GRY-Online.pl --> Archiwum Forum

Opowiadanie znajomego - "Otchłań".

17.02.2009
14:14
[1]

John Wayne Gacy [ Pretorianin ]

Opowiadanie znajomego - "Otchłań".

Mój przyjaciel wziął się jakiś czas temu za pisanie opowiadania, póki co w formie AAR (opowiadanie opisujące wydarzenia w grach z serii Europa Universalis i Hearts of Iron), ale IMHO ma zadatki na pełnoprawną historię w odcinkach.

Opowiadanie przedstawia świat alternatywny - Europę Sowiecką w pierwszej połowie XX wieku.

Pierwsze odcinki:




W tej chwili powstały 23 krótkie odcinki, docelowo opowiadanie ma skończyć się na 30, jak ktoś będzie chciał, podlinkuję resztę. Jeżeli lubisz klimaty totalitarne - polecam.

17.02.2009
18:31
[2]

John Wayne Gacy [ Pretorianin ]

^

16.04.2009
10:22
smile
[3]

odynasek [ Legionista ]

czy twój przyjaciel to ty?

16.04.2009
10:39
[4]

pablo397 [ sport addicted ]

sowiecka europa? to co tygryski lubia najbardziej, zaraz zabieram sie za czytanie

16.04.2009
11:00
[5]

pablo397 [ sport addicted ]

na moje oko bardzo przecietne. jesli chodzi o fabule - z jednej strony autor powoli wprowadza nas w realia owczesnego swiata, dodajac opisy przecietnego zycia zupelnie przecietnego obywatela, ktore (domyslam sie) zaraz zmienia sie w bardziej burzliwe dokonania na tle (zblizajacych sie) zawirowan polityczno-gospodarczo-wojennych. czyli standard. brakuje jeszcze wtracen o dylematach wladzy najwyzszej czy typowych notek autorskich o tym co sie dzieje :P nie jest zle, ale raczej srednio wciagajace.

od strony technicznej za to tekst lezy i kwiczy. sam nie jestem jakims tam specjalista (z zajec ze stylistyki mialem ledwo 3.5), ale jesli autor ma >20 lat to przyszlosci wielkiej mu nie wroze z takim stylem (mi przypominal gimnazjalne wypowiedzi ;).

podsumowujac - drugi Pilipiuk z Twojego kolegi to raczej nie bedzie, ale jak na hobbystyczne pisanie w domku po browarze to nie jest az tak zle.

4+/10

17.04.2009
10:42
[6]

caramucho [ Konsul ]

Wcale niezłe choć osobiście zmieniłbym koncepcje i sposób narracji z inspiracji pewnym autorem napisałbym tak:


3 stycznia 1936 roku.

Unikając noworocznego tłoku postanowiłem opuścić Holandię i wrócić czym prędzej do Londynu, tam nadać, zaległy artykuł oraz relację z komunistycznego Sylwestra do Boston Trybune. Szczerze mówiąc impreza zorganizowana przez tamtejszą partię obrzydziła mi Benelux na kolejne pół roku które mam nadzieję spędzę albo w Afryce albo na morzu co ma ten komfort że nie trzeba przysłuchiwać się rozmowom o wykonanych planach , normach i przodownikach pracy. Ci akurat stanowią akurat smutny widok tej krainy.
Pijani pochwałami jakiegoś naczelnika XXIX – którejś kategorii i talonem na zakup radia kryształkowego jak gorzałą z monopolu państwowego chłop lub robotnik nie zauważa powykręcanych kończyn i bółu od pracy w kopalni miedzi. Nie przypuszcza w błogostanie że za kilka lat umrze na jedną z tych błogosławionych chorób pulmonologów, pozwalającą wypluć pacjentowi całe skrwawione płuca tuż przed śmiercią.
Tak oto niezbyt wesoło rozmyślając spędziłem drogę przez La Manche na opustoszałym pokładzie „Konsomolca”, pasażerów widać nie było cóż dla wyrafinowanych dam za mocno bujało. Ups raczej wypadałoby napisać poprawnie dla żon towarzyszy partyjnych zresztą po co miałyby tracić czas na te wielkopańskie rozrywki, skoro lepiej i wygodniej dajmy na to zrobić haftkę z towarzyszem Stalinem.
Stara Anglia przywitała mnie zatem samotnego mżawką i tym dusznym zapachem wilgoci niewywołującym bagaż jesiennych wspomnień: tępych panienek przechylających się zalotnie w jednej z tych dusznych małych knajpek na East End i tych „z dobrego domu” wręcz wulgarnie zadzierających kieckę na dancingu w bardziej chrześcijańskiej dzielnicy, gdy zespół podkręci rytm, gdy będzie grubo po północy a sekcja rytmiczna zacznie improwizować na całego. Wyzionie Ci wreszcie „Love you darling, lets go to Home”. padajać prosto w ramiona odurzona kwaśnym zapachem szkockiej i nikotyny lub może nawet opium (czasem trafi się i morfinistka) a wtedy pozostanie Ci tylko zabrać ją do hoteliku gdzie prócz klucza do pokoju dostajesz packę na karaluchy i korek do wanny.
Oczywiście tak było przed rewolucją za czasów Króla, swoją droga żyjącego gdzieś w okolicach Charlston o ile można tak nazwać tą marną wegetację u konfederatów. Ma jednak ponoć własną platację i może wydawać polecenia murzynom z czego zapewne jest zadowolony jako Niemiec z pochodnia.
Tutaj natomiast komunizm sprawił że angielska pogoda wydaje się jeszcze bardziej posępna. Sądzę że gdyby Lenin zaczął rewolucję od doków Great Yarmouth nigdy nie doszedłby tak daleko. Wszystkie te czerwone flagi, przemoknięte na deszczu, powiewające smętnie lub zwieszające się zwyczajnie jak zwykłe szmaty na wiejskim sznurze, mgła, szare baraki osiedla dokerów , zachęcają do ucieczki z powrotem na pokład statku. Właściwie to po pierwszych minutach zacząłem żałować że tego nie zrobiłem. Przy wyjściu pojawił się pierwszy oficer i zaczął trajkorać: „że będzie jakaś kontrola i że to potrwa i proszę ustawić się w kolejkę, nie nie tak, wężykiem, proszę tędy tak widzi pani teraz wszyscy się zmieszczą. Proszę? Pan jest VI sekretarzem KC ARS? Najmocniej przepraszam w takim razie przodem.”
Trwało to i trwało ale o dziwo większość pasażerów ustawiła się potulnie tylko jacyś Niemcy stali bezradnie zagubieni posłałem im uśmiech zrozumienia. Odwzajemnili mi nieznacznie równocześnie dając się poprowadzić oficerowi na koniec kolejki czyli za mnie.
Nasz sznureczek przesuwał się powoli, więc zaczynałem tracić cierpliwość aż tu nagle z podpokładu wytoczyło się jakieś kosmate indywiduum najwidoczniej służące wcześniej za inspirację powieści Rafaela Sabatiniego. Pierwszy przedstawił go nam jako oficera kulturalno – oświatowego.
Określenie to było moim zdaniem wyzwaniem rzucanie wszystkim morskim eufemizmom. Po namyślę wykluczyłbym jednak te opisujących ucięcie nogi spadającym gaflem, eh czego to człowiek nie nasłuchał się w Kadyksie. Tymczasem osobnik ten postanowił zabawiać nas, to jest osoby czekające w kolejce, historią okrętu. Wykonanego jak się okazało przez młodych holenderskich junaków. Jako że historia była nieco krótka, zerknąłem mu przez ramię miał około pół kartki tekstu, musieliśmy go słuchać powtarzanego kilkukrotnie. Interesującym szczegółem wydaje mi się fakt że za każdym razem człowiek ów sprawiał wrażenie że widzi tekst pierwszy raz na oczy.

17.04.2009
10:45
smile
[7]

caramucho [ Konsul ]

Cała to komedyję obejrzeliśmy na użytek owego sekretarza KC ARS, jak się później dowiedziałem był nim Mark Stanford, który nagle poczuł się w obowiązku przyjrzenia się pracy całej przystani.
Szczęśliwie jednak kolejka dotarła do mnie i stanąłem oko w oko z urzędnikiem celnym.
Spojrzał na mnie niedbale, z typową nonszalancją dla tego szlachetnego zawodu do petenta po czym poprosił o bilet i dokumenty. Wyjąłem więc paszport, bilet które ten zręcznie przejął by już za chwilę rozmiętosić go w dłoniach, podważyć rozklejającą się okładkę paznokciem, nie zbyt mocno ale wystarczająco żeby kolejni jego następcy mieli się za co przyczepić.
Jak się nazywacie obywatelu?
Hm jeszcze do niedawna był tam John Ian Wrightway – wskazałem na paszport.
Groźny błysk zamigotał w oczach lecz głos zabrzmiał łagodnie – O obywatel dowcipny czym się zajmujecie? - w podsunąłem mu pod nos legitymację Associated Press, tym razem w oku zamajaczyła mieszanina niechęci z ostrożnością. Wziął książeczkę do ręki i dokładnie lustrował rozpytując się o to i owo moich ostatnich wojaży a szczególnie ich celu. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą o zleceniu naczelnego oraz wydawcy, ostatecznie dał mi spokój gdy natknął się na pieczątkę z Sowietów.
Machnął niedbale do wielkiej okrągłej czapki klepnął jakiś zwrot grzecznościowy i tym sposobem znalazłem się za chwilę znów na deszczowej londyńskiej ulicy.
Dziwnym trafem stał tam Penny Clarskon mały Penny z cholernie babskim imieniem, miał jakieś inne prawdziwe ale było tak cudaczne że wszyscy wołali na niego Penny. Stał tak pod wąskim okapem punktu celnego próbując zapalić rozmokniętego papierosa.
-Siemasz Penny – rzuciłem bo tak zwykłem wołać na starych przyjaciół, na dźwięk głosu skurczył się, sprężył a ja w odwróconą pośpieszenie twarzy widziałem zaszczute zwierzę.
Trwało to chwilę bo zaraz jednak się rozpogodził i rzucił raźno – Johny? To naprawdę Ty? - a zaraz potem masz papierosa? - tak to był cały on postarzały o 10 lat z okładem ale wciąż ten sam. Wyciągnąłem Lucky Strike na co pośpieszenie schował swoją paczkę Gwardzistów do kaftana. Wydawał się tym faktem zażenowany Gwardzista był najtańszą marką na rynku dostawało się je jako ekwiwalent za pracę z reguły tą najgorszą. Spróbowałem kiedyś tego draństwo było mocne i drapało jak diabli. Paląc tak rzuciliśmy kilka standardowych w tej sytuacji pytań w rodzaju:
- Co u Ciebie?
- Dobrze a jak Ci leci?
- Ok. - Potem rozmowa się urwała, staliśmy w milczeniu kontemplując deszcz i niecodzienne spotkanie. Zawsze jest ciężko zacząć jakąś głębszą rozmowę z kimś kogo się długo nie widziało a myślało ile to będzie się miało do powiedziana, zamiast tego nic kompletna pustka i szybka refleksja własnych przeżyć z minionego okresu czy coś było naprawdę istotnego czym warto się podzielić? Ślub, postrzał w Tanzanii, praca jako korespondent i kolejny postrzał te parę razy kiedy otarłem się o śmierć na pełnym morzu, dobra książka którą przeczytałem miesiąc temu? Chyba nic z tych rzeczy. W końcu rzucam od niechcenia:
- Grasz jeszcze? - Pytam bo Penny był świetnym pianistą kochał muzykę a muzyka kochała jego w zasadzie te wszystkie londyńskie lalunie to zasługa Pennego.
- Ja , ekh... wiesz miałem wypadek. Dopiero teraz zauważyłem jego dłonie; chude, tyczkowate miały dziwne zgrubienia i koślawości. Znałem takie wypadki szczególnie dużo ich w Chicago ale zachowałem tę uwagę wtedy dla siebie. Widać że nie chciał o tym gadać, o takich rzeczach nie gada się przy mżawce na Turton Road w Dokach ale gdzieś w ciepłym suchym miejscu nad butelką burbona. Penny wydawał się jak współczesna mu Anglia – zmęczona rewolucją, pragnąca się obudzić na nowo z mgły marazmu i mentalnego zniewolenia. Tutaj jednak to nie nastąpi partie wie, widzi, słyszy, czuje że długo nie utrzyma tak systemu. Mogło to przejść w Rosji nawet Holandii, Grenlandii czy Bóg raczy wiedzieć na jak egzotycznych Bermudach ale nie tu.
Partii potrzebny jest wróg oraz sposób na szybki eksport stali i ołowiu na zewnątrz, eksportuje się bardzo prosto. Na coraz większe odległości ładnie zapakowane w tulejkę z metalu która odpada gdy prezent będzie już leciał od Ciebie. Ciepłem rozleje się po Twoich trzewiach lub jasnym błyskiem jeśli masz farta i trafi Cię w czaszkę, zaiste perfekcja wykonania.
Partia poszerzy więc wkrótce eksport tych produktów gdzie to wydaje się mniej pewne może Australoazja leży daleko a więc wygodnie, partia pośle tam towarzyszy a Ci będą wypełniać jej wolę nawet cenzura mniej się napracuje. Już widać słychać nagonkę wystarczy włączyć radio przemówienia robią się coraz dłuższe a zatem bełkotliwe tym samym są łgarstwem i kłamstwem od początku do końca. Jaką wojnę można uzasadniać przez 2 godziny albo przez 3? Tylko najbardziej zwyrodniałą odmianę tego szubrawstwa które należy odsłonić i pokazać zapędzając tą świńską chołotę w kozi róg. Zresztą czy to tylko tu. Cała wrze z jednej strony faszyści na jedną modłę z komunistami z drugiej demokraci z ich utopijnymi ideami pokoju za wszelką cenę. Wszystko jak bajeczce Le Fontaine...
- Pracuję teraz w - dokach – głos Pennego wyrwał mnie na tyle z zamyślenia że spojrzałem na niego zdumiony
- W dokach to uczciwa robota ładujemy ciągniki do Indii. - kontynuował biorąc moją reakcje za niezrozumienie.
- Aha – burknąłem nagle przestałem mieć ochoty na pogawędkę, mogłem a jakże zapytać go o te ciągniki czy czasem nie artyleryjskie ale po co? Odpowiedziałby i tak zgodnie z tym co wierzy, chce wierzyć albo co kazali mu wierzyć dawno temu łamiąc mu palce . Zgasiłem papierosa, a rozgniatając niedopałek trochę zbyt skrupulatnie obcasem, bąknąłem.
- Na mnie pora muszę jeszcze znaleźć lokum zostaję na razie w Londynie, a telefonicznie załatwiłem na razie miejsce w Hotelu Robotniczym, zdaje się dawny Empire . - skrzywił się
- Tam nie warto, znam kogoś kto wynajmuje pokoje, to pani Thomson.
-Pani? - zdziwiłem się na co odparł z lekko się uśmiechając:
- No tak teraz tak się nie mówi ale to lady w starym stylu, sam zobaczysz. Powiedz że jesteś ode mnie. - Powiedział wyciągając dłoń na pożegnanie. Przytrzymałem go chwilę. - Zajrzyj kiedyś – powiedziałem. Skinął głową: -A Ty pisz dalej, lubiłem czytać Twoje reportaże ale teraz zarabiasz na książkach, nie? - wyszczerzył zęby w uśmiechu. Pozdrowiłem go i poszliśmy, każdy w swoją stronę. Miałem wtedy uczucie że się nie spotkamy, choć widywałem go czasem na ulicy, nigdy więcej nie rozmailiśmy, roku później wybuchła wojna i dostał wezwanie do wojska. Przydział do Indii, statek trafiła torpeda, nie ocalał nikt z siedmiuset osób na pokładzie.

PS. Mam nadzieje że kolega się nie pogniewa zrobiłem to niekomercyjnie w ramach gimnastyki umysłu szkoda że to Armagedon za dużo jak dla mnie s-f

17.04.2009
10:49
smile
[8]

caramucho [ Konsul ]

spóźniony edit: Jeśli ktoś to czytał przepraszam za błędy autokorekta w Wordzie poszalała trochę a że ciężki poranek miałem to nie zauważyłem.

© 2000-2026 GRY-OnLine S.A.