulionowego listu zaczęły na mnie spadać wszystkie przypadłości, które krytykowałem u innych, głównie związane z pychą i nieczystością. Ponieważ pracuję w domu, nie wychodząc niemal z czterech ścian swojego pokoju, teren moich grzesznych eksploracji był ograniczony. Poddany codziennemu stresowi przy pisaniu tekstów i monotonii tej czynności, zacząłem szukać czegoś niezwykłego. Nie miałem już czasu na spacery z rodziną. W nie wietrzonym pokoju oknem na świat stał się dla mnie Internet. Zaczęło się od czytania wiadomości, użytkowania list dyskusyjnych i sprawdzania poczty, potem było codzienne wstukiwanie własnego nazwiska w wyszukiwarkach i czytanie wszystkiego, co o mnie napisano, aż w końcu trafiłem na nieskromne strony, na które "dobry katolik" nie wchodzi. Niby grzeszyłem w tej samej dziedzinie, co ofiary moich tekstów, ale jakoś tak bardziej groteskowo. Nie zdradzałem w realu, ale w myślach jak najbardziej. Panienek nie spotykałem w burdelach, lecz w sieci miałem ich pod dostatkiem. I tak moje uzależnienie od Internetu stało się faktem.
Początkowo próbowałem radzić sobie z tym problemem według utartych schematów: spowiedź - modlitwa - komunia - praca - rodzina. Na próżno. Stopniowo zanikała moja osobowa więź z Chrystusem, coraz mniej się modliłem, po niedzielnych mszach nie pamiętałem, o czym były czytania. Nie potrafiłem się z tym pogodzić, że grzeszę i to w tak śmieszny sposób. Nie zabijałem złoczyńców w świętym oburzeniu ani nie byłem heretykiem obeznanym z księgami. O, takie spektakularne przypadłości byłbym w stanie zaakceptować! Nie, ja z wypiekami na twarzy, niczym pryszczaty gimnazjalista, śledziłem różowe obrazki migoczące na ekranie. Ja. Wielki Poeta. Rycerz Wiary. Przyszłość Narodu.
Oczywiście, wyrzuty sumienia paliły moje wnętrze. W tekstach próbowałem dotrzeć do istoty czystości urzeczywistnionej w ludzkich biografiach. Mój pech polegał na tym, że obrazy świętych i proroków, do których tęskniłem, utożsamiano gdzieniegdzie ze mną samym. I nawet kiedy w Odzie chorej duszy składałem obleczone w poetykę psalmów pokutnych świadectwo swojego komicznego nałogu, uznawano to za dziennik jakiejś "nocy ciemnej" albo lament współczesnego Jeremiasza. Znów byłem wielki. Znów byłem prorokiem. Za książkę otrzymałem nawet prestiżową Nagrodę Kościelskich. Na mojej twarzy zaczęła się tworzyć skorupa, maska zakrywająca prawdę.
Nienawidziłem siebie, żyłem w nieustannym lęku, a mój obraz Boga skurczył się z oceanu miłości do postaci mściwego starca, który poluje na mnie jak jastrząb na mysz kryjącą się w zbożu. Chwytając się brzytwy, sporo czasu poświęcałem na pisanie tekstów o kulturze chrześcijańskiej, które miały na nowo natchnąć mnie duchową pasją. Aż w końcu pozostał z mojej wiary jedynie pobożny kościół bez Boga, sentyment do czerwonych cegieł w murach kaszubskich świątyń i wiecznej lampki przed tabernakulum, do Gorzkich żalów i babć w chustkach na głowie, a także do muzyki Bacha, malarstwa Boscha i poezji Dantego. Nie twierdzę, że wszystko to nie miało sensu. Przeciwnie: zbudowałem gmach, w którym człowiek Ewangelii może pielęgnować swoją żywą wiarę. Ja nie mogę, bo jej nie mam.
Przez pięć ostatnich lat żyłem w tej iluzji, wciąż mając nadzieję, że już jutro, po następnej spowiedzi albo w wakacje, Pan Bóg odsunie ode mnie mój groteskowy nałóg, napełni mój kościół duchem, przywróci mi dawny spokój i będę mógł już do końca życia bezpiecznie "uczęszczać na niedzielne msze święte", pisać - ilustrowane własnym życiem - "pochwały dziewictwa" i być "przykładnym mężem i ojcem", aż się zestarzeję, umrę i pójdę do nieba, gdzie chóry anielskie przywitają mnie gromkim: "Wencel! Wencel! Über alles!".
Nie rozumiałem, dlaczego tak się nie dzieje. Szczerze chciałem przecież realizować plan Boga. Dopiero dziś widzę, że ten plan stał się w pewnym momencie moim osobistym planem, ponieważ nie potrafiłem zgodzić się na nowe warunki. Pan Bóg dał mi cztery lata pięknego życia, pozwolił doświadczyć siły liturgii i eucharystii, w której sam jest obecny, nauczył mnie miłości do rodziny. Ale w pewnym momencie powiedział: "No dobrze, poznałeś, co to 'przedsionek Nieba', ale teraz podnieś swój krzyż i idź dalej, na Golgotę". A ja nie usłyszałem Jego głosu, nie chciałem go usłyszeć. Dobrze mi było na tym początkowym etapie Drogi, w tym moim "małym Betlejem", i nie zamierzałem się stamtąd ruszać.
Z rozpaczy poszedłem na wódkę. Zaczęło się od sporadycznego "odreagowywania" stresu i zagłuszania wyrzutów sumienia, ale ponieważ ani stres, ani wyrzuty nie ustępowały, spędziłem w tej karczmie pięć lat, pijąc coraz częściej i gęściej. Do kolekcji moich licznych nałogów (papierosy, Internet, przeglądanie w lustrze) dołączył nowy. Przez ostatnie pół roku piłem właściwie codziennie, najczęściej w domu do lustra, nigdy nie zostawiając kropli alkoholu w butelce. To, siłą rzeczy, potęgowało moje problemy z Internetem. Miły obrazek: "pogromca szatana" po godzinach. Pojawiły się też pierwsze nieporozumienia w domu, bo jak długo można znosić alkoholika, który w stanie upojenia przeklina cały świat, siebie i dewastuje mieszkanie?
W styczniu tego roku wyjechałem z kolegą-poetą na miesięczne stypendium na Gotlandię. Wyróżniliśmy się. Znają nas tam wszyscy właściciele pubów i dyskotek, kasjerzy w Systembolaget (sklepie monopolowym) oraz policjanci. Nie tylko z wielkiego zdjęcia w lokalnej gazecie, na którym pozujemy uśmiechnięci przed białym murem katedry. "Poeci z Polski. Barbarzyńca i klasycysta gośćmi Baltic Center". Chłopcy z małymi oczkami po kolejnej nieprzespanej nocy.
Któregoś dnia, po wysłaniu miłosnego e-maila do żony, poznałem na studenckiej prywatce miłą i ładną Łotyszkę. Podobało jej się, że piszę wiersze z rymami, że jestem katolikiem i mam "typowo polskie imię". Długie spojrzenia, taniec i... Tym razem udało mi się jeszcze oprzeć pokusie. Okazało się jednak, że nawet "proroków" niewiele dzieli od zdrady.
Po powrocie postanowiliśmy z kolegą wywołać zdjęcia. Czekając na odbitki, wspominaliśmy w restauracji naszą romantyczną eskapadę. Sprawdzony patent: po dwie pięćdziesiątki z piwem na wejście, a potem już leci z górki. Litr wódki na głowę. Bułka z masłem. "I co nam zrobią? Rządzimy!". Później letarg, ciemność. Ocknąłem się w nocnym klubie, z nagą tancerką na kolanach. "Mądry i pokorny, i spoza obiegu". No, rzeczywiście spoza obiegu, bo kiedy z kolegą wychodziliśmy z lokalu (znów szczęśliwie uniknąwszy "głębszych relacji" z dziewczyną), kolejka miejska i autobusy dawno już nie kursowały. Zdjęcia zgubiłem. Do domu wróciłem rano. Czekał na mnie smutny list od żony, która na ósmą wyszła do pracy, i chyba wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że nie jestem jednak "wspaniałym mężem i ojcem", za jakiego się uważałem, i że już niedługo mogę doszczętnie rozwalić nasze małżeństwo. Żona mi wybaczyła, bo mnie kocha, ale ja nie umiałem poradzić sobie z prawdą o własnym życiu. Popadłem w głęboką depresję, miałem żal do Boga. "Dlaczego nie chcesz mnie uczynić nieskazitelnym? Przecież walczyłbym dla Ciebie z całych sił. Dlaczego tak bardzo pragniesz mnie poniżyć?" - pytałem z wyrzutem.
W końcu zaczęła mnie drażnić wszelka dewocja. Przestałem się spowiadać. Godzinami słuchałem satanistycznych piosenek Rammstein. "Biegnij, biegnij, biegnij. Nie ma przebaczenia" - dźwięczało mi w uszach od rana do nocy. Zaniedbywałem pracę i poezję, byłem na dnie, chciałem umrzeć. Nic już nie sprawiało mi radości.
I wtedy stał się cud. Kiedy opadło moje zauroczenie pięknem katolickich świątyń i chrześcijańskich dzieł sztuki, dostrzegłem, że wewnątrz jest zupełnie pusto. Dotąd sądziłem, mimo wszystko, że Bóg ukrywa się gdzieś w środku tej kulturowej konstrukcji, tylko nie chce mi się objawić, bo zawiódł się na mnie. Nieprawda. Jego nie było tam już od kilku lat, bo nie było Go w moim sercu. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, zrozumiałem, że w którymś momencie bardziej od Chrystusa Pokochałem Jego królewskie stroje, pałace i wizerunki. A On czekał cierpliwie, aż doświadczę własnej małości, przestanę ciskać gromy w swoich braci i wrócę do Niego jako syn marnotrawny. Bezgrzeszny? Nic z tych rzeczy. Ale stojący w prawdzie, która jest kluczem do miłości. Podczas ostatnich moich rozmów z przyjaciółmi i nawet teraz, kiedy piszę te słowa, czuję, jak odpadają z mojej twarzy zatęchłe warstwy pudru i szminki. Pęka starannie uformowana maska, a ja nareszcie wychodzę z domu niewoli. I wiem już, że Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem, obarczonego grzechami, pożądliwego człowieka, a nie mój piękny obraz, jaki sam stworzyłem. Zapewne jestem śmieszny, ale Bóg jest ze mną w tej śmieszności. Dlatego nie boję się dziś pisać prawdy o sobie. Bo On mnie obroni. On wziął na siebie moje grzechy, żeby mnie odkupić. W chrześcijaństwie wcale nie chodzi o to, żeby jakąś kosmiczną siłą woli pozbyć się raz na zawsze swoich win, jak dotąd myślałem, ale aby każdego dnia z ufnością oddawać je Bogu. Naiwne jest bowiem myślenie, że uda nam się całkowicie uciec od swojej natury. Człowiek pyszny, kłótliwy czy pożądliwy prawdopodobnie będzie musiał walczyć ze swoimi słabościami do końca życia, Ale ten ciężar paradoksalnie może stać się także błogosławieństwem. Śmieszność moich grzechów stale sprowadza mnie na ziemię, uczy pokory i dystansu wobec siebie. Jak wielkim byłem pyszałkiem, kiedy nie chciałem pogodzić się z tą śmiesznością! To jest mój mały "oścień śmierci dla ciała", który nie pozwala duszy ulecieć zbyt daleko. Nie balast, lecz wędzidło. Nie trucizna, lecz krzyż. Oczywiście, długa Droga przede mną. Ale teraz mam już siłę, żeby w nią wyruszyć. Tą siłą jest Jezus Chrystus. Nic więcej, nic mniej.
Nieprzypadkowo piszę tu słowo "Droga" wielką literą. Którejś nocy, leżąc obok śpiącej żony i ustalając w myślach skład swojej drużyny na najbliższą kolejkę internetowych "Piłkarzyków", usłyszałem jakby głos w sercu: "Pójdziesz do neokatechumenatu". Przede wszystkim zdziwiłem się swoją reakcją - odczułem ogromny spokój i falę gorąca przepływającą przez całe ciało. W ciemności uśmiechnąłem się, dostrzegając otaczającą mnie miłość. To dziwne, bo dotąd reagowałem na tę wspólnotę z nieudolnie skrywanym poczuciem wyższości. Droga Neokatechumenalna zawsze była dla mnie jaskrawym przykładem religijnego kiczu i kiedy kilka lat temu przeczytałem egzaltowane pochwały, kierowane przez muzyka Michała Lorenca pod adresem pieśni Kiko Arguello, stuknąłem się w czoło. "Czy może istnieć coś bardziej kiczowatego od tych manierycznych zawodzeń?" - pomyślałem. Przez prawie dziesięć lat temat neokatechumenatu prześladował mnie, między innymi za sprawą moich kolegów z "Frondy". I zawsze, we własnym przekonaniu, udawało mi się zwycięsko kończyć polemiki. Moje zarzuty były precyzyjne: nieuczęszczanie na niedzielne sumy, narażanie Ciała Bożego na pokruszenie podczas eucharystii, przecena zepsucia współczesnego świata, elitarność i poczucie wyższości nad ludźmi prostej wiary, nadmierna rola osób świeckich w kierownictwie duchowym, ignorowanie Tradycji i kultury chrześcijańskiej, przesadny luz obyczajowy, moralny ekshibicjonizm, a w dodatku swoista dezynwoltura w mówieniu o własnych grzechach. Ale w chwilach kryzysowych neokatechumenat wracał też jako niechciana perspektywa ratunku. Kiedyś przemogłem nawet swój wstręt i poszedłem z żoną na jedną ze wstępnych katechez. Masakra. Wybiegliśmy z kościoła natychmiast po ostatnim słowie. O nie, nigdy, przenigdy. Cóż za pogardliwe wywody o "religijności naturalnej"! Co na to babcie w chustkach? Panie Boże, ratuj!
A teraz w środku nocy Pan Bóg mówił do mojego serca: "Pójdziesz do neokatechumenatu, ale nigdzie się nie spiesz, nie rób niczego na siłę, nie bój się, nie gorączkuj, wszystko przyjdzie samo. Mam wobec ciebie pewien plan". A ja czułem spokój i radość. Na wszelki wypadek pomyślałem jednak: "A co na to Kasia? Ona jest taka tradycjonalna". I poczułem: "Nie martw się, na początku będzie miała obawy, ale potem pójdzie z tobą". Nagle prysły wszystkie moje dotychczasowe zastrzeżenia. Mój kościół był w ruinie i nie stanowił już przeszkody. Nie interesowało mnie to, co zwykle: wieczna lampka, ceglane mury i muzyka Bacha. Nie drażniły mnie już nawet manieryczne zawodzenia Kiko. Chciałem tylko iść za tym głosem, dokądkolwiek mnie zaprowadzi. Znów - po latach - czułem miłość Chrystusa. Żywego, nie odzianego w całun kultury. I zrozumiałem: to nie te babcie w chustkach, ale ja byłem adresatem odrzuconej katechezy. Wobec babć Bóg ma, być może, inne plany; może chce je doświadczać inaczej niż mnie, pozostawiając najgorliwszym skarb prawdziwej wiary do końca życia. Ale moja droga nie skończy się na "religijności naturalnej", którą tak ubóstwiłem.
Następnego dnia spytałem księdza o katechezy neokatechumenalne. Usłyszałem, że są dopiero jesienią. Zmartwiłem się, ale zaraz potem przypomniałem sobie te słowa: "Nic na siłę, wszystko przyjdzie samo". Dlatego mogę dziś z czystym sumieniem pisać to świadectwo, które jest tylko potwierdzeniem mojego wyboru. Bo wiem, że tam pójdę i że poświęcane mi modlitwy moich przyjaciół i ich wspólnot są wysłuchiwane. Czy będę bezgrzeszny? Nie sądzę. Z kilku nałogów któryś zawsze pewnie będzie mnie nękał. Choć od dwóch miesięcy znów się spowiadam, mam spokój w sercu, nie piję, leczę się z depresji, a żona mówi mi, że bardzo zmieniłem się na plus, wracają do mnie problemy związane z szóstym przykazaniem. Ale choć nadal nienawidzę własnych grzechów, przestałem nienawidzić siebie. Jestem wolny. Wierzę, że ten czas do jesieni jest potrzebny. Po to, żebym nauczył się reguł nowego życia, uspokoił, nabrał cierpliwości, nie popadł w egzaltację, nie wiązał jakichś dziwnych nadziei z neokatechumenatem, że z dnia na dzień wszystko się zmieni i wyjdę z nałogów raz na zawsze. Szczerze mówiąc, wolę dotrwać w tym stanie do września, niż za trzy miesiące być czysty jak łza i zrezygnować z formacji w poczuciu, że znów stałem się "rycerzem wiary". Bo znam swoją dotychczasową drogę, która biegnie jak sinusoida. W młodości wspiąłem się na szczyt, potem spadłem na samo dno, a teraz nieznacznie się od niego odbiłem. Pół metra, pięć centymetrów, milimetr.
Ale to, że otworzyły mi się w końcu oczy na moją prawdziwą kondycję, zawdzięczam nie tylko zbiorowym modłom zaprzyjaźnionych wspólnot, lecz także pojedynczym przyjaciołom z "Frondy". Głównie Jankowi Zielińskiemu, który moje zachwyty nad kulturą chrześcijańską skwitował kiedyś prostym pytaniem: "Ale czy twoje ciało jest świątynią Ducha świętego?". Czysta demagogia, nie? A kiedy opowiedziałem mu o mojej nieudanej przygodzie z neokatechumenatem, odparł: "Spokojnie, widocznie twój czas jeszcze nie nadszedł". Wtedy śmiałem się z tego w myślach: "Niedoczekanie wasze, nawiedzeni popaprańcy. Ja przecież jutro się nawrócę, pójdę do kościoła i wykupię na resztę życia miejsca w pierwszej ławce dla całej rodziny". Ale teraz, zdumiony, mogę powiedzieć tylko to: "Janek, miałeś rację". Podejrzewam, że to wyznanie zaskoczy i jego, bo kiedy wieszczył mi neokatechumenalną przyszłość, chyba trochę "robił sobie jaja".
Taaa... Janek Zieliński - grafik "Frondy". Mieszkający na warszawskim Rakowcu nie-przykładny mąż swojej żony i ojciec pięciorga dzieci, który pojawił się w moim życiu kilka lat wcześniej jako antypatyczny gość w hip-hopowej bluzie (ja występowałem wówczas wyłącznie w marynarkach). Szczery do bólu, cierpiący na dysgrafię (na szczęście przy projektowaniu okładek nie trzeba wiele pisać), słuchający jakichś hałaśliwych piosenek i bezczelnie ignorujący moje autorskie roszczenia przy wydawaniu kolejnych książek. Warszawski snob, blokers, wielbiciel Wojaczka. To on zwrócił mi uwagę, że "noszę płaszcz na obu ramionach", co miało oznaczać, że mówię zawsze to, co inni chcą usłyszeć. To on wytrwale tropił i wyśmiewał mój narcyzm, łapał mnie za słowa i traktował jak zwykłego człowieka (choć każdy przecież wie, że jestem wybitnym poetą). To jego napomnienia i formułowane z autoironią wyznania własnych słabości zapadały mi głęboko w pamięć, dręczyły mnie, denerwowały i... zostawały w sercu. I nawet nie wiem, kiedy nasza znajomość ze szczerej antypatii przerodziła się w równie szczerą przyjaźń. Przez ostatnie lata Janek był moim neokatechumenatem, namiastką wspólnoty, posłańcem Bożym (czego, wbrew pozorom, nie piszę po to, żeby wpędzić koleżkę w samouwielbienie cechujące "rycerza wiary"). Fakt, że Janek i wielu innych frondystów mogłoby z powodzeniem pisać dziś razem ze mną rachunek sumienia na marginesie szóstego przykazania (spryciarze, wybrali łatwiejsze), wzmacnia mnie i dodaje mi odwagi. Ja miałbym też wiele do wyznania na marginesie przykazań, które oni wybrali. Wszystkim wam, chłopaki, z serca dziękuję.
Ale najgoręcej dziękuję mojej żonie, która wspierała mnie w najtrudniejszych momentach i przed którą nigdy nie miałem tajemnic. Gdybym je miał, jedność naszego małżeństwa już dawno zostałaby rozbita. Moja pożądliwość nie ma granic, a moja wola jest bardzo słaba. Wolę nie myśleć, kim byłbym dzisiaj, gdyby nie rodzina. Rany zadawane przeze mnie naszemu małżeństwu przez lata opatrywane były przez miłość mojej żony. Niech więc ten wstydliwy dla mnie, ale chyba konieczny tekst zakończy najintymniejsze wyznanie: "Kasiu, jestem cienkim Bolkiem, ale kocham Cię, a nasze małżeństwo jest dla mnie cudem"."
Attyla [ Flagellum Dei ]
A teraz mógłbyś mi wyjaśnić o co ci chodzi? Puściłeś te teksty ot tak sobie - bo ci się nudziło, czy miałeś w tym jakiś cel?