
DeV@sT@toR [ Senator ]
%&#^@% Felieton
Na jutro mam napisać zaległą pracę, felieton. Problem w tym, iż kompletnie nie mam na to ochoty (pustka w głowie), wena gdzieś zniknęła (może bada listę IPN-u), a czas nagli :) Na razie nastukałem parę linijek tekstu, nie podoba mi się, nie liczę na jakąś dobrą ocenę, ale nie chcę się z drugiej strony ośmieszyć. Kolejny raz więc zapytam - jak to brzmi? Z góry dzięki za opnie.
Parę tygodni temu spotkałem znajomego. Wyglądał tragicznie. Wychudł, zesmutniał, stracił zwyczajną sobie gadatliwość, słowem - rozchorował się nie na żarty. Próbowałem podnieść go na duchu. Plotka, żart – milczy, ciągnę go za fraki na dwór, aby się trochę rozruszał, skosztował świeżego powietrza – gdzież by tam, gotów człowieka rozszarpać. Siedzi od paru dni wciąż w tej samej pozycji, na tym samym wytartym fotelu, z niezmiennie apatycznym wyrazem twarzy. Papieros, kawa, westchnienie, westchnienie, kawa, papieros. I tak w kółko. Wpadłem wreszcie na pewien pomysł, jak mi się wtedy zdawało, genialny. Kupiłem flaszkę!
A niech mi tam – myślę – sesja nie sesja, kserówki nie zając, trzeba kompana ratować. Wpadam rozgorączkowany, rozglądam się po pokoju - siedzi skulony, nieobecny, aż się serce kraje. Wyciągam pól litra zza pazuchy i czekam – cisza. Może nie zauważył? Podsuwam stolik przed fotel, stawiam kieliszki, jakiś sok, wyjmuję butelkę – nadal cisza. Co jest do cholery? – pytam się siebie w duchu, a resztki nadziei przyjmują stan zwany nicością. Stracony, ot co. Posiedziałem jeszcze chwilkę i wyszedłem bogatszy o jedno doświadczenie – na przypadłość koleżanka z roku nie ma remedium.
Wspominam o tym, ponieważ wiąże się to z problem o którym chciałbym Wam, drodzy czytelnicy, opowiedzieć. W życiu studenta jak każdego człowieka bywają dni gorsze i lepsze i właściwie jedyną rzeczą jaka wyróżnia uniwersytecką egzystencję jest nadchodząca z półroczną regularnością apokalipsa. Sesja – czas wzmożonej aktywności umysłowej, odkopywania zapomnianych książek, hamletowskich pytań w rodzaju: iść czy nie iść? (a może do doktora?), albo gdzie do jasnej cholery są moje notatki?, czas nerwowych zgromadzeń na uczelnianych korytarzach, czas pośpiesznych kaw, abstynencji i wycieczek do bibliotek.

Cainoor [ Mów mi wuju ]
Dla mnie nierzeczewiste. Nie znam studenta, który oparłby się połówce :D
a tak ogólnie to całkiem spoko - tylka a) krótkie b) o niczym :)

bartek [ ]
Prosty, zaspany człowiek mówi: podoba się, nie powaliło mnie na nogi, ale podoba się :)
DeV@sT@toR [ Senator ]
Cholera, żeby felieton pisać trzeba mieć nastrój, a ja za grosz nie mam dziś humoru.
Cainoor -------> To dopiero zawiązanie akcji zwane potocznie wstępem :) i do tego na brudno. Co do połówki - fakt, troche to nierealne, ale może napomknę, że jednak się skusił choć raczej z ochoty topienia smutków, niż chęci zabawy.

Gangsta_^ [ Latin Lover ]
Chyba się nie znam, bo mi się podoba ten początek.

Cainoor [ Mów mi wuju ]
Jeśli to jest tylko wstęp to powiem, że mi się podoba :)
ps. I mógłbyś dla kolegów z forum wprowadzić wątek opróżniania flaszki :P

ronn [ moralizator ]
Dokladnie. Wlewanie w siebie zawartosci flaszki, i wiecej plci pieknej by sie przydalo :)
DeV@sT@toR [ Senator ]
Dalsza próbka (mam poważne trudności z powrotem do wątku miłostek i flaszki, ale jakoś muszę, w częsci kolejnej:)
O tej ostatniej przyjemności będzie traktował niniejszy artykuł. Hola – zakrzyknął teraz pewnie niejeden czytelnik – co mają miłostki jakiegoś zapijaczonego studenciny (za pleonazm przepraszam) do tak poważnej instytucji jaką jest biblioteka? Odpowiadam – mają i to znacznie więcej niż Ci się drogi czytelniku wydaje (ale o tym nieco później). Jakiś miesiąc temu miałem plan, to był dobry plan – zacząć się uczyć, toteż gdy tylko się dowiedziałem, iż na następne zajęcia mam przeczytać Emancypantki B. Prusa, zrodziło się we mnie niezłomne postanowienie – przeczytam. Następnego dnia autobus miejski linii 15 z lekkim poślizgiem zatrzymał się na przystanku przy ul. Sienkiewicza. Wysiadłem. Z szczerym uśmiechem i lekkością w sercu ruszyłem w kierunku niezbyt odległego gmachu biblioteki. Schody, szatnia (numerek), komputer, chwila niepewności, jest!, znowu schody, „zaraz – czyżbym zapomniał o numerku?”, z powrotem w dół, znów w górę, wpis do księgi, „proszę poczekać”, ”stolik 3 pod ścianą”, „przepraszam który?”, „acha, dziękuję”, wreszcie siedzę…siedzę…sieeeedzę! Dwadzieścia minut później: schody, szatnia, numerek, ubieram się, „uhaa, jak zimno!”, papieros, irytacja, „do czego to podobne, żeby mieli jeden egzemplarz tak znanej książki?” przystanek, autobus, deja vu. Tak, drodzy czytelnicy, nie każdy potrafi się skupić w czytelni, a choćby i potrafił stosunek 2 do 120 odzwierciedlający relację ilości egzemplarzy w bibliotece do liczby studentów na roku, może mu to skutecznie uniemożliwić. W ten oto sposób mój szczytny zamiar przeczytania Emancypantek legł w gruzach, a ja pierwszy raz zrozumiałem co dokładnie mieli na myśli moi rodzice mówiąc o pustych sklepach za komuny.

DeV@sT@toR [ Senator ]
Może ktoś mógłby jeszcze choć dwa słowa wypowiedzieć o całości - niestety brak seksu, kobiet, alkoholu etc. Nie mam siły dalej pisać więc na tym kończę. Rano ewentualnie poprawię.
Parę tygodni temu spotkałem znajomego. Wyglądał tragicznie. Wychudł, zesmutniał, stracił zwyczajną sobie gadatliwość, słowem - rozchorował się nie na żarty. Próbowałem podnieść go na duchu. Plotka, żart – milczy, ciągnę go za fraki na dwór, aby się trochę rozruszał, skosztował świeżego powietrza – gdzież by tam, gotów człowieka rozszarpać. Siedzi od paru dni wciąż w tej samej pozycji, na tym samym wytartym fotelu, z niezmiennie apatycznym wyrazem twarzy. Papieros, kawa, westchnienie, westchnienie, kawa, papieros. I tak w kółko. Wpadłem wreszcie na pewien pomysł, jak mi się wtedy zdawało, genialny. Kupiłem flaszkę!
A niech mi tam – myślę – sesja nie sesja, kserówki nie zając, trzeba kompana ratować. Wpadam rozgorączkowany, rozglądam się po pokoju - siedzi skulony, nieobecny, aż się serce kraje. Wyciągam pól litra zza pazuchy i czekam – cisza. Może nie zauważył? Podsuwam stolik przed fotel, stawiam kieliszki, jakiś sok, wyjmuję butelkę – nadal cisza. Co jest do cholery? – pytam się siebie w duchu, a resztki nadziei przyjmują stan zwany nicością. Stracony, ot co. Posiedziałem jeszcze chwilkę i wyszedłem bogatszy o jedno doświadczenie – na przypadłość koleżanka z roku nie ma remedium.
Wspominam o tym, ponieważ wiąże się to z problem o którym chciałbym Wam, drodzy czytelnicy, opowiedzieć. W życiu studenta jak każdego człowieka bywają dni gorsze i lepsze i właściwie jedyną rzeczą jaka wyróżnia uniwersytecką egzystencję jest nadchodząca z półroczną regularnością apokalipsa. Sesja – czas wzmożonej aktywności umysłowej, odkopywania zapomnianych książek, hamletowskich pytań w rodzaju: iść czy nie iść? (a może do doktora?), albo gdzie do jasnej cholery są moje notatki?, czas nerwowych zgromadzeń na uczelnianych korytarzach, czas pośpiesznych kaw, abstynencji i wycieczek do bibliotek.
tej ostatniej przyjemności będzie traktował niniejszy artykuł. Hola – zakrzyknął teraz pewnie niejeden czytelnik – co mają miłostki jakiegoś zapijaczonego studenciny (za pleonazm przepraszam) do tak poważnej instytucji jaką jest biblioteka? Odpowiadam – mają i to znacznie więcej niż Ci się drogi czytelniku wydaje (ale o tym nieco później). Jakiś miesiąc temu miałem plan, to był dobry plan – zacząć się uczyć, toteż gdy tylko się dowiedziałem, iż na następne zajęcia mam przeczytać Emancypantki B. Prusa, zrodziło się we mnie niezłomne postanowienie – przeczytam. Następnego dnia autobus miejski linii 15 z lekkim poślizgiem zatrzymał się na przystanku przy ul. Sienkiewicza. Wysiadłem. Z szczerym uśmiechem i lekkością w sercu ruszyłem w kierunku niezbyt odległego gmachu biblioteki. Schody, szatnia (numerek), komputer, chwila niepewności, jest!, znowu schody, „zaraz – czyżbym zapomniał o numerku?”, z powrotem w dół, znów w górę, wpis do księgi, „proszę poczekać”, ”stolik 3 pod ścianą”, „przepraszam który?”, „acha, dziękuję”, wreszcie siedzę…siedzę…sieeeedzę! Dwadzieścia minut później: schody, szatnia, numerek, ubieram się, „uhaa, jak zimno!”, papieros, irytacja, „do czego to podobne, żeby mieli jeden egzemplarz tak znanej książki?” przystanek, autobus, deja vu. Tak, drodzy czytelnicy, nie każdy potrafi się skupić w czytelni, a choćby i potrafił stosunek 2 do 120 odzwierciedlający relację ilości egzemplarzy w bibliotece do liczby studentów na roku, może mu to skutecznie uniemożliwić. W ten oto sposób mój szczytny zamiar przeczytania Emancypantek legł w gruzach, a ja pierwszy raz zrozumiałem co dokładnie mieli na myśli moi rodzice mówiąc o pustych sklepach za komuny.
W tym miejscu chciałbym się wytłumaczyć, proszę nie posądzać mnie o lenistwo – zjeździłem pół miasta, odwiedziłem kilka bibliotek, wypytałem z tuzin znajomych i nic, zero, null. Ach przepraszam, myliłem się, przyznaję to pełen skruchy i śpieszę z wyjaśnieniem – właśnie w imię zasady, iż pod latarnią najciemniej dostałem olśnienia. Znalazłem Emancypantki!!!, ba, wydanie XXI rozszerzone. Ciągają się takie po moim własnym wydziale. Ach czemuż zawsze poniewczasie nachodzą mnie takie refleksje, przecież gdyby tak głębiej pomyśleć to i parę Lalek by się znalazło, a jeśli się uważnie murom przyjrzeć, to może i jakieś Szkice węglem człowiek wypatrzy. I oto istota rzeczy i wzniosłość literatury: i tu student gania za laleczką i tam i w jednym przypadku emancypantki dobić go mogą i w drugim nie inaczej, a przede wszystkim z obu sytuacji wychodzi najczęściej goły niewesoły.
Nie pojmuję jedynie jak ów mój znajomy mógł to znieść o suchym gardle, a może po prostu łudził się, iż nawróci feministkę? Nie wiem. W każdym razie, sądząc po tym co krzyczał na ostatniej imprezie spod stołu – już mu lepiej.

Ragn'or [ Konsul ]
Środek wymień.Za wiele czynności wymieniasz po przecinku.Początek naprawdę niezły.

Ragn'or [ Konsul ]
Błyskotliwa końcówka.*przeczytał z przyjemnością*
captain_nemo [ Generaďż˝ ]
ehem slaby ze mnie humanista i juz dosyc pozno wiec sie tylko przyczepie do jednego malego szczegolu : slowo apokalipsa uzyles jako synonimu armageddonu ?, wielu blednie rozumie to slowo a znaczy ono ni mniej ni wiecej co objawienie, wizja, tajemnicze zjawisko... nie oznacza ono konca swiata :P
A tak ogolnie to ciekawie napisane, przyjemnie sie czyta ! zycze powodzenia.
DeV@sT@toR [ Senator ]
Dzięki za opinie. Rzeczywiście słowa apokalipsa użyłem mając na myśli synonim armageddonu - zmienię to. Skrótowy opis wizyty w bibliotece także przerobię (końcówkę zresztą także - pomysły uważam całkiem całkiem, ale napisane to to jest kiepsko). Ale to jutro dziś już nie dam rady, co znajduje odzwierciedlenie w tekście :) Idę spać. Jeszcze raz dzięki.
Coy2K [ Veteran ]
popraw :
Z szczerym uśmiechem
na:
Ze szczerym uśmiechem