kathulu [ Generaďż˝ ]
"Pod Rozbrykanym Nazgulem" rozprawa 135
"A droga wiedzie w przód i w przód, choć zaczęła się tuż za progiem...” – czy to nie taką piosenkę śpiewasz, wędrowcu, i wciąż się dziwisz, w jakie to miejsca i czasy zanosi Cię ta droga? I oto zawiodła Cię tutaj, do pogrążonej w półmroku izby. Stoisz w progu i próbujesz odgadnąć, czy znajdziesz tu to, czego szukasz.
Nikt z nas tego nie wie. Może przywiodło Cię tu zmęczenie podróżą; głodny i spragniony, wypowiedz swe życzenie. Może powodowany ciekawością słusznie połączyłeś nazwę tawerny z zupełnie innymi od pełnego zgiełku tu-i-teraz czasami i światami. A może jakiś złośliwy lub niewprawny mag rzucił na Ciebie zaklęcie teleportacji, umieszczając Cię w miejscu, w którym zupełnie nie chciałeś się znaleźć...? Trudno. Jesteś.
I być może jest to ostatni dzień Twojego życia. Starego życia, oczywiście. Teraz nadchodzi Nowe.
Przypatrz się uważnie : to jest karczma. Sam wiesz najlepiej, do czego służą takie miejsca, a to jest szczególne, oferując szeroki asortyment trunków i mieszkańców całego Śródziemia.
Co do trunków – w tej chwili Twój wzrok automatycznie spoczywa na barze - poda Ci je któraś z pięknych dam (czyż inne niż piękne istnieją w Śródziemiu?). Pierwsza z nich, Elfka FoXXXMagda, dawno, dawno temu zainicjowała ideę tego miejsca, nosi zaszczytne miano naszej Pani i wciąż odbywa poważne narady z tajemniczym (aczkolwiek wszystkim doskonale znanym) Strażnikiem. Posiadająca dar snucia przepięknych opowieści Półelfka Nilcamiel przynosi we włosach świeże nowiny ze szlaków i twierdz. Kami, zwana przez niektórych Najpiękniejszą, ma wiele ukrytych talentów (wśród nich ujawniła się ostatnio moc jasnowidzenia), którymi dzieli się jednak nieśmiało. I jeszcze Vilya, zafascynowana słowami w różnych językach oraz ich mocą w piśmie, chętnie porozmawia z Tobą o szeroko pojętej sztuce (gotowania też). Słowa nie są również obce trubadurowi hugo, który przedstawia się: „Mistrz Hugo, Półelf, Poeta i Bard”. Takiej pewności siebie trudno nie uwierzyć, a i jego poezja przemawia głośniej niż czyny ;). Arab, mężny rycerz i podróżnik znający Kraje Południowe, broni honoru kami, a przy okazji dostarcza karczmie kwiaty (twierdząc, że to tylko dla Niej :)). Nieco szerszy zasięg ma obrona LooZ’a, który za cel postawił sobie godnie reprezentować Gondor. Niedawno pojawił się Kathulu, zielony potwór z podwodnego miasta R'leth, który sprowadza obłęd i zamieszanie. Od czasu do czasu widujemy tu również Berena, podobno jednorękiego, a na pewno posiadającego sporą wiedzę o historii i geografii Śródziemia. Natomiast Stitch jest przedstawicielem złowieszczej profesji wiedźmina; mamy jednak wrażenie, ze udało się go spacyfikować... w każdym razie nie przynosi niczego, co upolował. Okazjonalnie spotkasz tu również tajemniczego Iarwaina Ben-Adara, z uporem godnym maniaka dbającego o wystrój wnętrza. A w podwórzu, w ciemnej piwniczce, tajemnicze eliksiry rozlewa gofer, pojawiając się czasem z nową dostawą samogonu. I kiedy już myślisz, że wystarczy, że poznałeś już wszystkich, blask świecy odbija się od ogromnego topora... To wierny towarzysz badacza przeszłości, Krasnoluda Jolo, który siedzi w jednym z ciemniejszych kątów, wszystko widzi, słyszy i chętnie opowie Ci, jak wykopać z ziemi największe skarby. I jeszcze Nasz Człowiek w Mordorze -- Mysza, dowodzący Orkowym Patrolem i tylko z pozoru stojący po stronie wroga.
Tak... to lista do uzupełnienia, może i Ty się na niej znajdziesz? Może atmosfera zabawy i światło tak pięknie załamujące się w złotym trunku skłonią Cię do zostania tu na dłużej?
Pokłoń się zatem naszemu patronowi Nazgulowi, rzuć trochę resztek żebrzącemu pod stołem Gollumowi, mój skarbie, i przyłącz się do nas. Chętnie wysłuchamy Twych opowieści
kathulu [ Generaďż˝ ]
menu by Vilya i stronka by mati (choć przydałaby się mała aktualizacja):
kathulu [ Generaďż˝ ]
Witam, wszystkich w następnej części normalnej już karczmy i niestety piwa nie posiadam, wieć mam nadzieję, że zadowolicie się tą oto jakże pozytywną piosenką: I'm ahead...I'm advanced. I'm the first mammal to wear pants. I am at peace with my lust. I can kill cause in god I trust. It's evolution baby! I'm a beast...I'm the man. Buying stocks on the day of the crash. On the loose, I'm a truck. All the rolling hills I'll flatten 'em out. It's herd behavior...it's evolution baby! Admire me, admire my home, Admire my son, he is my clone. This land is mine, this land is free, I'll do what I want, yet irresponsibly. It's evolution baby! I'm a thief, I'm a liar. There's my church, I sing in the choir. Halelujah...Halelujah... Admire me, admire my home, Admire my song, admire my clothes. Cause we know an appetite for nightly feasts. Those ignorant Indians got nothing on me. Nothing. Why? Because it's evolution baby! I am ahead...I am advanced, I am the first mammal to make plans. I crawled the earth, but now I'm higher. 2010 watch it go to fire. It's evolution baby! [2x] Do the evolution! Come on! [3x] It's evolution baby!
kathulu [ Generaďż˝ ]
Niech ktoś inny powstawia wnętrza - mój modem nie jest na to. Ewentualnie może się pośmiać z fragmentu mojej grafomani: "-… stanął przed nimi, obejrzał się na wojska nieprzyjaciela i spojrzał na twarze swoich kompanów, rozejrzał się na prawo i lewo, na rozciągające się na całym wzniesieniu oddziały. Przeszedł kilka kroków, wzniósł swój dwuręczny miecz w górę – bard przeskoczył na drugi stół, wszyscy w szynku zwrócili swoje zafascynowane twarze w jego stronę. – i rzekł w ten czas „Mogą nam zabrać nasze życie, nasze domy, ale – zrobił, krótką przerwę, nadymał policzki i krzyknął. – nie zabiorą nam wolności!” – prawie wszyscy w szynkwasie zakrzyczeli razem w poparciu słów wieszcza. Prawie wszyscy, oprócz Arlsona, on uniósł w geście aprobaty kufel z piwem wylewając parę kropel na stół. Słowa barda nie poruszyły go, nie był mieszkańcem Orkadii, tak jak większość znajdujących się tutaj, w karczmie mężczyzn i kobiet, był najmitą. Legenda o Williamie Wallace nie wzbudzały w nim patriotycznych myśli, za to dobrze robiły to relity, którymi mu zapłacono. Dopił piwo do końca i złapał za następny kufel, był pusty. Poprawił topór u pasa i wsłuchiwał się w opowieść barda, właśnie opisywał przebieg batalii, najemnik zastanowił się przez chwilę, ale nie mógł sobie przypomnieć, aby ta bitwa kiedykolwiek miała miejsce, nie przypominał sobie także, kim tak właściwie był ten Wallace, Orkadianinem, Mangrelem a może Sangwinarninem. Postanowił obwinić swoją niewiedza alkohol. Drzwi od karczmy otworzyły się powoli, wszyscy zamarli, stanęła w nich wysoka, zakapturzona postać, uniosła dłoń do góry, złożyła środkowe palce do góry, a resztę odchyliła jak najdalej, wszyscy odetchnęli z ulgą. Postać rozejrzała się po wnętrzu tawerny i ruszyła w stronę Arlsona. Ten nie zwrócił na to uwagi, dopiero po chwili spojrzał na nią. Upuścił kufel, który odbił się od stołu i upadł na posadzkę i otworzył usta z niedowierzania. -To ty! Nie… niemożliwe, myślałem, że umrzesz. – Postać zdjęła kaptur, lewa połowa jej twarzy była pokryta skórzastą, pomarszczoną powłoką lub naroślą. Próbowała coś powiedzieć, jednak połowicznie zasklepione usta utrudniały mu to. Wreszcie wydała z siebie kilka charknięć, które powoli zaczęły się przemieniać w zrozumiałe słowa. Mężczyzna otrzeźwiał w mgnieniu oka, a kac przerodził się w przerażenie, dokładnie takie, jakie powinni sprawiać abominacjonaliści. -To już prawie dwa miesiące. Dwa przeklęte miesiące. – popatrzył w twarz najemnika i odpowiedział na nie zadane jeszcze pytanie. – Elion. -Więc zostałeś abominacjonalistą. -Myślałem, że nauczą mnie zapominać, ale zawsze! Zawsze, jak zamykam oczy widzę jej przerażone spojrzenie, krew wypływającą z jej ust, podcięte gardło, zaschniętą posokę na jej ubraniu, dziurę w klatce piersiowej, głowę None’a roztrzaskaną na ścianie i… - nie dokończył, łza spłynęła mu po policzku. -Dlaczego, więc się nie zabiłeś? -Bo wtedy umarłbym z tym widokiem przed moimi oczami. -Dlatego postanowiłeś tu przybyć i zginąć w bitwie, która się tu rozegra? Tym nic nie zmienisz, wszyscy, którzy byli winni śmierci Xylivie już nie żyją. Nie ma się już, na kim mścić. Nie da się odwrócić czasu i zapobiec temu. -A ty, przecież ją kochałeś? Więc czego możesz tu szukać? Odkupienia? Szukasz jakiejś pokuty, za to, że nie byłeś przy niej, tak jak w tej palącej się karczmie i wtedy jak złapali ją strażnicy. – Arlson nie odpowiedział. – Zmieniłeś się i to bardzo. -Wiem. – drzwi tawerny otworzyły się z hukiem, wpadł przez nie mały chłopiec, nadymał policzki, zasapał przez chwilę i krzyknął, że nadchodzą. Wszyscy zasiedli przy stołach, jeden z mężczyzn złapał za kołczan i wbiegł po schodach, dwóch innych zajęło miejsca przy oknach karczmy i napięło kusze. Bard zszedł ze stołu, przeszedł do szynkwasu, usiadł na nim, złapał za lutnię i począł nucić jakąś smutną melodię. Drzwi otworzyły się po raz wtóry, stanął w nich mężczyzna w zielonej, karionowej zbroi płytowej, na jej lewym napierśniku widniały insygnia marszałka Helgardu. Dokładnie tak, jak przepowiedziała to kapituła Orkadii, najpierw zajmą cały kraj, a potem poślą jeden oddział do stolicy, który ponoć uciekł z pola walki. Oddział ten miał za zadanie narobić jak najwięcej zamieszania w mieście podczas szturmu właściwych wojsk i gdy nadejdzie czas, otworzyć bramę do miasta. Mężczyzna zdjął hełm, miał coś około trzydziestu lat, długie, blond włosy i bliznę rozpościerającą się na cały podbródek, najwyraźniej po nieudanej próbie zamachu. -Zdezerterowaliśmy właśnie z armii Helgardu, która zmierza tutaj, aby zaatakować Asend. Czy możemy tutaj przenocować, a z rana wspomożemy was w obronie miasta? – mężczyzna czekał na jakąkolwiek odpowiedź i wreszcie się doczekał. Jego głowa wyturlała się z gospody i potoczyła pod nogi, jego żołnierzy. -To zasadzka, domyślili… - wojownik nie zdążył dokończyć, w gardle utkwił mu bełt. Powietrze przeciął świst strzał i bełtów. Pierwszy z karczmy wyskoczył Arlson, a zaraz za nim Elion i reszta ludzi. Rozpoczęła się walka, kilku z rycerzy padło na ziemię nie zdążając nawet zareagować. Elion zrzucił opończę odsłaniając pokryty chaotycznymi haftami habit, z czerwonymi wykończeniami na rękawach. W dłoniach pojawiły się dwa długie sztylety. Uderzył z półobrotu, jeden ze sztyletów wbił się helgardczykowi w oko, drugi sparował jego cios. Arlson odrąbywał właśnie dłonie jednemu ze swoich przeciwników, aby zaraz odciąć innemu nogi. Tuż nad jego głową poszybowała strzała, która wbiła się jednemu z obrońców w kręgosłup. Elion wbijał w tej samej chwili sztylet pomiędzy płyty zbroi płytowej, jednocześnie nucąc jedną z abominacjonalistycznych pieśni. Następna seria strzał posypała się na walczących. Arlson ściągał ciało jednego z przeciwników ze swojego toporu, aby w chwilę potem uratować życie jednemu z obrońców i zobaczyć, jak helgardczyk wbija miecz pomiędzy żebra abominacjolisty. Elion odwrócił się i złapał swojego przeciwnika za gardło. Uniósł do góry i zacisnął mocniej dłoń. Wyciągnął miecz spomiędzy żeber i wbił go nabiegającemu wrogowi prosto w pierś. Nie wiedział nawet, że właśnie się odsłonił, nie czuł jak berdysz wbija mu się w bark, przecina obojczyk, żebra, mostek, serce wiecznie oddane Xylivie. Nie czuł także jak ktoś kopie go w plecy, nie widział jak upada w kałużę własnej krwi. Arlson rzucił się w stronę upadającego mnicha, aby zaraz upaść od kopnięcia w brzuch. Spojrzał w górę, aby ujrzeć, kto go kopnął, ale jedyne, co zobaczył była podeszwa buta. Poderwał się jednocześnie zadając raz. Uderzył w kirys, złapał się za rękę i rozejrzał. Przegrywali, w oddziale helgardczyków pozostali już tylko rycerze, zakuci w trudne do przebicia zbroje. Obrońcy uciekali w zaułki ulic, na dachach pozostało kilku strzelców, paru innych zwisało bezwładnie naszpikowanych bełtami, na krawędziach dachów. Jeden z rycerzy uderzył go w brzuch, Arlson zwymiotował mu na buty. Dwóch innych złapało go za ramiona i przyparło do muru, trzeci okładał go pięściami po brzuchu, ale on tego już nie czuł, dawno temu zemdlał. Obrona Asend przeszła do historii Szrillu jako jedna z najbardziej zaciekłych i najdłuższych defensyw w dziejach, poczynając od utraty karczmy pod Zieloną Strzałą, poprzez spalenie wieży mędrca aż do ostatniego metra murów obronnych. Jej przebieg stał się najpopularniejszą opowieścią bardów na Raites, swoją popularnością przebijała nawet legendę o Williamie Wallace i jego walce o wolność, chociaż ta nie kończyła się zwycięstwem obrońców, ale wieloletnią, krwawą okupacją, wieloma stłumionymi powstaniami i tak zwanym półroczem szafotu oraz powstaniem alei włóczni, na której zostały powbijane głowy obrońców."
Bodokan [ Starszy od węgla ]
kathulu---> marnujesz sie :-). Wyslalem Ci maila. Czy jest tu jakas obsluga?!
kathulu [ Generaďż˝ ]
Z czym się marnuję Bodokan?
kathulu [ Generaďż˝ ]
Bodokan ---> co mam wpisać w pole Skąd się dowiedziałeś o istnieniu stronki/serwera ?

evs [ Un loup mechant ]
napisz, ze od Bodokana :))) Witam wieczorowa pora :))
Bodokan [ Starszy od węgla ]
kathulu--->z takim talentem :-). Wpisz: od znajomego, ktory juz gra lub, ze z prasy traktujacej o grach ( SGK )

Bodokan [ Starszy od węgla ]
O, witaj, evs!! :-)) W koncu sie napijemy :-).
Queen_Arwen [ Evenstar ]
Cześć wszystkim! Wieść niesie że Sauron dziś przegrał pierwszą bitwę swą!
kami [ malutkie maleństwo ]
Ja tylko na chwile. evs --> kiedy zdjecia?
kathulu [ Generaďż˝ ]
Bodokan ---> a co w Dlaczego chcesz u nas grac ? Witaj Q_A. Cóż za wesoła nowina!
Bodokan [ Starszy od węgla ]
kathulu---> to jest wlasnie jedna z tych rubryk, gdzie musisz Sie postarac :-). Napisz, ze podabaja Ci sie panujace tam zasady, polozony nacisk na odgrywanie postaci, atmosfera itp
Queen_Arwen [ Evenstar ]
I pokonało go plemię które tak długo pod jego jarzmem wcześniej było.
kathulu [ Generaďż˝ ]
Bodokan ---> dzięki. Q_A - jeszcze uda nam się obalić Saurona, zło zniknie z tego świata. W górę miecze!
kami [ malutkie maleństwo ]
I get it. See you then.
evs [ Un loup mechant ]
kami --> przepraszam, chwilke mnie nie bylo... zdjecia jutro dotra do kathulu a co on dalej z nimi zrobi to zobaczymy :)))

evs [ Un loup mechant ]
Bodokan --> witaj druhu :)) ... napijemy? chyba, ze po szybkiej lufie bo musze leciec...
kami [ malutkie maleństwo ]
evs --> ok, dzieki za odpowiedz kathulu --> wiesz co masz z nimi zrobic nie? OPUBLIKOWAC! I juz naprawde see you.
kathulu [ Generaďż˝ ]
Zrobię sobie zdjęcie bez koziej bródki, a następnie wyślę na konkurs potworów wzorowanych na opisach z prozy HP Lovecrafta i wygram :)
evs [ Un loup mechant ]
o kurde, niezly klops... mialem tu nie przylazic a sie rozgadalem :( lece wiec, Wasze zdrowie
Bodokan [ Starszy od węgla ]
evs---> no to po szybkim :-). Zdjecia, jakie zdjecia *przerazony*
kathulu [ Generaďż˝ ]
Na wszysko co złe skasowały mi sie wpisy w formularzu *płacz*.
kathulu [ Generaďż˝ ]
kami:: wiem, wiem niech tylko wyjdą - bo ja i technika to dwie przeciwstane rzeczy :)

Maxwell [ ]
[wtem do karczmy wszedl qlejacy czlowiek w czarnym plaszczu. byl ublocony od kolan w dol, a gdy ssciagnal kaptur, gosciom ukazala sie obkrwawiona i zmeczona twarz] Wracam z dlugiej wedrowki w poszukiwaniu pewnego elfa... lecz to jest mniej wazne. przez ostatnie kilka kilomtrow gonil mnie jakis pieprzony oddzial orkow... brr... innymi slowy: NA PANA CIEMNOSCI DAJCIE MI COS DO ZARCIA!!! :)
Maxwell [ ]
[czlowiek w czarnym plaszczu upadl na ziemie. do karczmy nagle wlecialo dwoch krepych ludzi] - to on! tam lezy na podlodze! bierzemy go! - oki! [i wytargali Maxwell'a na zewnatrz... po chwili rozlegl sie huk...]
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Irlandczyk siedzący w swoim ciemnym kącie, wyskoczył przez drzwi za Maxwellem, przez krótką chwilę ostrze rapiera zabłysło w świetle świec i kaganków. Z zewnątrz dało sie słyszeć potok irlandzkich przekleństw]
Iarwain Ben-Adar [ Generaďż˝ ]
Uuuu, ale Cię potargali...
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*zdejmuje luk z plecow, wyjmuje strzale i podchodzi do okna*
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*strzela w duzy zadek jakiegos krepego osobnika* Hehe, trafiony *usmiecha sie, wyjmujac nastepna strzale*
LooZ^ [ be free like a bird ]
Witam wszystkich. WKoncu udalo mi sie dotrzec do karczmy. Sledzilem z uwaga poprzednie watki i mysle ze moje odczucia wspaniale oddal jolo :)
kathulu [ Generaďż˝ ]
LooZ^ pomóż w burdzie... :)
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*strzela w jakis szary ksztalt* Oops, wybacz kathulu!!! *skacze przez okno i biegnie w ciemnosc*
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Irlandczyk wraca do karczmy z ramienia przebitego strzałą sączy się krew] Jak sie nazywał kompan Robina Hooda, pochodzący z Irlandii?
kathulu [ Generaďż˝ ]
"Wiatr zaświszczał przez dziury w oknach. Werlin zakręcił kilka razy sztyletem, spojrzał na jego czubek, po czym podrzucił go do góry, złapał i wbił z całej siły w stół. Młodzieniec patrzył na tę farsę z obojętnością jakby widział ją już po raz wtóry. Uniósł ręce do góry, złożył je, aby oprzeć brodę. Brwi drgnęły mu lekko. Werlin zauważył to, spojrzał na zapijaczone twarze swoich kompanów, pochylonych nad kuflami z czymś przypominającym przynajmniej kolorem piwo, przeniósł spojrzenie na młodego człowieka siedzącego naprzeciwko. -Tylko tyle, zabić go… - powiedział niedowierzając. -I przynieść jego ciało. – dodał młodzieniec. -Ale musi być coś jeszcze, to są za łatwe relity. – młoda dziewka podeszła do stołu, zabrała puste kufle zostawiając na ich miejsce zapełnione. Werlin spojrzał na nią, a raczej na jej piersi, zagryzł wargę i wysączył trochę piwa. Natychmiast splunął na podłogę. Wytarł rękawem usta rozdrapując przypadkiem krostę pod nosem. Parę kropel ropy trysnęło na rękaw młodzieńca, ten spojrzał na to z obrzydzeniem, zamknął na chwilę oczy i powoli je otworzył. -Ciało musi być prawie nietknięte –przerwał na chwilę– i może to i starzec, ale może was zaskoczyć. – wstał od stołu, odszedł kawałek i odezwał się tubalnym głosem. – Nie próbujcie mnie znaleźć, to ja was znajdę i – jego głos stał się jeszcze donioślejszy i w pewien sposób mroczny, większość ludzi oderwała się od swoich zajęć i spojrzała na niego. – i nie próbujcie mnie oszukać, bo wtedy moi ludzie odszukają was. -Skurwysyn – Werlin odezwał się dopiero, gdy Christopher, jak przedstawił się młodzieniec, wyszedł z tawerny. – będzie nas straszył… mnie – podniósł głos i uderzył kuflem o stół – Werlina. – spojrzał po wszystkich, po czym szturchnął swoich kompanów. Elion pokiwał na zgodę głową, a None przeklął szpetnie i podniósł upuszczony przedmiot otrzymany od młodzieńca. Był to średniej wielkości, ciemnozielony prostokąt o grubości kilku centymetrów z błyszczącą, przezroczystą górą mającą na środku pęknięcie po upadku. -To jest najwyraźniej automapa topograficzna. – głos None’a był ochrypły i zniekształcony. Potrząsnął nią i odetchnął z ulgą. – Działa. – Werlin odwrócił się do niego zmieszany. – To jest coś jakby – kompan przerwał na chwilę, aby dobrać odpowiednio słowa – papierowa mapa, ale wyryta w metalu – zrobił pauzę, zastanowił się chwilę, czy aby na pewno to powiedzieć – topografie. Werlin pokiwał na zgodę głową, wstał od stołu, złapał mieszek z relitami i podążył do swojego pokoju. Elion uderzył głową o blat, aby zaraz stoczyć się pod stół i zalać resztką piwa, jaką miał w kuflu, None odepchnął go nogą od siebie i zajął się na chwilę automapą, po czym wstał i poszedł do swojej alkierzy. Drzwi otworzyły się z przeciągliwym skrzypnięciem, dziewka stanęła w nich tak, że światło ukazywało jedynie jej zarys. Miała długie nogi, smukłą sylwetkę, najwyraźniej jędrne piersi i rozpuszczone, falujące na podmuchach wiatru włosy oraz złożone z tyłu ręce. Werlina bolała głowa i dzwoniło mu w uszach, ręką wyszukiwał leżącego na stole miecza i kaganka. Wreszcie udało mu się coś pochwycić, kaganek, zapalił go. Dziewczyna stała już przy nim i nachylała się, zauważył, że była naga do pasa, miała pełne usta i mały pieprzyk tuż pod nimi, brązowe, błyszczące włosy oraz komponujące się z nimi zielone, przenikliwe oczy. Nagle wysunęła ręce zza pleców i machnęła sztyletem przed nosem, Werlin cofnął się instynktownie i próbował złapać za rękojeść miecza. -Kurwa! Co robisz?! -Karczmarz nie lubi jak ktoś zostawia ostre rzeczy w jadalni. – powiedziała spokojnie, podrzuciła sztylet i złapała za ostrze podając Werlinowi rękojeść. Wziął go niepewnie i odepchnął daleko na szafkę. Dziewczyna położyła dłonie na jego piersi i zaczęła zjeżdżać wzdłuż torsu. Werlin nie oponował, ale za to rozłożył się wygodniej na łożu, objął ją w pasie i przyciągnął bliżej siebie. Ta włożyła dłoń w jego włosy i poczęła je przeczesywać. Zbliżyli się ustami, na jej twarzy pojawił się na chwilę niezauważalny wyraz obrzydzenia. Całowali się, długo. Odepchnęła się od niego nagle. -Trzeba to skończyć. – złapał go drugą ręką za głowę, w jego oczach pojawiło się zdziwienie. Cichy chrzęst, oczy ukazywały już tylko zanikające przerażenie. Zeszła z martwego ścierwa, przetarła ręką usta kilkakrotnie i splunęła na podłogę. Zabrała z szafki miecz i machnęła nim parę razy w powietrzu, był raczej kiepsko wywarzony i trochę za ciężki jak dla niej, jednak lepsze to niż nic. Wzięła jeszcze sztylet i przeszła do pokoju, w którym przebywali jego kompani. Otworzyła gwałtownie drzwi i stanęła w dominującej pozie, na jej twarzy raz po raz zasłanianej kosmykami włosów pojawił się złośliwy uśmiech. None oderwał się od medytacji i odwrócił w jej stronę wiecznie zakapturzoną głowę i bez słowa spojrzał w oczy, Elion za to, spadł z leża, wsparł się na łokciach i wybełkota kilka niezrozumiałych słów. -Chyba powinniśmy się poznać, jestem Xylivie, wasz nowy kamrat. -Co się stało z Werlinem? – spytał swoim szorstkim głosem None. -Coś w nim pękło. Xylivie otworzyła drewnianą skrzynię i zdmuchnęła cienką warstwę kurzu zasłaniającą skórzany strój. Założyła czarną mini spódniczkę, zapięła klamry. Przeklęła pod nosem, przytyła pracując w tej karczmie. Wyjęła dwa długie buty, zachodzące daleko za kolana, tak samo jak reszta kompletu zapinane na liczne, metalowe klamerki. Wreszcie założyła na siebie kurtkę i nałożyła na plecy werlinowski miecz. Wyszła z pokoju i zeszła do izby szynku. Podeszła do lady i złapała karczmarza za ramię. Ten odwrócił się przestraszony i wypuścił z sykiem powietrze z ust. -Boże! Mogłabyś się tak nie skradać. -Odchodzę. – powiedział spokojnie, bez wyrazu. -Szkoda tracić dobrą pracowniczkę. – schylił się i wyjął mieszek spod szynkwasu. – to twój zarobek za ten miesiąc. - Dziewka wzięła relity i dosypała do reszty znajdującej się w sakiewce. Na szczycie schodów pojawił się None podtrzymujący Eliona. Był to żałosny widok. Elion ledwo trzymał się na nogach, śmierdział moczem, którym miał zalane spodnie, dłonie zaciskały i rozwierały się spazmatycznie. Jego skóra była nienaturalnie szara, usłana czarnymi plamami jak gdyby przez awangardowego artystę. Brudne włosy najwyraźniej dawno temu przykleiły się do czoła i tam chciały pozostać już na zawsze. Usta rozkleiły się i dobyło się z nich przeciągliwe beknięcie. None odwrócił instynktownie twarz. -Gdzie jest Werlin!? – wydarł się wreszcie Elion. Karczmarz, dopiero teraz uniósł wzrok na tę żałosną scenę. None przytknął palec do ust, aby jego kompan się uciszył, po czym odpowiedział mu cicho. -Nie żyje. -Ale jak? – spojrzał się na kompana zapijaczonym wzrokiem, zakręcił głową i zapytał z niedowierzaniem. -Selekcja naturalna. -Aha. – pod mężczyzną ugięły się kolana, None próbował go złapać, jednak nie zdążył. Elion uderzył głową o posadzkę, stoczył się po schodach i zatrzymał na kontuarze baru. Z czoła wypływała mu stróżka krwi. -Popilnuj go, ja wracam po nasze rzeczy. – zwrócił się do dziewczyny. -Co mu jest? – spojrzała na leżącego pod jej nogami Eliona, który próbował wstać, ale jedyne, co mu się udało to uderzyć głową o blat szynkwasu. -Jest naćpany… jak zwykle. Wziął chyba wszystko, na co go było stać."
Bodokan [ Starszy od węgla ]
Wybacz kathulu, oczy juz nie te co dawniej... *drapie sie po glowie zaklopotany* Owin rane tym *podaje kathulu oddarty kawalek ze swojej koszuli* Gollumie! Gorzalki przynies, zeby rane polac...

Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
Mosci Kathulu, jakesmy dzis mowili czasem nie da sie uniknac interwencji stali... [to powiedziawszy szybkim ruchem krasnolud zdjal Kommosa z haka Dolaczysz sie do mnie Towarzyszu LooZ^, pohasajmy nieco z tymi podlymi istotami co nam mosci Maxwella chca sponiewierac?! [chwytajac w prawa reke topor wymachnal nim jakby dla rozruchu i wypadl z hukiem przez drzwi. Pierwszy zamach byl niecelny gdyz przeciwnik uchylil sie, to jednak nie uratowalo drugiego, gdyz krasnolud wypusciwszy topor pposlal go prosto w czaszke przeciwnika] LooZ zajmij sie tym drugim pukim nie wyszarpne z tego truchla mojego Kommosa, bo chyba mocno utnal ;-))
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Irlandczyk wyrywał szybkim ruchem strzałę z rany. Na jego twarzy nie pojawił się grymas bólu. Wyrwał butelkę spirytusu z łap Golluma i jednym łykiem opróżnił znaczną część. Na twarzy zamalował się zawadiacki uśmiech i nie zważając na ranę awanturnik wadł w zawieruchę pojdynku. Jednym płaskim ciosem odciął palce drugiego z przeciwników. Miecz z brzękiem upadł na twardą glebę zaraz koło odciętych paluchów]
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[cialem krasnoluda nagle szarpnelo, a on jakby zdziwiony spostrzegl czarnopiora strzale sterczaca z jego prawego ramienia] Cholera... paskudne orki... [odwrocil sie oswobodziwszy swoj topor i w podcieniu budynku naprzeciw Karczmy pod rozbrykanym Nazgulem zauwazyl majaczacy ksztalt przeciwnika] Mosci Bodokanie, zdejmiesz tego drania czy mam mu udowodnic ze lewa reka walcze rownie dobrze jak prawa???!! [to powiedziawszy usmiechnal sie paskudnie i przerzucil topor do lewej reki] Modl sie kreaturo zeby Bodokan skonczyl z Toba zanim do Ciebie dobiegne... przez Ciebie bede musial pisac przez kilka tygodni lewa reka..a cholernie tego nie znosze...
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
Kathulu Towarzyszu, albo mnie sie zdaje albo tych Paskudnikow tu sie mnozy coraz wiecej... Kommos az drzy... chyba wyczuwa walke... [usmiechnal sie wyjatkowo ponuro i powolnym krokiem skierowal sie do budynku naprzeciw karczmy...] Moze jednak Bodokan cie uratuje plugawy orku... i zabije cie szybciej... hehe
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Irlandczyk dobył do rannej dłoni mały sztylet, w jego oczach płoneła nutka szaleństwa. Zacisnął mocniej rękojeść swojego rapiera, po czym rozejrzał sie po okolicy szukając następnego orka, który chciałby skosztowac irlandzkiej stali i temperamentu. Biały jeszcze przed chwilą rękaw jedwabnej koszuli, pozwolił sobie zostać rozlewiskiem dla strużek krwi - nie pierwszu i nie ostatni raz. Mężczyzna uśmiechnął się i rzucił do ataku...]
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*strzala ze swistem poleciala w kierunku orka i utknela mu w prawym oku* Hahaha!!! *smiejac sie wyciaga nastepna strzale*
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[krasnolud przeszedl do biegu, ale strzala ktora go wyprzedzila i utknela w orku zmusila go do zmiany calu, stal sie nim ork nadbiegajacy w kierunku Kathulu, topor swisnal w powietrzu. Laikowi mogloby sie wydawac ze rzut bedzie fatalny w skutkach i trafi zamiast ork Kathulu, jednakze tak Jolo jak i Kathulu byli wprawnymi wojownikami. Kathulu zauwazywszy topor przypadl do ziemi i w tym samym momencie topor spotkal sie z orkiem, co wszem i wobec oglosilo glosne chrupniecie lamanej kosci czaszki nadbiegajacego adwersarza] To zaszczyt walczyc z tak dobrym wojownikiem [zakrzyknal Jolo i juz pedzil do swego Kommosa]
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Uderzył płasko - sztychtem, ork zwalił się na ziemię brocząc krwią spomiędzy dłoni skrywających twarz. Po chwili sztylet zwarł sie z szablą następnego przeciwnika. Ramię zabolało, ale wytrzymało siłę natarcia, ostrze rapieru znowu zabłyszczału w blasku gwiazd i zakończyło swój taniec w trzewiach orka. Faolan nie wiedział jednak, że w tej chwili odkrył swój prawy bok, ciężkie ostrze topora zdarło koszulę wraz płatem skóry. Mężczyzna obrócił się na pięcie i uderzył z całej siły. Głowa orka poszybowała w powietrzu. Irlandczyk nie złapał jednak równowagi, upadł na ziemię] Bas in Eirinn! - dobyło się z jego gardła.
Bodokan [ Starszy od węgla ]
A gdzie jest Maxwell?!!! Porwali Maxwella!!!! *rozglada sie rozpaczliwie*
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Strużka krwi wypłynęła spomiędzy sinych warg. Uśmiechajacych sie warg. Nagle przed oczami młodzieńca pojawiły się dwie brudne łapy, a do nozdrzy dotarł odrażający smród. Oczy powoli uniósły się, aby ujrzeć obrzydliwą gębę orka. Głupiec odsłonił się. Irlandczyk uniósł się z ziemi zadając cios. Sztylet wbił się w miejsce, gdzie każdy człowiek ma serce aż po rękojeść. Ork zawył i zwalił się na ziemię - pociągnięty przez broń trzymaną nad głową. Młodzieniec uśmiechnął sie do krasnoluda po czym upadł na ziemię, wypuszczając broń z dłoni i strużkę krwi z ust...]
Queen_Arwen [ Evenstar ]
[Pewien znajomy nieznajomy wszedł właśnie do karczmy] - Widział ktoś takich brzydkich orków? -Mieli przywieźć gorzałkę abyśmy mogli poświętować zwycięstwo nad Sauronem. - ... to miała być niespodzinka?!
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*widzi jak do upadajacego Irlandczyka podbiega ork, szybko napina luk i wysyla strzale w kierunku glowy orka* Nieee!!! *strzala chybia, a ork bierze zamach toporem*
Kuzi2 [ akaDoktor ]
Witam Macie adres strony tlumaczacej nicki na jezyki Tolkiena ?
Queen_Arwen [ Evenstar ]
-Ghu'thag spokój! - Gdzie gorzałka? - Schowaj topór! Ino już!
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*zdezorientowany opuszcza luk* O co tu chodzi?!
Queen_Arwen [ Evenstar ]
[I wyszedł sprawdzić co się stało z bezcennym pakunkiem... na długo!]
kathulu [ Generaďż˝ ]
...angus caint an haingil - dobywa sie łamanym głosem z ust Irlandczyka. Podnosi dłoń jakby dotykał czyjeś twarzy, aby zaraz pozwolić jej upaść bezwładnie na ziemię. - ...haingil...
Kuzi2 [ akaDoktor ]
up up up up
Queen_Arwen [ Evenstar ]
Bodokan oni mieli moją gorzałkę [W tym momencie ork uciekł już z karczmy] - Będę jej do jutra szukał, ehh! - No to pa wszystkim :)
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[silne szarpniecie i topor znow czuwal w lewej rece krasnoluda, w tym jednak momencie krasnolud poczul lekki zawrot glowy i przypomnial sobie o strzale wciaz tkwiacej w jego prawej rece... Trucizna zaczyala dzialac... Adrenalina i tak dosc dlugo trzymala go na nogach.. ostatniie co pomyslal to karczma... tam musi byc ktos kto ma odtrutke na to paskudztwo... dobiec do karczmy... katem oka zobaczyl padajacego Kathulu.. Poradzi sobie-pomyslal... ja dluzej nie pociagne, ta strzala to nie przelewki.. do karczmy... Nogi staly sie ciezkie niczym dwa olowiane walce.. powoli i dosc chyboliwie zmierzal w kiernku otwartych drzwi... Wzrok powoli odmawial posluszenstwa... Nagle z prawej zaatakal ork. Cholera, a tak dobrze mi sie zylo-pomyslal krasnolud myslac ze to juz koniec, w tym samym momencie strzala Bodokana wyslala w otchlan wiecznosci atakujacego orka. Krasnolud ostatkiem sil dotarl do karczmy. Glowa pulsowala, dzwieki jakby przycichly a obraz nadyraz dziwnie sie rozmazywal... nagle caly obraz jakby sie przekrzywil i z sila spadajacego glazu pomknal w w dol... Krasnolud upadl glucho na prog karczmy. Ujrzal jeszcze zmierzajace w jego kierunku nogi kogos z karczmy, potem... ogarnela go ciemnosc zapomnienia]
kathulu [ Generaďż˝ ]
Ostatnie krople deszczu uderzały rytmicznie, coraz wolniej o kamienny bruk targowiska. None podnosił się z ziemi jednocześnie poprawiając kaptur, aby zaraz znowu upaść od następnego kopniaka wymierzonego w żebra i przetoczyć się kawałek. Wytarł dłonią krew z ust trzymając cały czas kaptur opończy. Wreszcie udało mu się wstać, nie oglądał się, kto go kopnął, nie to teraz było ważne. Ktoś na niego znowu splunął, ktoś popchnął, ktoś uderzył, wreszcie udało mu się wyjść na plac. Woda spływała pomiędzy nierównościami w kamieniach aż do rowów odpływowych, a stamtąd do rzeki przebiegającej przez środek miasta. None obejrzał się na Xylivie, która próbowała się wyrwać z uścisku kilku drabów i stanąć u boku kompana. -Czemu to robisz? On nie jest wart twojej śmierci. Zostaw tego śmiecia i chodźmy… - dziewczyna nie zdążyła dokończyć, zgięła się w pół i zwymiotowała na buty jednego z oprychów, po zadanym przez niego ciosie. None zacisnął pięści, a kości chrupnęły głośno. Obejrzał się na Eliona, zmienił się bardzo odkąd zaczęli podróżować z Xylivie, już dawno nie widział swojego przyjaciela pijanego, albo na jakimś narkotyku, jego oczy nabrały piwnego koloru, a skóra barwy. Przedzierał się właśnie w stronę Xylivie, cały czas trzymając rękę na głowicy miecza. None spojrzał na tłum ludzi otaczających plac, na dużych, spadzistych dachach, pod którymi stali, żeby ochronić się przed deszczem, zaczęły lądować ogromne, piekielnie czarne ptaki o długich, grubych dziobach. Arcykruki. None przestał zwracać uwagi na obelgi skierowane w jego stronę, patrzył na światło odbijające się od mokrego bruku i wdychał podeszczowe powietrze. Wtem mała, wściekle żółta kulka o długim ogonie przebiegła pomiędzy jego nogami. Złapał ją z niezwykłą zręcznością. Firkat wydał z siebie miłe brzmienie i wdrapał mu się na ramię. Mała dziewczynka wyrwała się z tłumu i podbiegła do niego, jej matka próbowała ją przez chwilę złapać cały czas się drąc, jednak nie mogła się przedrzeć przez tłum. -Nie! On ją zabije! Nie dajcie mu jej dotknąć! – Dziecko popatrzyło maślanymi oczyma na zwierzątko siedzące na barku mężczyzny. Zdjął firkata z ramienia i podał go dziewczynce. Ta podziękowała mu. -Masz i wracaj do mamy, tam będziesz bezpieczniejsza niż tutaj. – głos None’a był płynny, dźwięczny i niezwykle miły, jak nigdy dotąd. Patrzył przez chwilę jak dziewczynka wpada w ramiona matki, wreszcie obrzucił wzrokiem swojego przeciwnika. Przywoływacz był niewysokim mężczyzną, z długimi odstającymi bakami i taką samą kozią bródką, wyglądał bardziej jak wilk niż człowiek. W tej chwili przesuwał dłonią w powietrzu tworząc kolejno i jak zauważył None z coraz większą trudnością poszczególne elementy, najpierw lekki wiaterek, potem malutki płomień, trochę wody, aż wreszcie grudkę ziemi. Dokładnie tak jak uczyli w szkole Przywoływaczy i zgodnie z trudnością przywołania od najłatwiejszych do stworzenia i występowania aż do tych najtrudniejszych. Wszyscy patrzyli na ten pokaz umiejętności z zachwytem. Arcykruki zaczęły krakać, jakby chciały zapowiedzieć rozpoczęcie pojedynku. None spojrzał na nie, wyprostował się i zamknął oczy. Nie chciał tu być i zapewne nie walczyłby teraz, gdyby nie sławna wręcz pycha i próżność Przywoływaczy. Idiota stojący teraz przed nim, nie mógł przyjąć przeprosin za to, że został oblany przez przypadek mlekiem, nie mógł, gdyż byłaby to skaza na jego dumie i dumie jego bractwa. None nie miał nic do niego, gdyż rzeczą ludzką jest błądzić, jednak nie mógł już tego dłużej znieść, nienawidził wywyższania się. Otworzył oczy. Przeciwnik był cały spocony, na jego czole i rękach wyskoczyły żyły, a w dłoni trzymał małą pulsującą kulę, zacisnął na niej uścisk aż wniknęła w nią. Opończa None’a zaczęła się palić jak i ręka jego wroga. W tłumie zawrzało od wrzasków i głosów zachwytu. Uśmiechnął się, gdy zobaczył jak Przywoływacz zaczął wywijać płonącą ręka we wszystkich kierunkach. Odpiął klamrę i rzucił opończą w powietrze, ta poszybował a chwilę w powietrzu, po czym spadła na ziemię, paliła się jeszcze przez moment. Jednak nikt na to nie patrzył, wzrok wszystkich był skierowany na zdobiony chaotycznymi znakami i przeplatany złotymi i karmazynowymi nićmi habit noszony przez abominacjonalistów. Patrzyli na jego czaszkę pokrytą wzgórkami, guzami, pomiędzy którymi wyrastały nikłe kępki włosów, z lewej strony pulsowała gruba żyła oplatająca szyje i znikająca gdzieś pod ubraniem. Xylivie spojrzała na podchodzącego do niej Eliona, ten pokiwał przytakująco. Zrobiła minę, która zadawała pytanie: czemu mi nie powiedziałeś? Elion wyciągnął miecz i wbił go między żebra jednego z oprychów. Dziewczyna nie czekała, uderzyła drugiego w kroczę i z zamachu cięła pałaszem w twarz. Ten złapał się za nią i brocząc krwią upadł na ziemię, gdy odwróciła się, aby zadać cios trzeciemu ten już znikał pośród tłumu. Schował pałasz do pochwy i dopięła klamry na butach i kurtce. -Nic ci nie jest. – Elion spojrzał na nią jak na młodszą siostrę. -Tylko kilka siniaków i nie patrz tak na mnie. – Wskazała na niego palcem i ruszyła w kierunku None’a. Złapał ją za ramie i pociągnął do siebie. -Nie idź tam. On sobie poradzi… musi sobie poradzić. None uklęknął na bruku, dotknął dłońmi zimnych kamieni. Uniósł głowę do góry i wydobył z siebie jakiś gardłowy dźwięk. Wszystkie arcykruki wbiły się w powietrze jak na rozkaz. Pochylił głowę i zaczął nucić jedną z abominacjonalistycznych pieśni. Przywoływacz zaczął się koncentrować, mylił gesty, słowa, pobladł na twarzy, a żyły wyskoczyły mu na całym ciele. Ziemia zaczęła drżeć, kamienie w bruku zaczęły powoli się unosić. Kilka z nich poleciało wysoko w powietrze, a z miejsc, gdzie się znajdowały zaczęły wyrastać pnącza, porastały okoliczne domy, aż do dachów, gdzie zawiązywały się w haczykowate wypustki. Plac uwypuklił się pod Przywoływaczem, na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Pnącza wybiły się w górę, zaczęły go oplatać, aż wreszcie uniosły wysoko. Zawył przerażony, a arcykruki zawtórowały temu, zawachlowały skrzydłami i ruszyły w stronę przeciwnika None’a. Ktoś rzucił w niego butelką prosto w głowę, zaczerpnął głębiej powietrza i nucił pieśń dalej. Za chwilę padł na niego cień wyrastających za nim pnączy i unoszących kogoś w powietrze i rozdzielających się na wiele mniejszych rozgałęzień. Uniósł głowę i spojrzał na słup pnączy, ptaki już go odsiadywały. Powietrze zaczęły przecinać krzyki i wrzaski, arcykruki uderzały rytmicznie jak w rytm jakieś melodii. None’m rzuciło w tył, wstał nienaturalnie, mięśnie ciała napięły się do granic możliwości. Wydał z siebie ochrypły krzyk, upadł na ziemię i złapał się za twarz. Z oczu, nosa i ust płynęła posoka, a żyła nabrzmiewała raz po raz. Na ciele otwierały się rany, wreszcie upadł zemdlony w kałuży krwi. Arcykruki odleciały zostawiając za sobą zakrwawione pnącza. Xylivie i Elion przebili się przez oszołomiony tłum i dopadli do abominacjonalisty. -Niech ktoś mu pomoże! Gdzie uciekacie?! To wasza wina! To przez was oni nie żyją! – Xylivie wydzierała się oszołomiona. Wszyscy, czym prędzej opuszczali plac i nie patrząc za siebie. Niedługo zostali sami na targowisku: Xylivie, Elion, None’a i Krwawe Pnącza – jak następnie nazwano to wydarzenie.
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*podchodzi do lezacego kathulu* Zyw jeszcze. Medyka i gorzalki!!!!! *rwie na sobie reszte koszuli i opatruje rany* Trzymaj sie kathulu!
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*nachyla sie nad krasnoludem i wlewa mu do ust gorzalki* To cie postawi na nogi, dzielny krasnoludzie *usmiecha sie*
kami [ malutkie maleństwo ]
Co za czasy. Nawet na spacer nie mozna sie wybrac spokojnie... Az strach pomyslec co by bylo gdybym nie zabrala ze soba mojego cudownego luku;) Ale widze ze i Wy mieliscie tu ciekawie.
LooZ^ [ be free like a bird ]
[Podnosi glowe ze stolu i mowi] Oo... co tu sie dzieje ? Przez ta bezsenna noc teraz zasnelem.. [Rozglada sie po karczmie] Coz to za ?? [Patrzy na lezacego na ziemi przyjaciela, zrywa sie i podbiega do niego] Jolo, przyjacielu drogi ? Coz sie stalo ? Ktoz to ci uczynil ? Powiedz slowo, a okolica ta splynie krwia naszych wrogow... Posil sie lembasem krasnoludzie. Wkrotce powinna przyjsc nasza Pani z Aragornem, on pewnie pomoze ci na ta trucizne. Trzymaj sie druchu !
Bodokan [ Starszy od węgla ]
Witaj kami. Mozesz mi pomoc ich opatrzyc? Mielismy tu mala burde *usmiecha sie ponuro*
kami [ malutkie maleństwo ]
Chetnie pomoge, choc lepiej wladam lukiem niz opatrunkami:)
Bodokan [ Starszy od węgla ]
Heh, to jest nas dwoje...
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Irlandczyk otwiera powoli oczy, serce jego tłoczy coraz wolniej szkarłatną krew. Zaciska pięści i patrzy na przybęła kami. - ...haingail... aithris me bean-uasal me cion faic ise snodha... - ciężkie powieki zamykają sie, a Irlandczyk upada na stół, o który się opierał...]
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[wzrok pwoli zaczal wracac, dzwieki tez jakby stawaly sie wyrazniejsze. Pierwsze co ujrzak krasnolud to pochylona nad nim, rozesmiana twrz Bodokana. Cos mowil... cos o gorzalce, pewnie tej ktora krasnolud czul w ustach... Cholernie silne musialo byc to diabelstwo... trucizna wyraznie ustepowala mocy gorzalki... Silnym szarpnieciem wyrwal sterczaca mu z ramienia strzale. Krew pociekla gesto na dranice podlogi. Kawalek szmaty z plecaka skutecznie powstrzymal krwotok, jedynie silnie powiekszajaca sie poczatkowo czerwona plama na materiale swiadczyla ze krasnolud ucierpial w potyczce przed karczma] Dziekuje Ci mosci Bodokanie za uratowanie mi zycia... A i Ciebie milo widziec wsrod zywych Kathulu. [powolnym krokiem niosac swoj zakrwawiony topor Jolo powlokl sie do swego rogu karczmy, gdzie czekal na niego zimny kufel piwa] Co za czasy, co za czasy...
kami [ malutkie maleństwo ]
Cokolwiek to znaczylo drogi kathulu zabrzmialo dosc dramatycznie...
kathulu [ Generaďż˝ ]
Bo i tak miało brzmieć...
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[bezwladne prawe ramie znow zaczyna silniej broczyc krwia, a krasnolud ciezko opiera sie o stol] Wyszlismy z wprawy Kommosie, Drogi Towarzyszu wszystkich bitew... tylko dwoch dzisiaj, no i ta pasku.. [glos mu sie zalamuje,a na twarz wyplywa grymas bolu] Kami Droga Pani, przepraszam ze Cie klopocze, ale moglabys mi porzadnie zalozyc opatrunek bo jedna reka jeno ta szmate owinalem wokol rany i chyba dosc nieskutecznie... bom znow slabosc odczul, a i dzwieki jakies przytepione slysze..
LooZ^ [ be free like a bird ]
[Stoi smutny nad cierpiacym przyjacielem] Powiedz mi krasnoludzie ktoz to ci zrobil, a daje slowo gondorczyka ze jeszcze dzisiaj pozna smak miecza mego !
Bodokan [ Starszy od węgla ]
*przyglada sie kathulu* Nic mu nie bedzie. To ta gorzalka tak na niego podzialala *smieje sie* Dzielny krasnoludzie! Napijesz sie ze mna piwa?!
kami [ malutkie maleństwo ]
Drogi Jolo, alez oczywiscie, postaram sie przy tym nie sprawic Ci wiele bolu..
kathulu [ Generaďż˝ ]
[Bodokan podszedł do ciała Irlandczyka, palce dotknęły szyji. Będzie żył, ale jego ciało to nie ciało twardego karnoluda, potrzeba mu snu i opieki. I gorzałki, wszak jest Irlandczykiem i tym nie poskąpi, a na pewno wróci do swoich no i może zacznie po ludzku gadać, a nie po swojemu...]
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
LooZ^ Towarzyszu, wspomoz mnie ramieniem, gdyz znow mnie niemoc dopada... opatrunek niewlaciwy a i resztki trucizny ktorych gorzalka nie pokonala wciaz robia swoje...
kathulu [ Generaďż˝ ]
Bodokan ---> wysłałem petycję, jak mi nie przyjmą to nie wiem, namęczyłem się nad pytaniami - RPG proste wszak MG i pisarz, postać - patrz poprzednie, dlaczego - z tym było trochę. No zoabczymy. Czy ktoś raczył przeczytać fragmenty opowiadania, które tu zamieściłem?
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[wpawne ruchy Kami a i wsparcie przyjaciela LooZ^a przywraca znow krasnoluda do swiata zywych. Teraz wyraznie wydaje sie ozywiony... Powstrzymany oplyw krwi i przyajciele, to wszystko czego bylo mu potrzeba. Szybko zaczyna dzialac naturalny u krasnoludow system regeneracyjny... to twarda rasa. Wiele zniosl, wiele zniesie... a to co go calkowicie postawi na nogo to piwo...] Piwa!!! Za taka walke trzeba to uczcic, za Bodokana, ktry mnie od smierci uchronil, za Kami, ktora mnie opatrzyla, za LooZ^, ktory zawsze mym wsparciem, bratem w walce i w dyskusji... No i aby Kathulu szybko wracal do siebie... czlowiek to wiec i ciezej znosi wszelkie rany, ale wiele krasnoludow moglby sie ucyc odwagi od tego dzielnego Irlandczyka!! ZDROWIE PRZYJACIELE, ZDROWIE!!!
kathulu [ Generaďż˝ ]
Jolo ----> Między głupotą, a odwagą niewielka różnica, ale świat pewnej krainy mnie wzywa, więc ta emanacja nieprzytomnego Irlandczyka znika i do jutra, gdy wróci z dziwnych krain i da dech życia w pierś tego głupca. Żegnam.
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
::::>
Bodokan [ Starszy od węgla ]
ZDROWIE!!! kathulu---> ja przeczytalem :-). A co do petycji - teraz czekac trzeba...
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
Zegnaj Kathulu... twa walka wiele dzis udowodnila... a i jak mowilem nie uwazam Cie za glupca...
LooZ^ [ be free like a bird ]
Rad jestem przyjacielu ze wracasz do zdrowia ! Napijmy sie i wierz mi ze jak raz jeszcze te pychalki pokaza sie tutaj poczuja co oznacza gniwe Gondorczyka !
kathulu [ Generaďż˝ ]
Bodokan ---> Na szczęście tylko 48 godzin. Vilya:: Witaj Pani. Myślałem, że sie dziś nie spotkamy, ale po tej bitwie czas na mnie, muszę się udać do Eirinn po siłę na inne dni. Czy przeczytałaś, którekolwiek z moiej "prozy"...
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
:::>
LooZ^ [ be free like a bird ]
No coz... zezloscili mnie dzisiaj orkowie wiec ide na samotny patrol [to mowiac wstal, wyciagnal miecz i ruszyl ku drzwiom] Mam nadzieje ze wkrotce wroce... NAPEWNO wkrotce wroce !
Bodokan [ Starszy od węgla ]
Hihi! Widze, ze Vilya po ostatnich przejsciach postanowila wypowiadac sie za pomoca obrazkow :-). Ciekawe, ciekawe...
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
Witaj Pani Vilyo, rad jestem z tego ze Cie widze. Wybacz mi Pani ta zakrwawiona chuste na moim ramieniu....
kami [ malutkie maleństwo ]
Witaj Vilyo [powiedziala kami podnoszac glowe znad stosu papierzysk]
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
Jolo ::: nie proś o wybaczenie lecz pozwól mnie się tym zająć. Wszak -- jak wiesz -- pobieram nauki u najprzedniejszego uzdrowiciela Śródziemia... Bodokan ::: to zależy do kogo się wypowiadam... :)
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
Vilyo Droga Pani nie smialbym prosic i zawracac Ci glowe moja osoba...
Bodokan [ Starszy od węgla ]
Na mnie juz czas :-(. Dobrej nocy...
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
Jolo ::: jakże to? już zapomniałeś, że nasza znajomość dawno minęła etap "kakżebymśmiał"? kami ::: witam Bodokan :::Niech drogi przed Tobą rozwijają się jasne i proste, księżyc przewodzi a wiatr nie wieje w twarz. Szczęśliwej podróży i do następnego razu. Tenna' ento lle omenta
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
Zegnaj Bodokanie...do rychlego zobaczenia, choc moze w mniej krwawych okolicznosciach
LooZ^ [ be free like a bird ]
[Drzwi otworzyly sie z hukiem i wleciala przez nie... glowa orka] Przepraszam najmocniej za to, ale pomyslalem ze przybicie tego kolo drzwi karczmy odstraszy potencjalnych awanturnikow [przez drzwi weszla postac z zakrwawionym mieczem] Uwierzycie ze te cholery skryly sie niedaleko karczmy ? Pewnie chcialy znowu zaatakowac ! Ha ! Zawsze wiedzialem ze one powstaly w skutek jakiegos nieudanego eksperymentu ! Cale szczescie ta banda nas wiecej nie zaskoczy. A dla ciebie drogi przyjacielu mam prezent [mowiac to cofnal sie za drzwi i po chwili wniosl przez nie... zwiazanego orka!] To chyba ten jest odpowiedzialny za twa rane. Pewnie Kommos bedzie chcial sie z nim zabawic. [Gondorczyk chowa miecz i siada kolo krasnoluda] A ta drobna rana... pewnie nic groznego... [Mowiac to osuwa sie na podloge i odslania zakrwawione ramie]
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[krasnolud rzuca sie na pomoc przyjacielowi, lecz z bezradnoscia spoglada na krwawiaca rane. Blagalnym wzrokiem spoglada na Vilye] Pani, moze i masz racje, juz nie jestesmy na tym etapie znajomosci, a wiec pozwol ze poprosze Cie i pomoc. Moj Towarzysz jest ranny... nie wyglada to najlepiej... pomoz mi blagam Cie Pani a zyskasz moja dozgonna wdziecznosc!!!
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
LooZ^ Przyjacielu!!! Trzymaj sie!! A co do prezentu... doskonaly, Kommos by sie ucieszyl, ale wybacz Przyjacielu, nie potrafie rozlac krwi bezbronego, nawet gdyby byl to ork, a tym bardziej w towarzystwie Pani Vilyi, czulbbym sie niegodny rozmowy z nia gdybym w jej i Pani Kami towarzystwie rozlal krew...
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
[Elfka podchodzi do Gondorczyka, marszczy brew zmartwiona, jako że Ludzie Gondoru zawsze drodzy byli jej sercu. Nad ciałem sir LooZ^a jej dłonie jak motyle szukają źródła słabości. Po chwili... uśmiecha się.] Ugryzła go kikimora. Dobra gorzałka i skromny opatrunek przywrócą mu siły... Gdzieżeś Ty polował na Orków, przyjacielu, że tam inne paskudztwo znalazłeś?
Mysza [ ]
< w drzwiach pojawia się głupio usmiechnięty orczy łeb > Przepraszam... nie widzieliście może kilku moich... hmmm... podwładnych ??? Chłopaki trochę popili pod moja nieobecność i chodzą pogłoski, że dali kilku przypadkowym wedrowcom łupnia, kilku pogonili, kilku ograbili... o gwałtach póki co nie słyszałem...
kami [ malutkie maleństwo ]
Jolo, mna sie nie przejmuj, mnie tu nie ma [szepnela kami tak cicho ze i tak jej nikt nie uslyszal]
LooZ^ [ be free like a bird ]
Spokojnie krasnoludzie. Moze i nie naleze do twej rasy, ale trudno mnie zabic. Ta drobnostka nie moze mnie zabic... A co do prezentu: Mysle ze mozna go wypuscic. Nie sadze zeby po tym co zrobilismy z jego kamratami chcial powtorzyc ten numer. Tymczasem napilbym sie piwa... [Proboje sie podniesc, jednakze po chwli spowrotem opada na ziemie]
kami [ malutkie maleństwo ]
Mysza--> to moze uslyszysz! Ja bylam na spacerze i gdyby nie moje zdolnosci strzeleckie to nie wiem jak by sie to skonczylo!
LooZ^ [ be free like a bird ]
Dziekuje Vilyo za twe cenne rady. Rad jestem ze ofiarowalas mi swa pomoc. Mysza : Mysle, ze jeden z twoich ludzi lezy tam pod sciana [mowiac to pokazal na lezaca niedaleko postac] Jesli chcesz wez go sobie, jednakze wpierw spytaj Jolo czy nie znalazl dla niego innego przeznaczenia.
Mysza [ ]
To banda obwiesiów !!!! Jesli cos im kazać to tylko marudzenie i narzekania... Że żołd niski, ze zarcie podłe, ze namioty dziurawe... a zostawić ich na pięć minut samych... o czasy, o obyczaje... hej, a ten związany to kto... nie poznaję tego pyska...
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
[krasnolud podbiega do baru, wbiega do piwniczki i za chwile wybiega stamtad z antalkiem piwa, niesie go w lewej rece, aby uchornic prawa reke przed nadwyrezeniem] Pij Rycerzu, pij! Kami Dorga Pani, wybacz ale Twa obecnosc nie da sie niezauwazyc... to jakbym w srodku dnia nie zauwazal piekna slonca na niebie... Wybacz mi Pani, ale nie potrafie udawac ze Cie nie ma w karczmie. Vilyo Pani, dziekuje zes w swej dobrosci uratowala Rycerza LooZ^, rozkazuj mi co mam zrobic, a bez zmruzenia oka zrobie to, jakem rzekl, winienem Ci dozgonna wdziecznosc, a jak wiadomo dla krasnoluda dane slowo to rzecz swieta!! Myszo, drogi towarzyszu... trochem Ci napsul tego oddzialu, podobnie i mosci LooZ^ nieco go uszczuplil, a nastepym razem pilnuj tych paskudnikow... boc to moglo do jakowejs straszliwej zbrodni dojsc...
Mysza [ ]
Coś mi niewyraźnie mówi, że Kruszynka bedzie miał dzisiaj wieczorem niezły ubaw... niech ich tylko powyłapuję... a tego tam... róbcie z nim co chcecie... ale lepiej żeby nie wyszedł stąd z wiedzą o tym, że nie do końca lojalnym poddanym Saurona jestem...
LooZ^ [ be free like a bird ]
Mysza : Racja... "O tempora, o mores" Zeby nie mozna sie spokojnie napic w karczmie. Skandal. Powiedz tym swoim zeby wiecej tutaj sie nie zblizali, jesli nie chca posmakowac naszego gniewu...

kathulu [ Generaďż˝ ]
[Irlandczyk konał, niewidoczne wręcz spazmy przebiegały po jego osłabionym ciele, tętnice tłoczyły ostatnie strumienie krwi, a płuca wdychiwały ostatnie drobiny powietrza. Być może była to trucizna na orkowym toporze, jakże nie znana przecież w jego ojczyźnie, być może było to zupełnie coś innego. Otworzył oczy, aby po raz ostani spojrzeć na świat, nie na zielone połacie traw rozprzestrzeniające po horyzont, lecz twarde shire'owskie drewno tworzące strop karczmy, a jednak uśmiechnął się. Oczy napełniły się nie opisywalną radością, był w dzięczny ktokolwiek położył go na tej ławie, czy to Krasnoludowi, czy łucznikowi z dziwnej krainy. Przynajmniej nie umierał twarzą do ziemi. Wydał z siebie ciche stęknięcie, płuca wypuściły resztkę słodkiego powietrza, w którym mieszały sie zapachy ziół i alkoholi. Prawa dłoń rozwarła się ukazując zieloną trójlistną kończynkę, jedną z najmniejszych i najzieleńszych, które ktokolwiek mógł zobaczyć w swoim życiu. Być może nie umarł w Irlandi, ale na pewno rozmawiał teraz z aniołami, a św. Patryk przyglądał mu się z boku odpędzając ze swojej chmury węże ze szmaragdowej wyspy...]
Mysza [ ]
Panowie... urazy za obcięcie kilku tępych łbów zadnej do Was nie będę chował... po prostu to Wy wymierzyliście im karę za nieposłuszenstwo, która szczerze im się należała...
kami [ malutkie maleństwo ]
Jolo, przyjacielu, tak milych rzeczy juz dawno od nikogo nie slyszalam..:)
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
Jak widzę, wszyscy się rwą do otwierania nowej izby? W tej jest już zdecydowanie za ciasno...
LooZ^ [ be free like a bird ]
kathulu : Mysle ze za duzo fajkowego ziela i alkocholu jak na dzisiaj ;))
LoBo_KTJ [ Pretorianin ]
witam wszystkich niezly tu dzisiaj zgiejk- mowi nowo przybyly wojownik
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
No to ja założe nową część...
Jolo12 [ Lonewolf with Kommos ]
Kami, to znaczy ze slepcy Cie otaczaja Pani... slepcy nie dostrzegajacy piekna istot ich otaczajacych.... Vilyo Pani, czy zaprowadzisz nas do nowej czesci tej opowiesci??
Vilya [ Wilczyca Stepowa ]
ja nie... ale może on...? :::>

SamHaukneS [ śliski dżons ]
eello jak macie jakieś obrazki z filmu z orkami lub innymi potworzastymi to dawajcie :)