GRY-Online.pl --> Archiwum Forum

Close Combat i okolice...# 85

22.01.2005
13:59
smile
[1]

olivier [ unterfeldwebel ]

Close Combat i okolice...# 85

Witam wszystkich na stronie fanów i maniaków serii gier taktycznych czasu rzeczywistego z pod znaku CLOSE COMBAT. Poznasz tutaj grupę ludzi o umysłach zmąconych wojną, weteranów z najróżniejszych frontów największej z wojen. W niezliczonych opowiadaniach i raportach z pierwszej linii, tak rzeczywistych iż poczujesz zapach spalonego prochu, odnajdziesz w sobie duszę żołnierza i kto wie...może ruszysz z kompanią wiernych przyjaciół na wspólny bój. Może myślisz sobie teraz "co wy wiecie o Bastogne, Normandii czy Stalingradzie?", a ja ci powiem że my tam kiedyś byliśmy...

Zasadniczo Close Combat ledwo dycha, o następcy nie słychać, nowych modów nie widać..i aż dziw bierze że morale tutaj takie wysokie. Desperaci raz po raz odkurzają co starsze pozycje spod znaku CC, niektórzy z nudów dokonują zdrady na rzecz CM.

Stare nudy pod:

22.01.2005
14:07
smile
[2]

koksbox [ Pretorianin ]

wklejone z poprzedniego watku:
olivier wedlug Ciebie walki piechoty wymiataja w CC bo podoba Ci sie filmowy realizm.
CC ma zanizone osiagi broni, oraz maksymalnie uproszczone morale piechoty, bo inaczej bitwy bylyby rozgrywane w przeciagu kilku minut.
W CC piechota praktycznie nie czuje strachu, sytuacje w ktorych oddzial sie zalamuje badz poddaje sa tak rzadkie, ze praktycznie ich nie ma. Zolnierze wbiegajacy pod lufy, szturmujacy na kilka oddzialow to norma.


W CM potrafi poddac sie cala kompania, mg potrafi ustawic sobie kilka plutonow, co prawda walki piechoty nie sa tak widowiskowe i arcadowe jak w CC, przez co zapewne Ci sie nie podobaja :)

Pozdrawiam

22.01.2005
15:34
smile
[3]

olivier [ unterfeldwebel ]

Odsyłam do literatury, wojna w skali taktycznej jest wyjątkowo arcadowa.

22.01.2005
15:48
smile
[4]

koksbox [ Pretorianin ]

olivier to ja nie wiem jakie ty wojenne czytales ksiazki, chyba jakies przygodowe, pelne akcji :D

22.01.2005
15:53
smile
[5]

koksbox [ Pretorianin ]

Dla mnie zawsze CC bedzie gra mniej realistyczna, ktorej pod kazdym wzgledem bardzo duzo brakuje do CM.
Nie rozumiem Twojej definicji realizmu,ani tego co jest wedlug Ciebie jego wyznacznikiem.

Watpie bys mial lepsze przygotowanie historyczne niz tworcy CM:BB i tysiace graczy :).
Zobacz ich bibliografie, ktora przyczynila sie do powstania CM:BB :):

22.01.2005
17:29
[6]

T_bone [ Generalleutnant ]

Cytuje "W CC piechota praktycznie nie czuje strachu, sytuacje w ktorych oddzial sie zalamuje badz poddaje sa tak rzadkie, ze praktycznie ich nie ma. Zolnierze wbiegajacy pod lufy, szturmujacy na kilka oddzialow to norma."
Chyba nie przesadzę jeśli nazwe to stekiem bzdur i prowokacją, morale w CC jest oddane doskonale, wszystko zależy od wyszkolenia i doświadczenia oddziałów. Pamiętam jak dziś sytuacje gdy cała moja kompania Volksgrenadierów poprostu załamała się po pierwszych strzałach oddanych w bitwie, nie można było wydać rozkazu marszu do przodu a jedynie w tył, żołnierze zaczeli dezertwerować lub się poddawać, panika roztaczała się niczym zaraza. Co do wbiegania sobie pod lufy to polecam spróbować ustawić CKM i puścić przed niego przyjacielski oddział a następnie odtworzyć ogień do jakiegoś oddalonego na wprost punktu lub oddziału przeciwnika... friendly fire gwaranotwany (bolesne doświadczenie z walki w CC3 ehehe).
Irytują mnie już te dywagacje na temat wyższości kury nad jajkiem i odwrotnie, można grać w obie gry, jedną można lubić bardziej drugą mnie, nikt nikogo do niczego nie zmusi.

22.01.2005
17:33
smile
[7]

T_bone [ Generalleutnant ]

Ech co ja pisze "dezertwerować" lol cóż pośpiech, makroekonomia czeka :P

22.01.2005
18:02
smile
[8]

olivier [ unterfeldwebel ]

Tja magisterka też się sama nie napiszę ale ja lubię podyskutować, na szczęście koxboks nie wydaje się w tym temacie zbyt wymagający na skutek zupełnej nieznajomości CC.

To nie przygotowanie historyczne decyduje o tym jak wyglądają walki piechoty w CM ale ograniczenia z systemu tur i środowiska 3D. Jak dla mnie to obie gry są nierealistyczne, w jednej fenomenalnie oddane starcia sprzętu i jakieś podrygi piechoty na dokładkę, w drugiej na odwrót, jeśli ktos to pogodzi w jednej grze zgarnie majątek.

Jak mądrze prawi Bone można grać i w jedno i drugie, drażniące jest nazywanie jednej produkcji tytułu naj naj naj, przypomina to rozważania przedzszkolaków czy Batman silniejszy jest od Supermana.

22.01.2005
18:21
smile
[9]

koksbox [ Pretorianin ]

olivier "podrygi piechoty"? Nie rozumiem, czy ty wylacznie patrzysz w grach na grafike?
"ograniczenia z systemu tur i środowiska 3D" o Jezu.... Super, ze grafika 3d to ograniczenie, wiec powinni robic gry w 1d :D
Wedlug mnie system tur jest bardziej realistyczny niz rtsowe klikanie :) Pojawia sie tu caly problem "borg spotting", ktory tury eliminuja w pewnym stopniu.

22.01.2005
18:37
[10]

U-boot [ Karl Dönitz ]

oj, Kox - co z Tobą ??

Pograj w CC a nie piszesz głupoty :-))

Poza tym przyjąłeś złą taktykę.

My nie atatkujemy CM tak jak Ty CC - choć z drugiej strony wystarczy tylko poczekać kilka dni a i na tą gre zaczniesz psioczyć :-DD

Wykazujemy jedynie zalety CC pomnij jej wad.
O CM wiemy niewiele i niewiele piszemy - ot turówka.

A jeśli chodzi o literaturę, to myślę, ze każdy z nas ma ponadprzeciętną wiedze z historii II wojny.

Pozdrowionka

22.01.2005
19:21
[11]

koksbox [ Pretorianin ]

Panowie!!
Nie atakuje CC ani tym bardziej Was, jednak nie moge zrozumiec jak cos mniej realistycznego, moze byc w Waszej opini bardziej realistyczne. :D

gralem w CC i CM kilka lat. Obie gry maja swoje wady i zalety.
Jednak CC ma duzo wiecej wad i kazdy jej aspekt (procz grafiki przedstawienia zolnierzy) jest gorszy.
Zreszta moje zdanie odnosnie CC podziela nie kto inny jak Klosiu :D

Cala dyskusja jest odnosnie piechoty :)

To ze nie widac pojedynczych zolnierzy to nie znaczy ze gra jest nierealistyczna czy mniej realistyczna od tej w ktorej pojedynczy zolnierze wysptepuja.
Wytlumaczcie mi to dlaczego sadzicie inaczej? Przeciez w CC nie mozna dowodzic pojedynczymi osobnikami w oddziale, wiec system dowodzenie w skali jest ten sam co w CM.
Dowodca na polu walki nie jest bogiem i nie widzi wszystkich swoich zolnierzy z gory :D

Troche macie takie "pokemonskie" rozumowanie, krew, ciala zolnierzy, widowiskowosc jest wedlug was wazniejsza od tresci.

Pozatym system WEGO ogranicza Borg Spotting, a CC jest zwyklym RTS. :)

22.01.2005
19:38
smile
[12]

koksbox [ Pretorianin ]

w CMx2 beda juz pojedynczy zolnierze, wiec zapewne bedziecie musieli poszukac innego powodu by nie grac w ta gre.
Zapewne bedzie to WEGO, ktorego prosze nie mylic z rasowa turowka!

By zakonczyc klotnie napisze cos takiego. Przyznaje racje iz walki piechoty w CC sa lepiej przedstawione wizualnie i sa bardziej widowiskowe niz w CM oraz maja wiekszy potencjal, jednak odnosnie wartosci merytorycznej i oddania realiow pola walki krolem zawsze bedzie seria CM :)

No chyba ze nagle pojawi sie mod Stalingrad z realnymi charakterystykami piechoty, ale to chyba bedzie na dlugo po CMx2. Bo jak narazie nie gralem w zadnego moda ktory wprowadzalby znaczace zmiany do realizmu CC.

22.01.2005
20:11
[13]

T_bone [ Generalleutnant ]

Kox--> Idz lepiej przekonywać fanów CM do tego CMx2 które narazie jest tylko nazwą. Nie powiedziałbym że krew, ciała żołnierzy to przejwa jakiegoś pokemońskiego rozumowania, to nie zachwyca to wręcz uderza i pokazuje że wojna to nie tylko zabawa w przesuwanie czołgów i symbolicznych oddziałów piechoty niczym bezosobowych pionków. Nie wiem jakim sposobem przypisałeś CC do kategori RTS, chyba masz jakiś węgierski słownik niczym w jednym ze skeczy Monthy Pythona bo w "zwykłym RTS" budujemy infastrukture, tworzymy oddziały, ulepszamy atakujemy bazy ect.

22.01.2005
20:28
smile
[14]

olivier [ unterfeldwebel ]

Nie lubię dysput na zasadzie podrzucania po drewienku do ogniska - czy to w grach potrzebna jest grafika czy też gdzie dowódca ma większy wglad w pole bitwy - więc już w pierwszym poście wyłożyłem swoją teorię CM vs CC. Walki piechoty w CM są o tyle realistyczne że toczą się niemal jedynie na otwartej przestrzeni, a niemal wcale w miastach, miasteczkach, wsiach z piętrowymi budynkami, czy żywopotach czyli tam gdzie piechota toczyła ze sobą najcięższe walki; na łąkach, polach i w lasach z czołgami i piechotą walczyły głównie czołgi. Każde przebiegnięcie ulicy w mieście, zdobycie skrzyżowania, wyższego i lepiej położonego budynku było swego rodzaju bitwą i o walkach w terenie zabudowanym jest właśnie CC, walkach odwzorowanych w najlepszy mozliwy sposób, owszem zamieniający częśc realizmu na akcję ale w rozsądny możliwy sposób. Amen.

24.01.2005
15:50
smile
[15]

Ghost2 [ Panzerjäger ]

Posypuję głowę popiołem (oczywiście tym z pola walki... :)), bo w ostatnich tygodniach grywałem w Ghost Recon, na przemian z DF: Blackhawk Down - Team Sabre i z DiabloII-LoD.

W tych częściach CC, w które grywałem najczęściej, czyli w CC2 i CC3, parokrotnie zdarzało się, że najtwardsze własne oddziały, czyli piechota szybowcowa z "assault troops" lub grenadierzy pancerni z Waffen-SS, nie wytrzymywali i podnosili ręce do gory.
W CM nie grałem, co nie znaczy, że tego kiedyś nie zrobię, ale takiego "kopa" adrenalinowego, jak na stalingradzkiej mapce z fabryką, albo na tej mapce z ruinami miasta w modzie "SS", to sobie nie przypominam z żadnej innej gry tego rodzaju.

28.01.2005
14:57
[16]

CATAN [ Pretorianin ]

witam!
Ja grałem w obie gry, z tym że w CC znacznie więcej i we wszystkie części.
Po przejściu na CM odczuwałem pewien dyskomfort, ale grało mi się całkiem OK. Jednak brakowało mi CC szcególnie ze względu na inny charakter walk (w jednym miejscu dostałem łupnia, ale w drugim pancerniacy poszli do przodu) . W CM trochę mi się dłużyły starcia,. Teraz zobaczyłem screeny z dodatku do CCV:" stallingrad i Red storm. Szczególnie Red Storm: konflikt między NATO a Układem Warszawskim jest dla mnie smacznym kąskiem. Czy ktoś może przerobił to zagadnienie w praktyce?
Nie prównuję CC i CM. CC zawsze lubiłem (w końcu ma długą historię), a do CM przekonałem się niedawno. Też jest swietna, trochę z innej półki, to prwadziwa strategia, a CC taka trochę bardziej "podkolorowana", ale cóż, gra ma być grywalna , a nie tylko super realistyczna.

28.01.2005
17:10
smile
[17]

T_bone [ Generalleutnant ]

CATAN---> Miałem przerobić Red Storm w wersji 1.0 ale z tego co słyszałem to mod dobry głównie do multiplayer (jak każde CC heh) tyle że w tym przypadku to nie WWII co zmniejsza krąg zainteresowanych ewentualnych współgraczy. Wersja 0.9 była kiepska ale czytając opinie o 1.0 odnosze wrażenie że dokonała się duża poprawa (nowe 44 mapy, grafiki pojazdów itp.)

30.01.2005
17:58
smile
[18]

T_bone [ Generalleutnant ]

Przeglądałem dziś masę najróżnieszych wojennych fotek i jedna mi się z czymś skojarzyła ;)
Takie coś działa na wyobraźnie przy zestawieniu z fotkami Mackaya :>

30.01.2005
18:59
smile
[19]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Olivier - " Walki piechoty w CM są o tyle realistyczne że toczą się niemal jedynie na otwartej przestrzeni, a niemal wcale w miastach, miasteczkach, wsiach z piętrowymi budynkami, czy żywopotach czyli tam gdzie piechota toczyła ze sobą najcięższe walki" - to trochę nie tak... walki toczą się w takich warunkach, jakie ustalą między sobą gracze. Jeśli chcesz grać w mieście to ustawiasz miasto a nie wieś czy farmy i grasz na ulicach miasta. Ba, w BB jest nawet możliwość przemieszczania oddziałów kanałami !

Catan - "Po przejściu na CM odczuwałem pewien dyskomfort, ale grało mi się całkiem OK. Jednak brakowało mi CC szcególnie ze względu na inny charakter walk (w jednym miejscu dostałem łupnia, ale w drugim pancerniacy poszli do przodu) ." - to zagraj w BB albo AK na dużej mapie grę za np 5000p lub więcej...

A tak generalnie, to lubię obie serie - przy czym w CC grałem jedynie z kompem a w CM praktycznie tylko z ludźmi (pbemy) - i tu jest największa przewaga CM nad CC, możliwość gry przez e-mail.

30.01.2005
21:50
[20]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Ostatnimi czasy bawię się trochę w starą grę, którą pamiętam z czasow technikum :-))
tylko, ze wtedy do dyspozycji byla karta i dlugopis :-DD

Moj normalny nick był zajęty ale i tak łatwo mnie namierzyć

Pozdrowionka

30.01.2005
22:18
smile
[21]

olivier [ unterfeldwebel ]

elf. Zdaje sobie sprawę jakie opcje daje CM, myślę jednak że moja wypowiedź powinna zostać doskonale zrozumiana i bez dodatkowych wyjasnień, szczególnie przez cm-wyjadaczy.

30.01.2005
22:28
smile
[22]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Ja tam wyjadaczem nie jestem więc pewnie dlatego nie rozumiem... :-(

31.01.2005
00:13
smile
[23]

olivier [ unterfeldwebel ]

No być może, 109 bitew w cmhq to bardzo mało. Chodziło mi o to że przynajmniej 90 z tych bitew toczyło się poza miastem, czyż nie?

31.01.2005
00:45
[24]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Olivier - to już 109 ?...jak ten czas leci...
Teren...cóż, specyfika walk ligowych... chociaż osobiście lubię walki miejskie to faktycznie mało ich było :-)

31.01.2005
10:19
[25]

CATAN [ Pretorianin ]

elf- 5000... dużo, to mnie znuży, ale może spróbuję, a CC polecam na multi, niezły czad, no i do Red Storrm'a mam przeciwników, więc może..:)

31.01.2005
14:35
smile
[26]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Catan - ale to dopiero jest zabawa - masz ze dwa bataliony piechoty, kompanię czołgów, transportery... i dopiero można manewrować :-)

01.02.2005
11:50
[27]

T_bone [ Generalleutnant ]

Ciekawostka dla fanów CC2 :)

01.02.2005
11:50
smile
[28]

T_bone [ Generalleutnant ]

--->

01.02.2005
11:51
[29]

T_bone [ Generalleutnant ]

-->

01.02.2005
11:52
smile
[30]

T_bone [ Generalleutnant ]

-->

01.02.2005
12:02
smile
[31]

Mackay [ Red Devil ]

aaaaaaaaaaaaaaaaaa

[szczena w doł]

ten ostatni screen wbija w fotel, zdradz wiecej szczegolow Bone, czy to tylko efekt zabawy jakiegos fanatyka czy powstaje cos wielkiego?

01.02.2005
13:04
[32]

T_bone [ Generalleutnant ]

Mackay---> Zabawy maniaka. Takie CC2 w 3D kojarzy mi się z The Sims :DD

01.02.2005
16:10
smile
[33]

Ghost2 [ Panzerjäger ]

T_bone! Graficznie jest istny "meisterstuck" - szacuneczek!

Obrazek 1 - bez komentarza -> wiadomo, "Puma", oddziału macierzystego nie potrafię podać mimo widocznej rejestracji... :-),
Obrazek 2 - "Schijndel Dunes" -> mapka, której osobiście nie znoszę, bo ile zdobyć ją jest stosunkowo łatwo, to utrzymać - bardzo trudno, szczególnie, że Niemcy zwykle atakują na niej ze wsparciem czołgów, które o ile nie wjeżdżają między budynki, są poza zasięgiem skutecznego strału z bazooki
Obrazek 3 - nie pamiętam nazwy tej mapki, ale to chyba ona rozpoczyna kampanię w sektorze Nijmeghen/CC2 i główny "schlacht" odbywa się zazwyczaj w tym lasku ulokowanym na końcu ciągu domów wzdłuż rzeki, albo w jego okolicy; inaczej mówiąc, kto trzyma ten parterowy "biały" domek na prawo od asfaltu, ten w zasadzie panuje nad polem walki...
Obrazek 4 - można by go zatytułować "Montgomery's dream"... :-D

Naprawdę fajny pomysł na "przerobienie" CC - lepszy niż podobny pomysł na "grafę" w Panzer General 3D.

01.02.2005
16:21
smile
[34]

T_bone [ Generalleutnant ]

To patrzcie na to ehehehehe

01.02.2005
16:22
[35]

T_bone [ Generalleutnant ]

To jest ładne.

01.02.2005
16:37
smile
[36]

olivier [ unterfeldwebel ]

Hehehe no ładne, nawet piękne, a na pewno daje do myślenia, kto wie może natchnie to jakichś producentów. Watpliwe by jeśli chodzi o 3D jakaś produkcja zrzuciła z piedestału CM, ciekaw jestem jak by na tych trójwymiarowych mapkach wyglądały walki trójwymiarowych ludzików, a do tego w czasie rzeczywistym przy dozie realności, wedłuug mnie coś zbliżonego powstanie może najwcześniej za 5 lat. No i pozostaje tylko pytanie czy Close Combat w 3D to nadal Close Combat.

03.02.2005
09:24
[37]

Yaca Killer [ **** ]

Ghost --> mapka nr 3 to pierwsza mapka na "Schijndel Road" albo siakoś tak.

03.02.2005
10:51
smile
[38]

Ghost2 [ Panzerjäger ]

Yaca! Za tą mapką też nie przepadam, ale na ogół nie miałem na niej problemów. Natomiast "Schijndel Dunes" (czyli nr 2) nie znoszę... i nic na to nie poradzę.

03.02.2005
10:51
[39]

U-boot [ Karl Dönitz ]

linka -->

07.02.2005
12:58
[40]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Najpierw małe info z netu :

Polacy próbowali zabić Rudolfa Hessa

Brytyjski kontrwywiad (MI5) udaremnił plany zamachu na życie zbiegłego do Wielkiej Brytanii zastępcy Adolfa Hitlera, Rudolfa Hessa, którego mieli dokonać latem 1941 roku oficerowie polskich sił zbrojnych na Zachodzie, stacjonujący w Szkocji - pisze sobotni dziennik "The Scotsman"

Gazeta twierdzi, że plany osiągnęły zaawansowane stadium, ale spiskowcy zostali aresztowani przez brytyjski kontrwywiad. Powołuje się przy tym na odtajniony ostatnio osobisty dziennik ówczesnego szefa MI5, Guya Liddela.

Motywem zamachu przygotowywanego przez Polaków były obawy, że Hess może porozumieć się z Brytyjczykami w sprawie odrębnego pokoju, co oznaczałoby, że W. Brytania wycofałaby się z sojuszu z Polską, która w ten sposób zostałaby oddana na pastwę Hitlera.

Rudolf Hess wylądował w Dungavel w pobliżu posiadłości księcia Hamilton w Lanarkshire w Szkocji 10 maja 1941 roku. Oświadczył, że do Szkocji przyleciał, by spotkać się z 14. księciem Hamilton. Książę osobiście znał przyjaciela Hessa - Albrechta Haushofera pracownika hitlerowskiego MSZ.

Stało się to powodem do domysłów, że brytyjski wywiad, lub arystokracja mogą pośredniczyć w tajnych negocjacjach pokojowych z hitlerowcami. Obecnie takie spekulacje uważa się za bezpodstawne, ale na początku lat 40., wkrótce po upadku Francji, gdy W. Brytania nie była przygotowana do wojny, traktowano je poważnie.

W ubiegłym roku syn 14. księcia Hamilton Lord James Douglas- Hamilton, poseł w szkockim parlamencie, opublikował ostatnio odtajnione dokumenty, z których wynika, że jego ojciec nie był uprzedzony o tym, że Rudolf Hess planował przylot do W. Brytanii z misją pokojową.

Możliwość zawarcia brytyjsko-niemieckiego traktatu pokojowego w wyniku misji Hessa wyklucza też w swoim dzienniku szef kontrwywiadu Liddel.

Według "Scotsmana", grupa polskich spiskowców z Fort William, gdzie mieścił się polski ośrodek szkoleniowy zdecydowana była nie dopuścić do tajnej umowy brytyjsko-niemieckiej na szkodę Polski, w której zawarcie szczerze wierzyła.

17 polskich oficerów, którym pomagało dwóch brytyjskich współspiskowców miało w planach podróż z Fort William do Aldershot w południowej Anglii. Hess był więziony na terenie tamtejszej tajnej bazy. Konspiratorom udało się dojechać do Aldershot, ale zostali aresztowani na stacji kolejowej.

Rudolf Hess, którego po przylocie do Wielkiej Brytanii internowano, został skazany w 1946 roku przez trybunał w Norymberdze na dożywocie. Popełnił samobójstwo w berlińskim więzieniu Spandau w 1987 roku.

07.02.2005
13:00
[41]

U-boot [ Karl Dönitz ]

A teraz duze info :-))

Niezwykły lot Rudolfa Hessa

W sobotę 10 maja 1941 roku rozpoczęła się wyprawa, która do dziś frapuje historyków. Zastępca Adolfa Hitlera postanowił zakończyć II wojnę światową... Brzmi to niewiarygodnie, ale prawda bywa dziwniejsza niż fikcja

Dzień był piękny, słoneczny, prawie bezwietrzny. Prognozy zapowiadały, że taka pogoda utrzyma się do wieczora - to bez wątpienia miało wpływ na decyzję Rudolfa Hessa. Ilse Hess spoglądała ze zdziwieniem na niebieską koszulę męża, ciemnoniebieski krawat i marynarkę z insygniami. Gdy krawiec z Monachium przysłał rachunek za uszycie tego uniformu, dowiedziała się, że był to mundur kapitana lotnictwa.

- Co oznacza ta niebieska koszula? - zapytała.

- Chciałem sprawić ci niespodziankę - Hess uśmiechnął się. Ukrywał przed żoną to, co miało stać się tego dnia.

- Kiedy wrócisz?

- Może jutro. Na pewno będę wieczorem w poniedziałek.

- W poniedziałek? Nie wierzę. Nie wrócisz tak szybko! - Ilse nie wiedziała nawet, dlaczego tak powiedziała, ale jej słowa odniosły dziwny skutek. Hess zerwał się z krzesła, poszedł na górę do pokoju i zaczął bawić się z synkiem Wolfem Rüdigerem.

Około godziny 15 do pokoju wszedł sekretarz Josef Platzer i poinformował, że podstawiono samochód. Dopiero podczas podróży Hess powiedział współpracownikom, że jadą na lotnisko zakładów Messerschmitta w Augsburgu.

Lotnik hobbysta

Zastępca Hitlera bardzo lubił latać. We wrześniu 1939 roku zaskoczył Führera, gdy zwrócił się do niego z prośbą o zezwolenie na wstąpienie do Luftwaffe i udział w akcjach nad Polską. Była to zapewne próba zwrócenia na siebie uwagi i odzyskania utraconych względów. Hitler jednak nie tylko nie zgodził się, aby jego zastępca zasiadł za sterami bojowego samolotu, lecz w ogóle zabronił Hessowi latać. Ten dał słowo, że przez rok nie wsiądzie do samolotu. Lecz we wrześniu 1940 roku przyrzeczenie przestało go obowiązywać. Z Monachium, gdzie urzędował i mieszkał, było kilkadziesiąt kilometrów do Augsburga, uroczego bawarskiego miasteczka, w którym znajdowały się wielkie zakłady lotnicze Willy'ego Messerschmitta. Hess znał go z czasów I wojny światowej. Szef zakładów lotniczych nie miał nic przeciwko udostępnianiu wojskowych samolotów zastępcy

Hitlera, którego uważał za doskonałego pilota. To za namową Hessa wmontowano w skrzydła samolotów Bf 110 dodatkowe zbiorniki paliwa, by zwiększyć ich zasięg.

Ostatnie zdjęcie

Na lotnisko zakładów Messerschmitta w Augsburgu dojechali po godzinie 16. Tam okazało się, że skórzany kombinezon Hessa z futrzanym kołnierzem gdzieś zginął. Zastępca Hitlera wziął więc strój należący do Helmuta Kadena, którego nazwisko widniało na plakietce na wewnętrznej stronie kołnierza.

Tuż po godzinie 17 Rudolf Hess skierował samolot na pas startowy. Otrzymał pozwolenie na start i o 17.15 ruszył. Adiutant Karlheinz Pintsch zrobił pamiątkowe zdjęcie, ponieważ wiedział już wtedy, gdzie wybiera się jego przełożony. Leciał on do Wielkiej Brytanii. Długi cień, jaki rzuca samolot na pasie startowym, zdaje się potwierdzać, że zrobiono je późnym popołudniem przy dobrej pogodzie.

Rudolf Hess wyruszył w szaleńczą podróż, która nawet dla niego, doskonałego pilota, była dużym wyzwaniem. Odległość od Augsburga do szkockiej siedziby księcia Hamiltona w Dungavel Hill, gdzie zamierzał dotrzeć, w linii prostej wynosiła około 1300 kilometrów, a duża część trasy lotu prowadziła nad morzem. Utrzymanie kierunku przez samotnego pilota było bardzo trudne, a zapas benzyny, nawet jeżeli jego samolot był wyposażony w dodatkowy zbiornik, był niewielki. Silny czołowy wiatr, zboczenie z trasy lub ucieczka przed przypadkowo napotkanym myśliwcem, gdyby pilot musiał rozwinąć maksymalną szybkość, pozostawiały niewielki margines błędu. Dlaczego człowiek zajmujący najwyższe stanowisko w rządzącej partii NSDAP zdecydował się na taką wyprawę?

Pośrednik

Rudolf Hess, który stał wiernie przy Hitlerze od czasu nieudanego puczu w Monachium w 1923 roku, w styczniu 1933 roku, gdy Hitler objął urząd kanclerza, otrzymał zaszczytne stanowisko zastępcy Führera. Tymczasem Hitler, który przeniósł się do Berlina, pozostawiając przyjaciela w siedzibie nazistowskiej partii w Monachium, szybko o nim zapominał. A ten z coraz większym rozgoryczeniem patrzył, jak miejsce przy Führerze zajmuje Hermann Göring, którego nienawidził całym sercem. Prawą ręką Hitlera w sprawach międzynarodowych stał się Joachim von Ribbentrop, którego Hess uważał, i słusznie, za karierowicza i głupca. Odpowiedzialne stanowisko sekretarza Hitlera zajął mały, bezwzględny Martin Bormann.

Hess z trudem znosił tę sytuację, aż wreszcie dostrzegł szansę dla siebie. Po wybuchu wojny, gdy normalne kanały dyplomatyczne zostały zerwane w chwili zakończenia pracy ambasad walczących państw, miejsce oficjalnych dyplomatów zajęli emisariusze. Oczywiście Hitler nie mógł ich przyjmować, gdyż fakt prowadzenia przez niego negocjacji z wrogami naruszałby wizerunek żelaznego wodza, który dyktuje warunki zwyciężonym, a nie paktuje z nimi. Z tych samych względów nie mógł wyręczać się ministrem spraw zagranicznych. Potrzebny mu był jednak ktoś z najbliższego kręgu, gdyż rządy wrogich państw mogły poważnie traktować propozycje składane przez neutralnych pośredników tylko wtedy, gdy wiedziały, że pochodzą od człowieka najbliższego Führerowi. Himmler jako szef aparatu terroru kierujący eksterminacją ludności w podbitej Polsce nie mógł przyjąć takiej roli. Teraz otwierała się szansa dla Rudolfa Hessa. Co prawda ciążyła na nim odpowiedzialność za zbrodnicze akty prawne, ale na Zachodzie nikt sobie nie zdawał z tego sprawy.

We wrześniu 1935 roku Hess wydał zarządzenie, aby wszystkie agencje partyjne informowały gestapo o osobach krytykujących partię nazistowską. W tym samym miesiącu podpisał antysemickie ustawy norymberskie. W maju 1938 roku złożył podpis na dekretach pozbawiających Żydów prawa do głosowania i sprawowania urzędów państwowych. W lipcu tego roku na podstawie jego zarządzenia odebrano żydowskim lekarzom prawo wykonywania zawodu. Były to jednak dekrety nieznane bliżej opinii publicznej w Wielkiej Brytanii. Hess postanowił wykorzystać szansę przejęcia negocjacji w imieniu Hitlera.

O godzinie 19.28 samolot Hessa znalazł się nad holenderskim miasteczkiem Den Helder w odległości około 80 kilometrów na północ od Amsterdamu. Tam niespodziewanie zmienił kurs na północno-wschodni i zaczął oddalać się od brytyjskich wybrzeży! Leciał tym kursem przez około pół godziny, a potem ponownie skręcił, tym razem na północny zachód, w stronę wybrzeży Szkocji.

Hess i...

Dlaczego pilot, dla którego najważniejszym zadaniem było oszczędzanie paliwa, wykonał taki manewr i przez pół godziny leciał w kierunku przeciwnym do celu podróży? O godzinie 20.52 dokonał ponownego skrętu, tym razem na zachód, w stronę Newcastle. I znowu stało się coś dziwnego. O 21.12 zawrócił o 180°, a więc dokładnie w kierunku, z którego przyleciał! Później wyjaśnił to koniecznością oczekiwania na zapadnięcie zmroku. Podobno zaskoczyło go, że słońce było tak wysoko, gdyż nie przewidział, że na północy zachód następuje później. Do 21.32, a więc przez 20 minut, latał tam i z powrotem, czekając na zmierzch. Ostatecznie o 21.52 znalazł się w miejscu, w którym był przed 40 minutami. Tam wprowadził pewną korektę do kursu i o godzinie 22.12 minął linię brzegu.

O godzinie 22.10 stacja radiolokacyjna w Ottercops Moss, między Newcastle i Farne Islands, namierzyła cel zbliżający się do szkockiego wybrzeża na wysokości czterech tysięcy metrów. Operator zanotował: Trzy samoloty! Dalszy zapis jest jeszcze dziwniejszy: echo jednego z samolotów znikło z ekranu radaru, a dwa pozostałe zawróciły w stronę morza. Zniknięcie pierwszego łatwo wytłumaczyć, gdyż Hess, zbliżając się do wybrzeża, obniżył wysokość lotu do 15 metrów i jego samolot znalazł się poniżej zasięgu radaru. Dokumenty z baz obrony wybrzeża wykazują, że w tym rejonie nie było brytyjskich myśliwców, a więc dwa, które zawróciły, musiały być niemieckimi samolotami eskortującymi Hessa.

Rozkaz z wyższego szczebla

O godzinie 22.23 na posterunku obserwacyjnym położonym w odległości 11 kilometrów na północny wschód od Alnwick usłyszano warkot samolotu. Załoga posterunku zidentyfikowała, że jest to Messerschmitt Bf 110 i taki meldunek przesłała do pokoju operacyjnego w Inverness. W centrali telefonicznej obrony przeciwlotniczej w Usworth dyżur pełnił operator Cecil Bryant. W pewnym momencie odebrał telefoniczny rozkaz:

- Tego samolotu nie wolno atakować!

Kto wydał ten rozkaz? Nie mógł tego zrobić książę Hamilton, gdyż działo się to w sektorze pozostającym poza jego władzą. Rozkaz musiał pochodzić z wyższego szczebla.

Hess był już nad rezydencją księcia, zamkiem Dungavel. Świadkowie twierdzą, że o godzinie 23.00 zapalono na 20 minut lampy oświetlające lotnisko znajdujące się obok zamku. Czyżby wskazywano Hessowi miejsce lądowania? Trawiaste lotnisko na zboczu pagórka było odpowiednie dla lekkich samolotów sportowych, a nie ważącego pięć ton myśliwca. Światła mogły być tylko nawigacyjną pomocą dla pilota. Zapewne Hess zakładał lądowanie w innym, bardziej dogodnym miejscu, lecz w ciemnościach zmylił trasę. Ostatecznie wyskoczył ze spadochronem.

Dlaczego Hess, przygotowując plan skontaktowania się z księciem Hamiltonem, zdecydował się na tak ryzykowne zakończenie podróży, jakim był skok w nocy ze spadochronem w nieznanym terenie? Odpowiedź może być tylko jedna - pilot dążył do zatarcia wszelkich śladów. Samolot, który spada na ziemię i eksploduje, przestaje być czytelnym dowodem. Zapewne z tego samego powodu na lotnisku w Augsburgu zaginął kombinezon Rudolfa Hessa i zastępca Hitlera wystartował w pożyczonym, seryjnym

kombinezonie, nienoszącym cech indywidualnych.

David Maclean, zatrudniony na farmie Floors, jadł kolację, gdy usłyszał warkot samolotu, po chwili wybuch, a za oknem zobaczył niebo rozświetlone blaskiem eksplozji. Wybiegł na podwórze i w jasnym świetle księżyca zobaczył skoczka opadającego ze spadochronem. Schwycił widły i popędził na pole, gdzie rozpostarła się biała czasza, spod której gramolił się pilot. Usiłował stanąć, co utrudniała mu kontuzjowana noga.

- Jesteś Niemcem? - Maclean uniósł widły.

- Tak - odpowiedział tamten płynną angielszczyzną, choć z wyraźnym niemieckim akcentem. - Jestem Niemcem, kapitan Alfred Horn. Chcę dostać się do Dungavel House. Mam ważną wiadomość dla księcia Hamiltona. Nie mam broni.

Hess nie zdawał sobie sprawy, że wylądował w odległości niemalże 50 kilometrów od celu przeznaczenia. Wkrótce na farmę Macleana dotarli żołnierze poszukujący skoczka, cywil w stalowym hełmie z napisem "Policja" i żołnierz Home Guard z potężnym rewolwerem w dłoni.

Książę Hamilton, choć zgodnie z instrukcją powiadomiony o schwytaniu wrogiego lotnika powinien go bezzwłocznie przesłuchać, zwlekał z udaniem się do koszar Maryhill, gdzie ulokowano więźnia. Po służbie powrócił do zamku Dungavel, gdzie czekali na niego goście: Jerzy, książę Kentu, wraz z żoną Mariną. Poglądy polityczne królewskiego brata każą wątpić w przypadkowość tej wizyty. Z wielkim entuzjazmem wypowiadał się on o Adolfie Hitlerze i z zapałem wspierał swojego starszego brata, późniejszego króla Edwarda VIII, w jego pronazistowskich sympatiach, pośredniczył też w kontaktach z Hitlerem.

Czy ktoś przybył?

W niedzielę 11 maja o godzinie 10 książę Hamilton w towarzystwie oficera wywiadu i strażnika wszedł do pokoju, gdzie na łóżku siedział jeniec. Hess leżał przykryty wojskowym kocem. - Czy moglibyśmy porozmawiać bez świadków? - zapytał. Książę kazał oficerowi i strażnikowi opuścić pokój. Nie powinien tego robić. Nie powinien pozbywać się świadków pierwszej, najważniejszej rozmowy.

- Widziałem pana w Berlinie podczas olimpiady w 1936 roku, gdy był pan gościem na obiedzie w moim domu - miał powiedzieć jeniec. - Nie wiem, czy pan mnie poznaje, jestem Rudolf Hess.

Książę Hamilton nie chciał jednak pokazać, że poznaje swego rozmówcę. - Dziewięć miesięcy temu zaaranżowałem wysłanie listu od Albrechta Haushofera do pana, proponując spotkanie w Portugalii - mówił dalej Hess. - Już trzykrotnie podejmowałem próby dotarcia do Dungavel, aby powstrzymać wojenną masakrę. Chcę prosić pana, aby zebrał pan czołowych członków swojej partii w celu przedyskutowania perspektyw zawarcia pokoju.

- Premierem jest Churchill, a w tym kraju jest tylko jedna partia - miał odpowiedzieć książę Hamilton.

Rozmowa trwała prawie godzinę, wreszcie książę zakończył ją, obiecując, że wróci z tłumaczem. Wyszedł i natychmiast pojechał na miejsce, gdzie rozbił się samolot Hessa. Klasyfikujący szczątki major Graham Donald zanotował, że w czasie upadku samolotu ogień płonącej benzyny nie był zbyt wielki, co miało wskazywać, że w zbiornikach było mało paliwa. Wkrótce w nurcie rzeki Clyde odnaleziono dodatkowy zbiornik odrzucony przez Hessa w czasie lotu nad Szkocją! Wewnątrz było jeszcze kilkanaście litrów benzyny. Dlaczego Hess tak późno odrzucił opróżnione zbiorniki? Podczas lotu silnik zasilany jest najpierw z dodatkowych pojemników, aby jak najszybciej pozbyć się ich, gdyż stwarzają dodatkowy opór powietrza i obniżają osiągi samolotu. Zakładając, że w każdym zbiorniku było po 900 litrów paliwa, Hess powinien odrzucić je nad Morzem Północnym, daleko przed brzegami Szkocji. Major Graham Donald zanotował też: W Bf 110 nie było widocznych działek, zaczepów do bomb ani zamontowanej kamery. Z samolotu startującego do długotrwałego lotu wymontowano wszelki zbędny osprzęt. Jednakże na zdjęciach zrobionych przez Pintscha widać wyraźnie, że Messerschmitt, na którym wystartował Hess, był uzbrojony. Karabiny maszynowe i działka, których nie zauważył specjalista badający wrak, niespodziewanie pojawiły się trzy dni później, gdy resztki samolotu odwieziono na wielkie złomowisko lotnicze do Carlike.

Książę po oględzinach wraku pojechał do kwatery w Turnhouse. Pierwszym jego odruchem powinno być poinformowanie przełożonych o nadzwyczajnym więźniu. Tymczasem dopiero o godzinie 17, po siedmiu godzinach, zadzwonił do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Słuchawkę podniósł John Addis, sekretarz jednego z wiceministrów, ale nagle do rozmowy włączył się Colville, osobisty sekretarz premiera Churchilla.

- Mówi sekretarz premiera - oświadczył. - Premier przysłał mnie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdy tylko został poinformowany, że ma pan interesujące informacje.

Skąd premier wiedział, że książę ma interesujące informacje? Churchill spędzał niedzielę w Ditchley Park w Oxfordshire, w domu parlamentarzysty Ronalda Tree. Pani Tree zapamiętała, że w niedzielę rano premier poinformował ją, że wkrótce przyjedzie tam książę Hamilton i zostanie na noc!

- Dlaczego par z odległej Szkocji tak nagle ma znaleźć się tutaj? - zapytała zaskoczona pani Tree.

- Prawda jest czasami dziwniejsza niż fikcja - miał odpowiedzieć tajemniczo Churchill.

Był wieczór, gdy Hamilton wylądował na lotnisku w pobliżu miejsca, gdzie przebywał Churchill. Samochód przysłany przez premiera czekał, aby zabrać go do domu państwa Tree. Churchill na wieść o przybyciu księcia przerwał oglądanie filmu "Bracia Marx jadą na zachód" i zszedł na dół do salonu. Był w doskonałym nastroju.

- No, a teraz proszę opowiedzieć tę zabawną historię - rzucił.

- Chciałbym zasugerować, że byłoby lepiej, gdybym przekazał panu te informacje na osobności - powiedział Hamilton, zaskoczony obecnością gości.Wkrótce stało się zadość jego życzeniu.

- Chce mi pan powiedzieć, że zastępca Führera jest w naszych rękach? - zapytał z niedowierzaniem Churchill.

Książę wydobył zdjęcie zrobione jeńcowi i podał je premierowi. - Rzeczywiście, wygląda jak zastępca Hitlera.

- Hess czy nie Hess, idę oglądać braci Marx! - zadecydował niespodziewanie Churchill i udał się do sali, gdzie ustawiono projektor. Dopiero o północy, gdy film się skończył, Churchill zaprosił księcia na rozmowę w cztery oczy.

Desmond Morton, osobisty przedstawiciel Churchilla, wśród swych rozlicznych wad miał i skłonność do gadulstwa, niewybaczalną u człowieka z tajnych służb. W jednej z rozmów z kapitanem Raymondem E. Lee, przedstawicielem amerykańskiego wywiadu, powiedział:

- Hess wylądował i został schwytany, tak jak to opisały gazety. Postanowił polecieć do księcia Hamiltona, aby powiadomić go, że Niemcy wkrótce wyruszą na wojnę ze Związkiem Radzieckim.

Po co zastępca Hitlera miałby zdradzać najważniejszą tajemnicę wrogiemu państwu?

Dziesięć rosyjskich tygodni

Podział wpływów w podbijanej Europie był przedmiotem sporu między Związkiem Radzieckim i Niemcami od listopada 1940 roku. Wówczas przedstawiciel Stalina Wiaczesław Mołotow, ludowy komisarz spraw zagranicznych, zażądał od Niemiec zgody na podporządkowanie Związkowi Radzieckiemu Finlandii i cofnięcie niemieckich gwarancji nienaruszalności granic Rumunii. Mołotow przyznał, że Związek Radziecki będzie zmierzać do podporządkowania Bułgarii i Turcji w celu uzyskania kontroli nad cieśninami prowadzącymi na Morze Czarne. Żądał też zgody na przejęcie przez Związek Radziecki kontroli nad cieśninami łączącymi Morze Północne z Morzem Bałtyckim! Wizyta Mołotowa zakończyła się fiaskiem. Obydwaj dyktatorzy uznali, że czas ich sojuszu dobiega końca, i rozpoczęli przygotowania do wojny.

Adolf Hitler 18 grudnia 1940 roku podpisał dyrektywę nr 21: Niemiecki Wehrmacht musi być gotowy do rozbicia Sowieckiej Rosji w szybkiej kampanii (operacja "Barbarossa") przed zakończeniem wojny przeciwko Anglii. Armia Czerwona wzmogła przygotowania do ofensywy na zachód, chociaż Stalinowi wydawało się wciąż, iż ma jeszcze dużo czasu. Wszystko wskazuje na to, że przewidywał rozpoczęcie wojny z Niemcami w pierwszej połowie 1942 roku, gdy Armia Czerwona miałaby już odpowiednio dużo nowoczesnej broni. W tej sytuacji oświadczenie zastępcy Führera, że wojna rozpocznie się lada tydzień, mogło mieć ogromne znaczenie, Niemcy tracili bowiem to, co Hitler uważał za podstawę sukcesu wojny błyskawicznej - zaskoczenie.

- Wiedziałem, że książę natychmiast zrozumie, iż absurdem i nieszczęściem dla Anglii byłoby kontynuowanie wojny z Niemcami - miał powiedzieć Hess. - Jeżeli Anglia kontynuowałaby walkę na zachodzie, zniszczylibyśmy ją zaraz po zwycięstwie nad Rosją! To oświadczenie zdaje się zawierać istotę szaleńczej wyprawy zastępcy Hitlera. Tylko jemu Brytyjczycy mogli uwierzyć, słysząc słowa: - Za kilkadziesiąt dni ruszamy na wojnę z Rosją. To wasza ostatnia szansa. Jeżeli nie zawrzecie teraz pokoju i nie zakończycie walki z nami, nie będziemy mieli dla was litości po zwycięstwie nad Rosją. A wiecie równie dobrze jak my, że ten kraj to kolos na glinianych nogach.... Te słowa, wypowiedziane w czasie, gdy 500 niemieckich samolotów zrzucało bomby na Londyn, miały swoją wymowę. Hess nienawidził bolszewizmu i uważał, że podobnym uczuciem musi kierować się brytyjski monarcha i większość angielskich polityków. Dlatego był pewny sukcesu swojej misji.

Z niemieckich szyfrogramów przechwytywanych przez brytyjskie stacje nasłuchowe Churchill wiedział, że Wehrmacht dokonuje wielkiego zwrotu na wschód. Konsekwencje łatwo było przewidzieć: cały wysiłek niemieckiego wojska i gospodarki musiał zostać skoncentrowany na tym wielkim froncie, co jednocześnie zapowiadałoby konieczność zmniejszenia militarnej presji na Wielką Brytanię. Na jak długo? Brytyjscy stratedzy nie różnili się pod względem oceny siły bojowej Armii Czerwonej od oficerów niemieckich. Ci szacowali, że po dziewięciu do siedemnastu tygodniach opór radziecki zostanie przełamany.

Churchill w to nie wierzył, choć trudno dociec, na czym opierał wiarę w możliwości obronne Związku Radzieckiego. Przyjmował, że nowoczesna technika Wehrmachtu załamie się w zderzeniu z ludźmi i naturą tego kraju.

Uwikłanie Niemców w długotrwałe boje na wschodzie było jedyną szansą Wielkiej Brytanii na zwycięstwo. Czas, w którym Niemcy skierowaliby wysiłek na wschód, umożliwiając Wielkiej Brytanii odbudowę sił, wydawał się coraz bliższy. Jednakże Rosjanie musieliby wytrzymać niemiecki napór znacznie dłużej niż 17 tygodni. Churchill postanowił ich ostrzec.

Do tego czasu komunikacja między Londynem i Moskwą praktycznie nie istniała. Stalin i Mołotow starali się trzymać brytyjskiego ambasadora sir Stafforda Crippsa na dystans, a radziecki ambasador w Londynie Iwan Majski uważany był za dyplomatę niemającego zaufania Kremla.

Stalin nie chce prowokować

Pierwszy gest pojednania ze strony Churchilla zakończył się fatalnie. 25 czerwca 1940 roku Cripps przekazał Stalinowi list od premiera, w którym premier ostrzegał, że Hitler zamierza podbić całą Europę, i proponował, aby Wielka Brytania i Związek Radziecki połączyły siły w obronie. Stalin nie uwierzył w szczerość intencji brytyjskiego polityka i na jego polecenie 13 lipca Mołotow przesłał Hitlerowi kopię listu i stenogram rozmowy z Crippsem. Chciał potwierdzić w ten sposób lojalność władz radzieckich. Minęło dziewięć miesięcy, zanim Churchill zdecydował się na ponowny krok.

Cripps zjawił się w gabinecie zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Andrieja Wyszynskiego 16 kwietnia 1941 roku, przynosząc list, który dwa tygodnie wcześniej Churchill napisał do Stalina: Mam pewne informacje od zaufanego agenta, że kiedy Niemcy upewnili się, że mają już Jugosławię w sieci, co stało się, powiedzmy, po 20 marca, zaczęli przerzucać trzy z pięciu dywizji pancernych z Rumunii do południowej Polski. [ ] Wasza Ekscelencja zechce ocenić znaczenie tych faktów.

Stalin od dawna wiedział, że do wojny dojdzie. Pomylił się tylko co do terminu, w którym miał nastąpić niemiecki atak. Nagle zrozumiał, że czas gwałtownie przyspieszył, a jego wielka armia ciągle znajduje się w trakcie przygotowań. Zdawał sobie sprawę, że od lat polityka rządu brytyjskiego polegała na odsuwaniu niebezpieczeństwa od własnych granic i kierowaniu go na wschód. Nic tak bardzo nie odpowiadało Brytyjczykom jak doprowadzenie do wojny niemiecko-radzieckiej przy równoczesnym - być może - wycofaniu się Anglików z walki. Ostrzeżenia Churchilla mogły być prowokacją, próbą skłonienia Armii Czerwonej do podjęcia zdecydowanych działań, co zmusiłoby Hitlera do rozpoczęcia wojny.

Lot Hessa był w ocenie Stalina koronnym tego dowodem. A dyktator wiedział na ten temat bardzo dużo. Już 14 maja na jego biurku znalazła się depesza nr 376: Według informacji otrzymanej od "Sonnchen" Hess przybył do Anglii, aby spotkać się z Hamiltonem, z którym zaprzyjaźnił się w 1934 roku dzięki wspólnym zainteresowaniom lotnictwem. Hess wylądował w pobliżu zamku Hamiltona. Kirckpatrick, pierwszy z "Sakulok", który zidentyfikował Hessa, dowiedział się, że Hess przywiózł ofertę pokojową. Jeszcze nie ustaliliśmy szczegółów pokojowej propozycji. Kirckpatrick jest byłym radcą brytyjskiej ambasady w Berlinie. Podpisano: "Henry".

"Sonnchen", czyli "Słoneczko", był to pseudonim Kima Philby'ego, wysokiego urzędnika brytyjskiego wywiadu, który miał dostęp do najważniejszych i najtajniejszych informacji. "Sakulok" to kryptonim brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Autorem tej depeszy był Anatolij Gorski ("Henry"), który zdobywał informacje nie tylko od Philby'ego, ale także od paru innych agentów działających w najwyższych brytyjskich władzach. Nigdy nie odważyłby się przekazywać do centrali w Moskwie niesprawdzonych informacji. Takie przedsięwzięcie było charakterystyczne dla Hitlera: wysłanie najbliższego współpracownika, który miał rozwiązać trudny problem polityczny, a od którego w razie niepowodzenia misji łatwo mógłby się odżegnać.

Wsparcie dla Lucypera

Hess proponował wspólną krucjatę przeciwko bolszewizmowi, ale trudno sobie wyobrazić, że jakikolwiek rząd brytyjski mógł to zaakceptować. Wystarczałoby jednak zawarcie pokoju na warunkach, o których mówił: Niemcy otrzymują wolną rękę na kontynencie, a Wielka Brytania na morzach i w koloniach. Już tylko to miałoby ogromne znaczenie dla Niemiec.

Dywizjony lotnicze z zachodu Europy oraz z Niemiec, pozostawione tam do zwalczania alianckich wypraw bombowych, zostałyby przebazowane na wschód i wzięły udział w nalotach na radzieckie cele. Oznaczałoby to poważne wzmocnienie choćby niemieckich sił lotniczych. W czerwcu 1941 roku niemieckie siły powietrzne musiały pozostawić na Zachodzie i w kraju dwa z blisko pięciu tysięcy samolotów, jakimi dysponowały, koniecznych do kontynuowania nalotów na Wielką Brytanię.

W sobotę 21 czerwca 1941 roku Churchill był już pewien, że Hitler zaatakuje Związek Sowiecki lada dzień. Stalin ciągle nie tracił nadziei, że starcie da się odwlec. Rząd brytyjski musiał zdecydować, jak się zachować wobec nadciągającej nad Wschód zawieruchy. Tamtego dnia Colville zapytał Churchilla:

- Czy pan, arcyantykomunista, uważa, że nie zdradza swoich ideałów, myśląc o sojuszu z bolszewikami?

- Nie. Mam tylko jeden cel i jest nim zniszczenie Hitlera - odpowiedział Churchill. - Gdyby Hitler najechał piekło, udzieliłbym Lucyperowi w Izbie Gmin najlepszych rekomendacji. Następnego dnia rankiem Wehrmacht uderzył na Armię Czerwoną. Jeżeli Hess albo ktokolwiek w Niemczech miał złudzenia co do sojuszu z Wyspiarzami, to wieczorne przemówienie radiowe Churchilla nie pozostawiło niedomówień:

- Nigdy nie zgodzimy się na żadne układy ani negocjacje z Hitlerem ani kimkolwiek z jego bandy.

07.02.2005
13:46
smile
[42]

olivier [ unterfeldwebel ]

Pikne Ubi, pikne.

08.02.2005
15:57
[43]

Ghost2 [ Panzerjäger ]

A spotkaliście się już z hipotezą, że Hess, który, mimo że w tym czasie wciąż był "zastępcą fuhrera", z wolna zaczął być usuwany w cień przez Martina Bormanna i tą skąd inąd ryzykowną akcją chciał zwrócić na siebie uwagę Hitlera...?

08.02.2005
17:53
[44]

Lipton [ 101st Airborne ]

Ghost2--> Tak, gdzieś się z tym spotkałem, tylko nie mogę sobie teraz przypomnieć w której książce...ale chyba Wołoszański gdzieś o tym wspominał. Swoją drogą dosyć prawdopodobne to jest.

08.02.2005
18:39
[45]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Ta ksiązka, to chyba
"Ludzie Hitlera"
taka żółta okładka :-))

Parę kawałów :-)) na dobry humor !!

1.
Oboz koncentracyjny, oficer SS stoi kolo przepasci, a obok rzadek zydow. Mowi do pierwszego zyda: -wyciagnij reke do przodu, noge do tylu i skacz. Skoczyl. Do drugiego:
wygnij sie do przodu i skacz. Tez skoczyl. Do trzeciego mowi: wygnij sie w ksztalcie litery c i skacz. Ten tez skoczyl. Nagle nadbiega drugi oficer i mowi do tego pierwszego:
-idz do biura,jest jakis telefon do ciebie Na to pierwszy oficer: -mowilem zeby nie przeszkadzac, nie widzisz ze w tetrisa gram?

2.
Jest facet o imieniu William Striker. Ma on fabryke gwoździ, dobrze mu idzie, zarabia dużo kasy. Postanawia więc zrobić sobie reklame. Wynajmuje reżysera, ten przychodzi do niego i Striker mówi:
-Zrób mi w tydzień dobrą reklame.
Po tygodniu przychodzi reżyser. Pokazuje swoje dzieło: Jezus przybity do krzyża, a nad nim pojawia się napis: Gwoździe Williama Strikera, przybiją wszystko. Na to Striker się wkurza:
-Nie no chłopie nie chce takiej reklamy! Nic związanego z Jezusem, zostaw ten temat. Masz tydzień na zrobienie nowej reklamy.
Po tygodniu przychodzi i pokazuje co zrobił: Znowu Jezus przybity do krzyża, a nad nim taki napis: Gwoździe Williama Strikera, utrzymają wszystko. Na to Striker znowu się wkórza:
-Człowieku nie chce niczego związanego z Jezusem. Masz tydzień żeby przygotować nową reklamę.
Po tygodniu przychodzi i pokazuje co zrobił: Facet zbiega za wzgórza, wszędzie ma powbijanie gwoździe, a za nim biegną rzymscy rycerze i mówią: Szkoda, że nie mieliśmy gwoździ Williama Strikera...

3.
Co wyjdzie z połączenia blondynki i psa haski?
Najgłupszy pies w zaprzęgu, albo dziwka odporna na mróz.

4.
Pewna kobitka miała problem z mężem - strasznie bidulek chrapał co nie pozwalało
jej się w nocy wyspać.
Chodzili po lekarzach, specjalistach... i nic. Pewnego dni spotkała sąsiadkę i
opowiedziała o tym. Ta zaproponowała jej wizytę u pewnej znachorki, która ponoć wszystkie
przypadłości leczyć umie. Kobita leci pod wskazany adres, przedstawia sytuację, ta chwilę
się zastanawia i mówi:
- Jak stary zacznie chrapać, to niech paniusia mu nogi rozszerzy.
Kobita się wnerwiła, opieprzyła znachorkę, że naiwnych ludzi tylko naciągać umie i
że złamanego grosza jej nie da i poleciała do chaty. W nocy ta sama historia... stary
piłuje już drugą godzinę... kobitka myśli sobie:
- Ehh... spróbuję tak zrobić, jak znachorka mówiła...
Rozszerza staremu nogi i... cisza... Następnego dnia leci z samego rana do znachorki...
przeprosiny... bombonierka... podwójne honorarium... Oczywiście ciekawość nie dawała jej
spokoju...
- Pani... ale na czym polega ten trick z tymi nogami - pyta znachorkę.
- Moja droga... zasada jest prosta - rozszerza pani nogi, worek spada na dziurę
i cugu ni ma...

5.
Poszedł mały Jasio do cyrku i tak się złożyło, ze musiał usiąść w pierwszym rzędzie. Rozpoczął się występ i na arenę wychodzi Klaun Szyderca. Podchodzi do Jasia i pyta:- Jak masz na imię?- Jasiu.- A wiec Jasiu, czy ty jesteś głową krowy?- Nie.- A czy ty jesteś tułowiem krowy?- Nie.- A wiec Jasiu, ty jesteś dupa wolowa HAHAHA! (zaśmiał się szyderczo Klaun Szyderca).Smutny Jasio wrócił do domu, opowiedział wszystko tacie, na co ten mu mówi:- Jasiu, jutro tez pójdziesz do cyrku.- Ale jak to? Do cyrku? A Klaun Szyderca? Znowu będzie się śmiał.- Nie martw się Jasiu, tym razem pójdzie z tobą Wujek Staszek Mistrz Ciętej Riposty.No i tak się stało. Następnego dnia poszli Jaś i Wujek Staszek Mistrz Ciętej Riposty do cyrku, usiedli w pierwszym rzędzie i czekają na występ Klauna Szydercy. Wychodzi wiec Klaun Szyderca na arenę i zaczyna swój znany występ.Podchodzi do Jasia pyta:- Jasiu, czy ty jesteś głową krowy?Na co Wujek Staszek Mistrz Ciętej Riposty:- Spierdalaj chuju

6.
Żona miała dość zachowania swojego męża, a w szczególności jego zbyt
częstych wypadów z kolegami na piwo i powrotów w stanie mocno wskazującym.

Po jednym z takich wieczorów mąż w stanie kompletnego upojenia wrócił
do domu i padł nieprzytomny na łóżko. Żona jak zawsze rozebrała go do snu,
ale tym razem zrobiła coś więcej - wepchnęła mu palcem do tyłka
prezerwatywę w taki sposób, aby kawałek wystawał na zewnątrz.
Rano, jak zawsze, mąż, aby poczuć się lepiej, wszedł pod prysznic.
Myje się, myje... w pewnej chwili zaczyna myć tyłek i co....Co to jest?
Wyciąga z tyłka prezerwatywę...... Żona w tym czasie przygotowuje
w kuchni śniadanie. Gdy wykąpany mężulek przychodzi do kuchni, żona pyta:
- Jak się wczoraj bawiłeś? Jak mają się Twoi koledzy?
Mąż pełnym rozgoryczenia głosem odpowiada:
- Koledzy? Ja już, kurwa, nie mam kolegów !

7.
Na zamku króla Artura żył pewien dworzanin. Od lat ogarnięty był dość typową obsesją popieszczenia języczkiem ślicznych piersi Królowej. Tylko świadomość kary śmierci połączonej z kastrowaniem powstrzymywała go przed zaspokojeniem swoich żądz.
Pewnego razu dworzanin zdradził swoje rozterki nadwornemu medykowi. Medyk zaproponował pewne wyjście z sytuacji, więc panowie zawarli dżentelmeński układ. Medyk miał użyć swoich wpływów oraz magicznych ziół, aby umożliwić spełnienie marzeń dworzanina, za co ten zobowiązał się zapłacić tysiąc dukatów w złocie.
Następnego dnia, medyk jak zwykle przygotował leczniczą kąpiel dla Królowej. Korzystając z chwili królewskiej nieuwagi, wsypał do staniczka szczyptę białego proszku wywołującego uporczywe swędzenie.
Kiedy tylko Królowa się ubrała, proszek natychmiast zaczął działać. Nie pomagały żadne maści, swędzenie wciąż narastało na sile. Doszło nawet do obrazy kilku posłów obcych mocarstw. Nieprzystojne drapanie się po biuście odbierało Królowej cały majestat.
Król w końcu posłał po medyka....
Medyk rzecz obadał dokładnie, a jakże, po czym stwierdził, że tylko specjalny enzym występujący w ślinie, dozowany przez cztery godziny, może wyleczyć uczulenie. Na zamku jest pewien dworzanin, a testy wykazały, że jego ślina może być całkiem dobrym lekarstwem.
Król natychmiast posłał po dworzanina...
Zobowiązany kontraktem medyk, dał dworzaninowi garść antidotum, które ten szybko włożył do ust i udał się do apartamentów Królowej. Przez bite cztery godziny dworzanin poużywał sobie za wszystkie lata. Kiedy czas minął, dworzanin był kompletnie wyczerpany a także wyleczony ze swojej obsesji.
Następnego dnia medyk spotkawszy dworzanina na zamkowym dziedzińcu, zgodnie z umową zażądał tysiąca złotych dukatów. Zaspokojony już dworzanin zaczął się wykręcać od zapłaty, wymawiając się niewielkim wysiłkiem ze strony medyka. Mocno zniesmaczony medyk udał się do swojej komnaty, gdzie przygotował następną porcję swędzącego proszku.
Rankiem medyk udał się do apartamentów Króla, gdzie wsypał proszek w świeżo wyprane królewskie gacie.
W południe... Król posłał po dworzanina...

8.
Mała Myszka buszowała po lodówce. Pod jedna łapke wzieła kawał słoniny pod drugą kawał sera i peto kiełbasy na szyje. Zamknęła łokciem lodówke i powolutko ciągnie to wszystko do norki. Niedaleko wejscia stała pułapka na myszy a na niej taka okruszek chleba, Myszka popatrzyła pokiwała głowa i powiedziała do siebie: Jak dzieci kurwa jak dzieci

Pozdrowionka

13.02.2005
12:11
[46]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Kolejne info z netu -->

Musiałem myśleć jak maszyna

60 lat temu bomby na Drezno zrzucili też polscy lotnicy. Ale niektórzy odmówili wykonania rozkazu. Dlaczego?

Popołudniem 13 lutego 1945 r. na lotniskach w południowej Anglii panował ruch, jak przed każdą operacją. Do nocnego lotu przygotowywały się jednostki bombowe. Czekając na chwilę, gdy na kilka godzin zostaną zamknięci w ciasnym kadłubie, piloci, radiooperatorzy i strzelcy odreagowywali napięcie. Niektórzy wymiotowali ze zdenerwowania. Za chwilę miał odbyć się briefing: odprawa, podczas której oficer wywiadu poinformuje o celu misji.

Napięcie rosło także na lotnisku w Faldinworth, gdzie od marca 1944 r. stacjonował polski Dywizjon Bombowy 300. Jednostka latała już piąty rok, ale mało kto z tych, którzy zaczynali w niej służbę, dożył do tego lutowego dnia 1945 roku.

W nalotach na Niemcy, które od 1942 r. prowadzili Brytyjczycy i Amerykanie, brały udział niemal wszystkie narody walczące z Niemcami. Niektóre miały “swoje” dywizjony bombowe. Polacy cztery, o numerach 300, 301, 304 i 305 (prócz tego kilkanaście dywizjonów myśliwskich). Polskie maszyny uczestniczyły w większości nalotów: czasem w grupie liczącej kilkaset brytyjskich maszyn (bo latali pod komendą brytyjską) walczyło kilkanaście polskich bombowców, czasem ponad sto.

Również Polacy ponosili straty: łącznie zginęło półtora tysiąca członków załóg bombowców, a kilkuset trafiło do niewoli. Ponieważ nie miał ich kto zastąpić, do końca wojny jako formacja bombowa przetrwał tylko Dywizjon 300; ostatnim jego zadaniem był atak na kwaterę Hitlera w Berchtesgaden 25 kwietnia 1945 r.

Ale wcześniej nastał 13 lutego. I być może niewiele brakowało, a tego dnia jednostka przestałaby istnieć. Jednak nie z powodu strat, ale buntu. Bo napięcie, które 13 lutego narastało w Faldinworth, nie było zwyczajnym stresem przed lotem. Uczucia te zostały zastąpione przez wściekłość i bezradność. Tego dnia spiker radia BBC odczytał komunikat o porozumieniu w Jałcie.

Gdy więc podczas briefingu brytyjski oficer wywiadu powiedział do pilotów z Dywizjonu 300, że mają lecieć nad Drezno, aby pomóc Armii Czerwonej, sala zawrzała. Część pilotów oświadczyła, że Rosjanom pomagać nie będzie.

Emocje opanował dopiero dowódca Dywizjonu i wkrótce grupa polskich lancasterów z oznaczeniem “BH” na kadłubie (oznaczenie Dywizjonu 300) i trzystu ludźmi na pokładach była w powietrzu. O osiemnastej dołączyli do znajdujących się w powietrzu bombowców z brytyjskiej 5. Floty; łącznie 244 maszyny. Dwie godziny później startowała druga fala: 529 lancasterów z pierwszej, trzeciej i szóstej Floty. Wszyscy lotnicy dostali angielskie chorągiewki na wypadek, gdyby musieli awaryjnie lądować na terenie zajętym przez Rosjan. O 22.13 na Drezno spadły pierwsze bomby. O 01.30 nalot rozpoczęło drugie zgrupowanie lancasterów. W południe następnego dnia rozpoczął się trzeci atak: 310 amerykańskich ,,latających fortec”. Tej nocy straty aliantów były minimalne: zaledwie kilka maszyn, w tym jedna polska.

Jeden z lotników Dywizjonu 300, nazwiskiem Magierowski (archiwum polskich dywizjonów www.geocities.com/skrzydla nie podaje jego imienia), którzy wystartowali tego wieczoru, zdążył napisać list do przyjaciela: “Tej nocy mamy atakować Drezno, jako wsparcie dla Armii Czerwonej. Nie byłoby w tym niczego wyjątkowego, gdyby nie to, że mamy wykonać takie zadanie w chwili, gdy nasze serca krwawią po kolejnym rozbiorze Polski dokonanym w Jałcie. Może to dobrze, że Bogdan nie żyje - nie przeżyłby tego: Lwów, który nigdy nie był rosyjskim miastem, arbitralną decyzją przekazano Rosji! Pomyśl tylko, ja i tak wielu innych wędrujących po świecie, uciekających jak przestępcy, głodujących, ukrywających się w lasach - wszystko po to, by walczyć za... co? Za to, że nie będziemy mogli wrócić do naszego rodzinnego miasta, ponieważ ono po prostu przestało istnieć. Czego można więcej oczekiwać? Linię Ribbentrop-Mołotow nazwano linią Curzona i świat jest zadowolony. Pół Polski oddano jako prezent. Drugą połowę skazano na włączenie do »wschodniej sfery wpływów«, tak jakby to była bezludna wyspa na Arktyce lub część Sahary. Byłem raz w Związku Sowieckim i to mi wystarczy do końca życia. Zarządzono wypady, więc zaraz lecimy - mówią, że tak trzeba - chociaż w naszych sercach są złość i rozpacz. To zabawne uczucie, ale czasem zastanawiam się, czy to wszystko ma sens. Jeśli Niemcy mnie teraz dorwą, nie będę nawet wiedział, za co umieram. Za Polskę, za Wielką Brytanię, czy za Rosję?”.

Z odpowiedzią na to pytanie miałby kłopoty także Józef Zubrzycki. Dziś 91-latek, latał w Dywizjonie 300 jako mechanik albo drugi pilot. Obecnie Zubrzycki mieszka w Nowej Hucie. Jest schorowany, ale pamięć ma dobrą.

Opowiada o poranku 1 września 1939 r., gdy jego jednostka, przydzielona do Armii “Łódź”, przeżyła pierwsze niemieckie bombardowanie. 18 września trafił do obozu internowanych w Rumunii. Ranny w nogę, leżał w szpitalu.

Z Rumunii z fałszywymi dokumentami uciekał przez Jugosławię do Grecji. Stąd w styczniu 1940 r. na statku handlowym “Warszawa” dotarł do Francji, gdzie wstąpił jako ochotnik do RAF-u. Po kapitulacji Paryża dotarł do Anglii i dołączył do polskich jednostek bombowych.

W powietrzu spędził łącznie 704 godziny. Każdy lot wraz z datą, nazwiskiem pilota, czasem trwania i zadaniem wpisywał do specjalnej książki. Bombardował m.in. Berlin i Poczdam. Zrzucał też żywność dla wyzwolonej, ale głodującej Holandii.

13 lutego 1945 r. jego koledzy bombardowali Drezno. On nie poleciał, bo nie dostał takiego rozkazu.

Ale dobrze pamięta tamten dzień. Pamięta, że część załóg odmówiła udziału w akcji. Mówili: Jałta to zdrada, kolejny rozbiór Polski, oddano nas Rosjanom, nie będziemy lecieć na pomoc Sowietom.

Wykonania zadania odmawiali głównie lotnicy pochodzący z Kresów, które Polska traciła w wyniku porozumienia jałtańskiego. Zubrzycki: - Ja oddzielałem zobowiązania wojskowe od politycznych. Polityka jest okrutna, szczególnie w czasie wojny. Też mam swoje żale, ale je w sobie głęboko schowałem. W czasie wojny nie myślałem w kategoriach osobistych. A ja w tej wojnie straciłem wszystko. Nie miałem gdzie wracać, bo Jałta i mnie zabrała dom.

Po wojnie, zamiast do rodzinnego Stryja (dziś Ukraina), Zubrzycki wrócił na tzw. ziemie odzyskane, do śląskiego Paczkowa.

Wspomina: - Cierpiałem. Żołnierz powinien po wojnie zdać karabin i wrócić do bliskich. Tyle nam się należało za te sześć lat... Jeśli płonie dom, to zostaje choć ziemia. Twoja ziemia, po ojcu. Walczyłem o Polskę, ale też o moją ziemię ojczystą. Czyli o Stryj. I zostałem bez niczego. Trafiłem do obcych. Usłyszałem, że mój Stryj to ZSRR.

Czy poleciałby wtedy bombardować Drezno, gdyby jemu wydano rozkaz? - Poleciałbym. Odmowa wykonania rozkazu byłaby nieuczciwa.

O tym, jakie trzeba wykonać zadanie, co jest celem bombardowania, lotnik dowiaduje się na odprawie. Wtedy, przekonuje Zubrzycki, nie wolno się nad niczym zastanawiać. Nie wolno myśleć. Jest rozkaz - trzeba go wykonać. On tylko raz odmówił lotu: gdy zauważył, że drzwi bombowe w jego samolocie nie otwierają się.

Dobre wykonanie zadania, to obrócenie celu w gruzy. Podczas lotu, kiedy spadały bomby, Zubrzycki myślał o rachunku krzywd. Cieszył się, kiedy widział płonący Berlin, bo tak płonęła wcześniej Polska. Bombardowanie Drezna, którego dokonali jego nieżyjący już koledzy, ocenia jako dobrze wykonane zadanie.

Był w Dreznie po wojnie, gdy miasto powoli podnosiło się z ruin. Pomyślał, że ładnie się tu wszystko musiało palić wtedy, w 1945 r.

A cierpienie i śmierć cywilów?

Zubrzycki: - Takich pytań lotnikowi nie można zadawać. O cierpienie i o śmierć. Bo podczas lotu myśli się innymi kategoriami. Na dole jest wróg. Ten wróg cię napadł, wymordował twoich rodaków. Zostawił zgliszcza w twojej ojczyźnie. Jest okupantem. Teraz ty z nim walczysz. Patrzysz, czy cel dobrze się pali. I cieszysz się, kiedy widzisz ogień. Trzeba się nauczyć myśleć jak maszyna. I można myśleć tylko o dwóch rzeczach: lecę wykonać zadanie, mam wrócić żywy. Nie wolno myśleć o niczym innym. Nerwy i emocje mogą zabić.

***

Tamtego komunikatu BBC słuchali także polscy żołnierze innych jednostek na froncie zachodnim, w sumie ćwierć miliona ludzi. Najpilniej ci z Drugiego Korpusu gen. Andersa, bo większość z nich pochodziła z Kresów i przeszła przez gułag (w następnych dniach kilkudziesięciu z nich popełniło samobójstwo).

14 lutego Dywizjon 300 startował do kolejnej nocnej misji. Bombardował Chemnitz, znów pomagając Armii Czerwonej.

Lotnikowi Magierowskiemu oszczędzony został los powojennego tułacza. Zginął 24 lutego podczas nalotu na miasto Pforzheim. Dywizjon 300 stracił tej nocy dwa samoloty.

Nalot na Pforzheim - miasto składające się ze średniowiecznych, łatwopalnych kamienic - był jednym z najbardziej efektywnych w historii alianckiego lotnictwa: zginęło w nim 20 tys. ludzi, czyli jedna trzecia mieszkańców.

14.02.2005
23:11
smile
[47]

janko [ Konsul ]

Cześć
W sprawie modów coś drgnęło. Dostałem od jednego z autorów maila z linkami do Der Ost Front - jeszcze nie ściągnąłem no jestem poza stałym łączem, ale przekazuję:

The "Der Ost Front" mod is now available for download from the CSO site from the following page:
https://www.closecombat.org/CSO/modules.php?op=modload&name=Downloads&file=index&req=viewsdownload&sid=130
 
The DOF mod release news article is at:
https://www.closecombat.org/CSO/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=231&mode=thread&order=0&thold=0
Enjoy
 
Stephen Leitch AKA ArmeeGruppeSud

14.02.2005
23:19
[48]

T_bone [ Generalleutnant ]

janko---> Jak już o CC3 to warto dodać że swego czasu ukazał się mod "1945", podobno dość dobry.

15.02.2005
17:53
[49]

olivier [ unterfeldwebel ]

Witam.

Z braku czasu nie pisuję, ale czytam pilnie szczególnie niezawodnego Ubiego.

Tradycyjnie już, jak co roku zresztą rozchodzi się lament nad postanowieniami konferencji Jałtańskiej czyli jak słyszymy w mediach Spiskiem Jałtańskim, Zdradą Jałtańską, itd. Można pomstować na Jałtę, szczególnie będąc Polakiem, ale trzeba być realistą. Decyzje te nie wynikały z amfetaminowego snu podpitego Churchila ani widzimisiów wpółżywego Rosvellta ale z faktów na które ci panowie nie mieli żadnego wpływu. Przez całą środkową Europę toczyły się milionowe Armię ZSRR, tam gdzie stały czołgi z czerwoną gwiazdą tam decydował już tylko wujek Stalin chocby nawet pan Churchil i Rosevellt pogrozili paluszkami to by nic nie dało. Można mieć pretensje jedynie o to że dla samych pozorów nie pogrozili ale świat miał dość wojny i nie chciał kolejnej. Czołgi z gwiazdą zaś, niekoniecznie musiałyby zatrzymać się na Łabie - Stalin był urodzonym pokerzystą, ale nie zawsze blefował.... Do tego dziś się o tym uporczywie zapomina ale to ZSRR wniósł przeważający wkład w wojnę i poniósł najwyższą cenę. I Ch. i R. doskonale sobie zdawali z tego sprawę. Sama Polska miała być wisienką na torcie dla wymęczonej wojną matuszki Rosji, niewielka cena za pokój i spokój w Europie.

Za Jałtę zresztą Polacy mogą dziękować sobie, międzywojenne 20 lat były wystarczającym czasem do zbudowania mocnej pozycji w Europie, tak politycznie, gospodarczo i militarnie, tymczasem zabójstwo prezydenta, zamach stanu, kłótnie, ogólny bałagan i wymachiwanie tępą szabelką- ach jakie to polskie.

Cóż to za nowe mody do CC3, gdyby ktoś testował to proszę o recenzję.

16.02.2005
23:41
[50]

janko [ Konsul ]

Rany, czepne się, muszę!!! Olivier, zbyt upraszczasz jesli chodzi o okres międzywojenny i Polskę. Nikt przez nie zamordowanie prezydenta nie bydował jeszcze potęgi. Polska po 1918 była politycznym niczym (bękart wersalski i tak też została potraktowana w 1939 przez wrogów i "przyjaciół". A potegę militarną i gospodarczą budowało się wtedy w oparciu przemysł, którego w Polsce tamtego czasu nie było. Nawet Śląsk po powstaniach był niemiecki - przypominam, że Bytom (Beuten) był już niemiecki, i dalej wszystko na zachód. Dopiero COP miał to zmienić ale było juz za późno. A było za późno nie dlatego, że Polacy to bałaganiarze i pieniacze ale dlatego, że pierwsze lata wolności zajęło (poza żenującymi sporami politycznymi, które zwieńczył zamach majowy) scalanie trzech odrębnych pod każdym względem innych państw (zaborcy): politycznym, społecznym, gospodarczym, zwyczajowym, no - każdym!!!
A co do Jałty - znów polecam lekturę Suworowa. Owszem, w '45 było na wszystko za późno, ale w '44 jeszcze nie. Tym bardziej w '38 - '40. Zachodni alianci świetnie wiedzieli co Stalin szykuje i nawet palcem nie kiwnęli jak był na to czas. No i mieli Jałtę.
A DOF nie chce mi się instalować :o((

17.02.2005
00:16
smile
[51]

olivier [ unterfeldwebel ]

Janko no w końcu, gdzie byłeś?!:p W samą porę bo Bone znalazł jedyne, niepowtarzalne i unikalne bombardowanie strategiczne lisiej jamy.

17.02.2005
00:28
[52]

olivier [ unterfeldwebel ]

Oczywiście że z tym czasem na budowanie mocnej pozycji nieco przesadziłem, gospodarka jest ważna ale jest jeszcze i polityka, zapewniam cię Janko że "Cud na Wisłą" wywarł w Europie takie wrażenie że jeszcze przed samym wrześniem 1939 roku większość niemieckich generałów drżała jak skończy się ta awantura z atakiem na Polskę - złudzenie potęgi militarnej Polski było wtedy naprawdę mocne.

Ostatnio wdałem się w dyskusję ze znajomym, który o historii ma znacznie mniejsze pojęcie i wmówił mi że Polska powinna wejść wtedy w sojusz z Hitlerem, najpierw popukałem się w czoło, ale obiektywnie rzecz ujmując: jestesmy ministrem spraw zagranicznych czy premierem Polski w roku 1938, nikomu się jeszcze nie śni o obozach, wojnie, itp. Czy sojusz z Niemcami nie byłby nadzwyczaj korzystny? Ostatecznie zostalibyśmy zdradzeni nie gorzej niz przez naszych wspaniałych aliantów zachodnich.

17.02.2005
15:35
[53]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Kolejna porcja historii prosto z netu -->


W czasie II wojny światowej Niemcy zmuszali kobiety z podbitych krajów do nierządu


Niemcy w szukaniu śladów swoich zbrodni potrafią być skrupulatniejsi niż ich ofiary. Szczególnie jeśli ofiarami były kobiety zmuszane do prostytuowania się z żołnierzami Wehrmachtu w przerwie walki o przestrzeń życiową dla Niemców


Wyemitowany na rocznicowej fali w I programie niemieckiej telewizji publicznej film dokumentalny Thomasa Gaeverta i Martina Hilberta "Kobiety jako łup" pokazał prawie nieznane w Polsce zjawisko przymusowej prostytucji kobiet w krajach okupowanych. Dla pełnego obrazu okropieństw wojny przypominanych w rocznicowym roku 2004 warto się przyjrzeć temu zjawisku.

Seks i niemiecka armia

W warszawskim hotelu Bristol w październiku 1939 roku kilkudziesięciu wysokich rangą oficerów urządziło sobie orgię z udziałem miejscowych prostytutek, w tym Żydówek. W Berlinie wybuchnął skandal, posypały się nagany. Po zdobyciu Francji w 1940 roku Wehrmacht rzucił się w wir paryskich rozkoszy, a panienki spod Moulin Rouge miały wielu nowych klientów.

Liczba zachorowań na choroby weneryczne szybko rosła. Leczenie i rekonwalescencja trwały od trzech miesięcy do pół roku. Tymczasem zapotrzebowanie na żołnierzy stale rosło; Niemcy szykowały się do wojny z Rosją. Takie urlopy to marnotrawstwo. Ponadto kontakty z kobietami z podbitych krajów stanowiły niebezpieczeństwo dla morale armii okupacyjnej, nie mówiąc już o pohańbieniu rasy niemieckiej ("Rassenschande"). Tymczasem potwierdziły się doświadczenia z czasów I wojny, że wszelkie zakazy są w tej materii nieskuteczne.

Jak bardzo nieskuteczne, przekonał się Rudolf Hoess, komendant obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Piotr Cetkiewicz, szef archiwum muzeum oświęcimskiego, ma w swoich zbiorach kilka rozkazów Hoessa do podległych mu SS-manów, w których zakazuje on kontaktów seksualnych z Polkami mieszkającymi w mieście i wizyt w domu publicznym. Ostatni rozkaz z tej serii jest zarazem kapitulacją; w każdy piątek grupa chętnych do pójścia do domu publicznego w mieście ma się zebrać razem i udać się tam pod opieką lekarza.

Skoro zakazy nie pomogły, sięgnięto po inne sposoby.

Uciechy Wehrmachtu

W lipcu 1940 roku Heinrich Himmler wydał rozkaz tworzenia domów publicznych dla Wehrmachtu i SS. Źródła pozyskiwania kobiet były rozmaite. We Francji umieszczano w nich pod przymusem, czasem w bardzo brutalny sposób, przebadane wcześniej prostytutki. Na podbitych terytoriach wschodnich, w tym w Polsce, zamykano w nich siłą kobiety, dziewczyny, czasem nieletnie, Polki i Żydówki. Wiele z nich nie miało nigdy nic wspólnego z prostytucją. Na domy publiczne zamieniano też żydowskie szkoły żeńskie. Dzięki artykułowi z "The New York Times" ze stycznia 1943 roku wiemy o tragedii, jaka rozegrała się w Krakowie. Tam 93 uczennice i nauczycielki z gimnazjum żydowskiego Beit Jacob przy ulicy św. Stanisława 10 popełniły samobójstwo, żeby nie zostać zmuszone do nierządu.

Szybko rozwiązano szczególnie kłopotliwy problem "Rassenschande", traktując całą sprawę jako dostarczenie żołnierzom jeszcze jednego rodzaju koniecznej usługi fizjologicznej, jak np. opieka lekarska. Kobiety zostały uznane za rzeczy, stanowiły coś na kształt wyposażenia, najmniej wartościowego, bo łatwo odnawialnego. Jako przedmioty użytkowe nie miały narodowości ani osobowości. Dyrekcje domów publicznych dbały nadzwyczaj o higienę i sterylność. Kobiety były często i regularnie badane w szpitalach, dokąd dowożono je pod eskortą. Zarażone przez żołnierzy chorobami wenerycznymi natychmiast rozstrzeliwano.

Nawet we wspomnieniach żołnierzy Wehrmachtu, dziś starszych panów, wszystko jest nieludzkie; nie pamiętają oni ani twarzy ani imion wykorzystywanych kobiet, w pamięci zostały im jedynie przepisy dotyczące higieny osobistej. Dostawali prezerwatywy wraz z dokładną instrukcją, jak jej używać, tudzież wytyczne, ile czasu mogą się zabawić.

Właścicielami domów publicznych były różne struktury militarne Rzeszy. W Warszawie dawny, elegancki, przedwojenny hotel Astoria został zamieniony na burdelik dla wojska. Miał przy wejściu tabliczkę: "Tylko dla SS i policji, wstęp jedynie w mundurze". Domy publiczne dla SS i Wehrmachtu tworzono także w obozach koncentracyjnych lub w ich pobliżu.

Maria K

Kanwą niemieckiego filmu "Kobiety jako łup" stał się los jednej z kobiet, Polki, Marii K. z Poznania. Na przedwojennym zdjęciu widać przystojną kobietę w eleganckiej futrzanej etoli i biżuterii. Miała 21 lat, kiedy ją aresztowano z powodu romansu z synem niemieckiego fabrykanta. Po badaniu lekarskim zawieziono ją do jednej z poznańskich kamienic zamienionej na dom publiczny i zamknięto w małym pokoju. Musiała obsługiwać średnio 20 mężczyzn dziennie. Uciekła.

Za karę trafiła do obozu pracy, choć przerażona napisała upokarzający list pełen gotowości powrotu do prostytucji. Po wyjściu z obozu pracy znów ją aresztowano i zawieziono do Auschwitz. Przeżyła. Po wojnie wyszła za mąż, zmarła bezdzietnie. Krótko przed śmiercią próbowała opowiedzieć prawdę o swoich wojennych losach, lekarze zakwalifikowali to jednak jako typowy syndrom choroby poobozowej.

SS-utener

W latach 1941-42 Heinrich Himmler razem z przedstawicielami koncernów korzystających z pracy więźniów w obozach koncentracyjnych opracował swoisty system motywacyjny dla więźniów. W jego przygotowaniu szczególnie aktywną rolę odegrał osławiony koncern IG Farben. Ostatecznie ujrzał światło dzienne w 1943 roku jako "Rozporządzenie zezwalające na ulgi dla więźniów", od których w zamian oczekiwano większego wysiłku w pracy. Jedną z pięciu nagród obok pieniędzy czy pozwolenia na zakup papierosów była wizyta w obozowym domu publicznym, gdzie umieszczano więźniarki.

Uzasadnienie tej decyzji w dokumentach SS brzmi: podwyższenie gotowości do pracy więźniów i zapobieganie homoseksualnym ekscesom. Praktycznie tego typu rozrywki dotyczyły elity obozowej: kapo, fryzjerów, lekarzy i innych osób wykonujących lżejszą pracę i mających specjalne przywileje. Pierwszy obozowy dom publiczny powstał w 1942 roku w Mauthausen, potem kolejne w Gusen, Auschwitz, Buchenwald, Dachau, Dora-Mittelbau, Flossenbürg, Neuengamme, Sachsenhausen.

Piotr Cetkiewicz, szef archiwum muzeum w Oświęcimiu, ma u siebie listę 20 nazwisk kobiet - prostytutek z czasów likwidacji i ewakuacji obozu. Ile ich było wcześniej i jak wyglądała rotacja, nie wiadomo. W całym kompleksie obozowym były trzy domy publiczne: jeden w Auschwitz 1, drugi w Auschwitz 2 i trzeci na terenie osiedla baraków dla robotników przymusowych zbudowanych przez IG Farben. Byli więźniowie na ogół niechętnie mówili na ten temat, a i wtedy powoływali się na cudze opinie i krążące plotki. W ich świadectwach nie ma współczucia dla więźniarek prostytutek, ale raczej zazdrość o dobre warunki życia lub wręcz potępienie.

15 minut

Tylko kilku więźniów opowiedziało o swojej wizycie w oświęcimskim domu publicznym. Józef Paczyński, osobisty fryzjer Rudolfa Hoessa, a jednocześnie jeden z pierwszych więźniów Oświęcimia, opowiedział niemieckiej stacji ZDF, jak został zaproszony na otwarcie domu publicznego w czerwcu 1943 roku. Po pojawieniu się komendanta Hoessa w asyście dwóch innych Niemców do grupki oczekujących więźniów padła komenda: "Baczność, na prawo patrz", po czym wszyscy krzyknęli: "Heil Hitler!". "Musieliśmy losować numery, ja wyciągnąłem dziewiątkę ale jako drugi do niej w kolejce. Ten przede mną wszedł, chwilę to trwało. Jak było po wszystkim, wyszedł jeszcze z rozpiętymi spodniami. Każdy z nas miał dokładnie 15 minut".

W oświęcimskim archiwum nie ma ani jednej relacji samych więźniarek, jak wyglądało te piętnaście minut.

W innych obozach zachowało się również niewiele takich świadectw. Relacja więźniarki z Buchenwaldu umieszczonej w obozowym domu schadzek jedynie pozwala się domyślać, jakiej brutalności i poniżenia doświadczały: "Przychodzili i musiało im wszystko pasować, jeśli byli niezadowoleni, dostawałyśmy baty. Ja zaliczyłam takie bicie, jakiego nie zapomnę do końca życia. (...). Wiele jest rzeczy, o których nie mogę do dziś mówić. Mogli z nami zrobić, co chcieli".

Wielkie tabu

Większość wykorzystywanych kobiet milczała przez kilkadziesiąt lat nawet wobec najbliższych o przeżytym koszmarze. Bo jak miały swoją historię opowiedzieć? Że zmuszono je, żeby były prostytutkami i służyły w ten sposób Niemcom? To pierwsze jest w każdym społeczeństwie hańbą, drugie było w krajach okupowanych zdradą karaną przez podziemie, w Polsce przez ogolenie głowy, a nawet wykonanie kary śmierci. Po wojnie ludzie chcieli uciec w normalność i wrócić do tradycyjnej moralności. Gdzież więc znalazłby się ktoś, kto umiałby zobaczyć w ich losie cierpienie? Zresztą czy nie był on kontynuacją tradycji starej jak ludzkość, stanowiącej, że kobieta jest jeszcze jednym łupem zwycięskich armii?

Niemcy są uczuleni na wojenne losy kobiet. Najważniejszą częścią niemieckiej traumy II wojny światowej obok nalotów aliantów na niemieckie miasta są gwałty, bicie i mordowanie niemieckich kobiet przez Armię Czerwoną. Gwałty są nierozerwalnie związane z historią wypędzenia, przewijają się jak mantra we wszystkich wspomnieniach z tamtego czasu. Ponadto w Niemczech od wielu lat działają ośrodki naukowe badające zajmujące się kwestiami kobiecymi, w tym ich wojennymi losami. Ślady nazistowskich zbrodni tropią liczne instytucje żydowskie poświęcające dużo miejsca kobietom. Powoli udaje się przełamywać tabu.

Ile było ofiar?

Ogólną liczbę kobiet zmuszanych do prostytucji szacuje się na mniej więcej 35 tysięcy w około 500 domach publicznych rozrzuconych od Francji po Rosję. Ile było wśród nich Polek? Nie wiadomo.

Dramat Polek zmuszanych do prostytucji, bitych i mordowanych wciąż czeka na dokładne badania. Źródeł jest sporo, choć są niepełne. Niemieckie dokumenty zamknięte w archiwach, również na terenie Polski, czekają na wykorzystanie, podobnie jak relacje świadków: więźniarek i więźniów obozów koncentracyjnych, żołnierzy Wehrmachtu i SS. Chętnych jednak jest mało. Piotr Cetkiewicz, szef archiwum muzeum w Oświęcimiu, mówi, że nie odwiedził go do tej pory żaden polski naukowiec zainteresowany problemem prostytucji w obozach koncentracyjnych.

W 1992 roku ukazało się tłumaczenie na polski książki pod tytułem "Dom Lalek" izraelskiego autora ukrywającego się pod pseudonimem Ka-tzetnik 135633, czyli więzień numer 135633. Jest to opowieść o żydowskiej gimnazjalistce wywiezionej z getta do obozowego domu publicznego oparta na prawdziwych losach siostry autora. Czternastoletnie prawie dziecko najpierw poddano sterylizacji, oznaczono tatuażem Feld-Hure, czyli dziwka polowa, a potem zamknięto w baraku zamienionym na dom publiczny dla żołnierzy i SS. Przeżyła cotygodniowe badania kończące się śmiercią dla każdej zarażonej chorobą weneryczną tylko po to, żeby popełnić wkrótce samobójstwo. Ta wstrząsająca lektura przeszła prawie niezauważona.

17.02.2005
16:03
smile
[54]

olivier [ unterfeldwebel ]

To nie może być, dzielny Heini był juz określany różnorako, a teraz jeszcze SSutener, a fee taki wstyd.

17.02.2005
22:37
[55]

janko [ Konsul ]

Byłem, Oli, byłem cały czas ale czepiać się nie było czego :o))
Z tym sojuszem z Rzeszą to pomysł ciekawy, ale raczej z gatunku ówczesnego political fiction - dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie był możliwy sojusz z ZSRR. Politykę zagraniczną Polski charakteryzowała koncepcja dwóch wrogów (uzasadniona historycznie, przy bardzo świeżych doświadczeniach) i to ją dominowało. I trudno powiedzieć czy był to brak realizmu politycznego. Polska międzywojenna była stracona z definicji - taki układ wytworzył się po I wojnie. Ale jeśli nawet odrzucimy ówczesne realia - sojusz ze Stalinem powodował "naturalne" zdominowanie przez sowietów czyli los Polski nie różniłby się od tego jaki był po '45 (zresztą sojusz taki to fikcja na 300% bo obóz władzy - piłsudczycy - byli piekielnie antysowieccy a więc po co to w ogóle rozważać). A z Hitlerem, cóż... oczywiście polski minister spraw zagranicznych nie mógł znać przyszłości ale chyba postapił słusznie nie paktując z Niemcami. Gdyby jednak to bylibyśmy najwazniejszym ale jednym z wielu sojuszników NIemiec, razem z Wegrami, Rumunami, Finami itd. Ale byłoby pewnie ciekawie: wojna Osi z ZSRR zaczęła by się wczesniej i to 12 Dywizja Piechoty pod dowództwem młodego pułkownika Berlinga pierwsza weszła do Smoleńska, dywizon 303 latałby na Me109, operacja Saturn rozbiłaby II i III armię polską pod dowództwem generałów Sosnkowskiego i Andersa, pod Kurskiem walczyłoby 150 czołgów z Korpusu pancernego Maczka, niestety tylko na PzIII bo czwórki niemcy mieli tylko dla siebie, obrona Lwowa wiosną '44 byłaby piekną kartą bohaterstwa ludnosci cywilnej, cóż, jednak nikt potem im już nie zbudował cmentarza Orląt.... ale i nie byłoby Auschwitz tylko Oświęcim gdzie do komór gazowych cyklon sypaliby polscy strażnicy... I wiele innych zdarzeń miałoby miejsce, ale Jałta odbyła by się, z tą różnicą, że Churchill i Roosvelt nie mieliby kłopotów z Mikołajczykiem, tak jak nie mieli z Horthy'm.... I Warszawa by spłonęła w czasie heroicznej walki Polaków o stolicę jesienią '44, po pierwszych nieudanych próbach forsowania Wisły przez Rokossowskiego, po tym jak Stalin poprosił sojuszników o pomoc a ci przez 11 dni (od 2.10. - do 13.10.) obracali miasto w stos płonących gruzów w nieustających nalotach dywanowych.... i Kraków, jako ważny węzeł komunikacyjny, podzieliłby ten los na pół roku przed Dreznem.... a potem nastała by sowiecka okupacja, jeszcze krwawsza niż rzeczywista, bo i zemsta na odwiecznym słowiańskim wrogu musiała być pouczająca.... Puściłem wodze fantazji ale wniosek mam jeden - Polska nie miała szans, w żadnej konfiguracji. Po prostu nie była partnerem dla żadnej ze stron, które wtedy trzymały karty.... szkoda w sumie...

18.02.2005
07:41
[56]

U-boot [ Karl Dönitz ]

janko --> ciekawa wizja, lecz chyba zbyt czarna

Czemu zakładasz, ze wszystko skonczyoby się tak jak nas uczono ?
Skoro hitler dogadał się z Polakami, to może i z anglikami ? A moze nie zaatakowałby ich ? A Ci z kolei nie wypowiedzieliby wojny Niemcom 3.09, wszak Polska nie byłaby napadnieta ?
Wojska Osi walczyłyby zatem na jednym froncie, a pod Kurskiem nasi pancerniacy Maczka na Panterach (niby czemu Niemcy mieliby je trzymać tylko dla siebie ? Przeciez Me-109 i inny sprzęt był sprzedawany do państw sojuszniczych) tratowaliby Rosjan, a potem byłby Ural i Wielki mur :-)
Dywizjon 300 cały czas by nocami bombardował, 307 niszczył rosyjskie maszyny nad naszymi miastami a ORP Gryf minował podejscia do rosyjskich portów.

Pozdrowionka

18.02.2005
12:19
[57]

olivier [ unterfeldwebel ]

Hehehe, ciekawie napisane. Moim zdaniem tak naprawdę to zasadniczych różnic jeśli chodzi o nas i Rosjan by nie było, poza jedną: po wojnie Polska nie dojrz że straciłaby ziemie wschodnie to nie uzyskałaby ziem zachodnich, nasz los powojenny mógłby być smutniejszy niż był. Jeśli chodzi o przechodzący front to Rosjanie nie robili różnic, ziemie polskie byly traktowane jako Rzesza, AK jako volksturm, miasta i infrastruktura jako własność niemiecka czyli łup wojenny. Widzisz Janko, Armia Krajowa walczyłaby przynajmniej jako Regularne Wojsko zmiast składać broń jako partyzanci.
Jeśli chodzi o relacje z Niemcami to musiałyby zostać nawiązane już w latach 30, tylko wtedy nasza pozycja mogłaby być dostatecznie silna by Hitlerek nas nie wycyckał, gdyby sojusz miał miejsce dopiero przy sławetnej propozycji o Gdańsk i korytarz to już by nie miało dla Polski większego sensu. Hitler cenił sojuszników nawet tak słabych jak Węgry czy Rumunia, Polska byłaby dla niego skarbem może nie aż takim jak Włochy ale zaraz po nich. O postrzeganiu polskiej armii już pisałem, oczywiście niezbędna byłaby wielka modernizacja. Wtedy w przypadku wojny z ZSRR nawet 0,5 miliona żołnierzy Armii Polskiej znaczyło by więcej niż 5 milionów Polaków w mundurach niemieckich lub żołnierzy Włoskich, oczywiście gdyby Hitler dorósł, znając losy jeńców radzieckich jeszcze w 1942 roku można mieć wątpliwości.
Jedno jest pewne "do komór gazowych cyklon sypaliby polscy strażnicy", to mogłoby nam mocno zaszkodzić na wiele wiele powojennych lat. Notabene nie tylko w Polsce niezbyt już się rozróznia nazwę Auschwitz i Oświęcim, a powinna zostać tam na zawsze ta pierwsza - w niszczeniu niemieckości powojenne władze polskie posunęły się tak daleko, że dziś historia się z nas śmieje.

Hitler chiał wojny z Francją, a tym samym musiałby walczyć z Anglią, atak na ZSRR byłby tak czy inaczej ale drugiej kolejności po wykończeniu zachodu, zbyt potężny był to wróg by się na niego rzucać bez przygotowania i doświadczeń bitewnych.

PS. Dla ścisłości, Pz IV używali sojusznicy (Węgrzy, Rumuni) ale już Pantery Niemcy mieli tylko dla siebie, lżejszych czołgów niemieckich zasadniczo sojusznicy nie używali .

18.02.2005
13:10
[58]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Oli --> znowu troszkę czarno to widzisz.

Wiele państw współpracowało z Niemcami na wielką skalę, czy któreś poniosło za to jakieś straszne konsekwencję ?
Rumunia, Finlandia, Węgry, Bułgaria wspierały Niemców a po wojnie wpadly w ręce Rosjan - jakoś nie słyszałem aby byli traktowani gorzej niż Polska, która brzydziła się kolaboracją.
To samo tyczy się państw, które wpadły w ręce zachodznich aliantów (Francja, Norwegia, Włochym, Hiszpania).

Więc dlaczego Polska miałaby być potraktowanan inaczej ??

Jaki sprzęt używali sojusznicy możemy wiedzieć lub doczytać, ale tutaj przeciez teoretyzujemy, czemu zatem Pantery nie miałby miec orła na kadłubie ?? A nawet jeśli już, to tylko brak ilościowy sprzętu był tutaj zapewne ograniczeniem.
A przeciez przemysł polski pracujący bez zniszczeń 39 roku dobrowolnie dla dobra armi niemieckiej i polskiej dostarczyłby wiele uzbrojenia (brak sabotażu). Armia Niemiecka nie musiałaby trzymać w naszych granicach garnizonów, itd, itp - same korzyści dla Niemców

Nalezało tylko przekonać Polskę do misji dziejowej - Zwalczanie Bolszewizmu !!

No ale Hitler nie potrafił wykorzystać tego co dawała mu opatrzność, jency rosyjscy gineli, tereny okupowane były pod ciągłym terrorem a przeciez inna polityka mogła zmienić wiele.

Pozdrowionka

18.02.2005
13:31
smile
[59]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Hitler chciał by Polska weszła do Paktu Antykominternowskiego, za Gdańsk (i tak nie nasz) i słynny korytarz mieliśmy dostać przy podziale łupów coś tam z Ukrainy (w pamiętnikach Lipskiego jest trochę na ten temat)... tyle że to Polska nie chciała się wplątać w wojnę a Hitler by móc uderzyć za ZSRR musiał albo Polskę zająć albo pozyskać jako sojusznika. Skoro jedna droga zawiodła pozostała druga...

Tylko gdyby Polska wpadła w orbitę Niemiec to zarówno Anglia jak i Francja nie przyglądałyby się obojętnie rosnącej potędze Niemiec i pewnie zamiast paktu Ribbentrop-Mołotow mielibyśmy odnowienie Entente Cordiale...

18.02.2005
13:41
smile
[60]

matchaus [ Legend ]

el f ---> Dobrze, że Cię widzę :)
Szukasz cały czas Demarczykowej? :)

18.02.2005
13:47
smile
[61]

el f [ RONIN-SARMATA ]

matchaus - zawsze jak jestem w Media czy EMPiKu to patrzę, póki co bezskutecznie...

18.02.2005
14:11
[62]

janko [ Konsul ]

Lubię takie dyskusje... czytaliście "Alterland" Wolskiego? No to przeczytajcie. Książka średnia, szczególenie zakończenie rozczarowuje ale wizja - wspaniała! Nie ma granic dla wyobraźni, wszystko jest mozliwe - Matrix jest wielki.
Odpowiem, a raczej przyłączę się zbiorczo:
U-boot, jestem jednak zwolennikiem czarnej wersji tej historii alternatywnej. Nie napisałem w "wizji", że jakiekolwiek działania wojenne miałyby miejsce na zachodzie. Ale Efl trafił w dziesiątkę - gra przeciż szła o dominację w Europie i nad koloniami a więc nad większą częścią świata. Nie bez powodu Rommel ganiał się z Anglikami w Afryce (kanał Sueski!!!). Churchill czy wcześniej Chamberlain, nie mogąc zneutralizować Polaków (a w gruncie rzeczy tym były gwarancje z '39 i wczesniejsze obietnice) uznaliby nas za wrogów, ze wszystkimi konsekwencjami. Zwycięstwo Niemiec i sojuszników (UE nr 1) na ZSRR byłoby początkiem końca Imperium, nad którym słońce nie zachodzi. Dla USA też nie byłoby to na rękę, Ententa powstałaby więc na pewno. Fakt, pytanie otwarte jak by się to wszystko skończyło, piekielnie ważna jest zmienna czasowa czyli kiedy Anglia, Francja weszłyby do akcji, no i kiedy USA.
Olivier - co do sprzętu nie wypowiadam się bo się nie znam, a pancerniaków Maczka posadziłem w PzIII bo mi tak pasowało do dramaturgii opisu. Niech będzie, że walczyli na PzIV i nawet Panterach, a nawet na Tygrysach Królewskich, no bo przecież przy tym potencjale Niemcy zbudowaliby ten czołg dużo wcześniej (no i oczywiście szarża naszych pancerniaków na tych Tygrysach przełamała impas pod Prochorowką, przez co odwód Frontu Stepowego musiał przesunąć się na południe a co umożliwiło uderzenie niemieckiej 9 Armii spod Orła na wschód. Jak to się wszystko skończyło - wiemy: państwa Osi rozłożyły zimowe leże 1943 znów o 70 km od Moskwy a Stalin nie miał już syberyjskich odwodów). Ha, ha to był ukłon w stronę optymizmu U-boota!!!
Jesli chodzi o resztę to, Olivier, zgadzam się z Tobą, no poza może AK, bo AK by nie było tylko polskie dywizje wyposażone w niemiecki sprzęt i niemiecko-polskie braterstwo broni, cmentarze z innymi nazwiskami na grobach, pomniki z innymi napisami, inne czołgi na postumentach... i tylko cierpienie ludzi pozostało by to samo....

18.02.2005
14:17
smile
[63]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Janko - pamiętajmy że do rozbicia Polski , Rumunia była profrancuska a nie proniemiecka, pamiętajmy że Węgry weszły do Barbarossy dopiero po prowokacjach rumuńsko-niemieckich (w czym znaczący udział miały nasze Łosie).
Moim zdaniem, porównując potencjał militarny koalicji Rzeszy i Polski plus ewentualnie Węgier (więcej chętnych nie widzę) do sił koalicji sowiecko-francusko-brytyjskiej to... USA nie miałyby po co interweniować w Europie... no chyba że po stronie Osi ;-)

18.02.2005
14:28
smile
[64]

matchaus [ Legend ]

BTW (another one :)

el f ---> Mogę ulżyć Twemu oczekiwaniu na srebrny krążek i gdzieś (?) podesłać wersję "demo" owej płytki :)

18.02.2005
14:32
[65]

janko [ Konsul ]

Dlatego napisałem, że nie mozna określić która ze stron mogła to starcie wygrać. Ważny byłby czas! Natomiast, Elf, tzw. potencjał militarny Polski to było wyłącznie mięso armatnie i żywność. To dużo ale nie wszystko. Na pewno żołnierz polski to niezły żołnierz, jakby bił czerwonego to na pewno byłby jeszcze lepszy. A co do siły koalicji anglo, francusko-sowieckiej to nie możesz jej nie nie doceniać. W realnym świecie ZSRR wspomagane materiałowo przez USA i Anglię dało sobie radę z Niemcami. Pamiętaj, że dla Niemiec pracował potencjał wysoko uprzemysłowinej Francji, czego by w naszej alternatywie nie było (raczej). Jesteś pewien, że potencjał Polski przeważyłby na korzyść Osi gdy alianci by mieli potencjał militarny (średni) i gospodarczy (duży) Francji. A USA słałoby morzem te studebakery do Rosji? Eeee, wątpię...
My tu gadu gadu a robota leży :o/

18.02.2005
14:40
smile
[66]

olivier [ unterfeldwebel ]

Ha jakie piekne rewolucyjne teorie, gdyby tak móc cofnąć czas...:p

Trochę jednak za mocno idealizujemy. Ideę może były i słuszne, trzeba jednak pamiętać że całe to brunatne towarzystwo u steru Rzeszy nie było grupą światłych ideowców ale mocno paskudną kliką, ta cała ciemna strona III Rzeszy nie wyszła przecież spontanicznie ale była starannie zorganizowanym programem, nawet jeśli najwyższe kierownictwo nie pociągało za sznurki to był nacisk i świadomość czego się oczekuje, Goebbels zdziałał więcej niż Himmler. Ja nie wiem czy znowu bolszewizm był większym zagrożeniem od tego co by się działo gdyby Rzesza zapanowała w Europie, skoro ledwie w ciągu kilku lat cywilizowany naród zmienil sie w barbarzyńców..

18.02.2005
14:55
smile
[67]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Matchaus - dzięki wielkie, wysłałem do Ciebie maila :-)


Janko - toż o tym pisałem, moim zdaniem gdyby doszło do sojuszu Rzeszy i Polski np wiosną 39 to sowiecki walec toczyłby się jesienią przez Rzeszę a sojusznicy w Paryżu i Londynie dawali by na msze by wyhamował na Linii Maginota ;-)

23.02.2005
10:09
smile
[68]

Ghost2 [ Panzerjäger ]

Mackay! Przesyłkę otrzymałem i materiały zapowiadają b.ciekawie - na razie zdążyłem przejrzeć tylko dane o Ju-88, gdzie m.in. było dużo ciekawych ilustracji, których jeszcze nie miałem okazji widzieć. W każdym razie, bardzo dziękuję!

25.02.2005
14:38
[69]

janko [ Konsul ]

Olivier - w swoim mailu sprzed tygodnia napisałeś wielką prawdę - podobnie jak nie można nazywać Rosjan wyzwolicielami spod wiadomego jarzma, tak i w żadnym razie nie możemy twierdzić, że Niemcami powodowała szlachetna paneuropejska idea obrony tradycji przed zalewem dziczy ze wschodu. Owszem, po połowie '43 a propagandowo po Stalingradzie, Niemcy zaczęli karmić swój naród (i inne, podbite siłą[sic!]) wizją azjatyzacji Europy, ale przecież wiadomo, że u podstaw polityki niemiec w tamtym czasie (i wiele lat wczesniej) leżała chęć zdominowania kontynentu. I tyle. A brunatna klika w ogóle doprowadziła to co można by było ostatecznie obronić jako niemiecką politykę imperialną (Anglia niczego innego nie robiła przez wcześniejsze 200 lat a jest ostoją "ducha europejskiego" do dziś) do krwawego, nacjonalistycznego absurdu.
Niestety, na tę wojnę nie da się patrzeć w jednym wymiarze. W tym tkwi problem i sedno naszych, akademicko - fantastycznych sporów.
J.

02.03.2005
22:06
smile
[70]

T_bone [ Generalleutnant ]

Jeśli to kogoś zainteresuje to można już ściągać Gold Juno Sword 4.4.

Nowe mapy także na CSO.

03.03.2005
15:49
[71]

CATAN [ Pretorianin ]

a czym się różni od tych starszych wersji? nie pamiętam w którą, ale daaawno grałem, jakieś konkretne zmiany? A grałeś w Red Storm over Europe?

03.03.2005
17:34
[72]

T_bone [ Generalleutnant ]

Zmiany pod linkiem:
https://www.wargamer.com/Hosted/CloseCombatGJS/GJSv441.htm

Catan---> Red Storm Rising grałem tylko starą wersję.

Ściągnąłem już mapy, teraz ściągam plugina. Mod ma wbudowane dodatkowe vet mody... dziś tak z nostalgią czytałem kilka dawnych raportów z ostatniej wielkiej kampanii CC i okolice...

04.03.2005
12:29
smile
[73]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

T_bone----> gdzie moge dorwac mod "Droge do Bagdadu" CC5

04.03.2005
14:07
[74]

T_bone [ Generalleutnant ]

Krwawy---> To osobna gra, dość kiepska zresztą.

04.03.2005
15:05
smile
[75]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

T_bone---> nawet na dlugie morskie wieczory?? Ilez mozna pic :D

09.03.2005
09:19
[76]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Wczoraj w godzinach wieczornych wrogie wojska hitlerowskie dowodzone przez gen. Krwawego przystąpiły do szturmu

09.03.2005
09:27
[77]

U-boot [ Karl Dönitz ]

W ciężkich walkach osłonowych waleczna armia Czerowna zadała straty najeźdzcy,

Już nie każdy będzie mógł poklepac żonę czy też podrapać się po jajkach :-))

Jednak wielu żołnierzy, synów rosyjskiej ziemi poległo - dalsze losy świata są niepewne
Jedyna nadzieja w Towarzyszu Józefie S.

Pozdrowionka

09.03.2005
09:29
smile
[78]

Lim [ Senator ]

no i...no i co dalej Ubi ?
W wekeend planuje rozegrać kilka pancernych potyczek w CC III - jestem przekonany, że mój sparingpartner wykaże się odwagą i pomysłowością.
Raport oczywiście zamieszczę ;)

09.03.2005
10:32
smile
[79]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Ministerstwo Propagandy:

08.03.05 W godzinach późno wieczornych nasza niezwyciężona armia rozpoczęła generalny atak na „pewne miasto w zapomnianej części Rosji”.
Przy niewielkich stratach wojska nasze dokonały głębokich wyłomów w silnie umocnionej obronie armii rosyjskiej.
W związku z tak ogromnymi postępami na dzień 18.03.05 rozesłane zostały zaproszenia na defiladę zwycięstwa.

Naczelny referent Frank Flashe


DLATEGO TEZ I TY MOŻESZ PRZYCZYNIC SIĘ DO OSTATECZNEGO ZWYCIESTWA WSTAP DO NASZEJ ARMII

10.03.2005
10:15
[80]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Oto przesłanie dla niemieckich żołnierzy:

Wrócicie do domów, a nie będziemy Was ścigać,

W przeciwnym razie wszelki słuch o Was zaginie !!


Z Konsomolskim Pozdrowieniem

- Józek

11.03.2005
16:39
[81]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Witam

Dziś w Makro zakupilem Close Combat 5 za jedyne 16 PLN z małymi groszami :-))

Krwawy --> znalazłem Twego Frank Flashe, Naczelnego referenta, nie wygląda zbyt szczęsliwie :-D

Pozdrowionka

12.03.2005
13:19
smile
[82]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Ministerstwo propagandy Rzeszy:

Dementujemy pogloski radzieckich propagandzistow o zaginieciu Franka Flashe.

Naczelny referent Frank Flashe.

Ps. Miejsce lokalizacji Berlin

15.03.2005
17:46
smile
[83]

olivier [ unterfeldwebel ]

Koxkox znalazł pewną intrygującą witrynę. Coś na zachęte:

Szeregowiec Ryan

Film opowiada o losach żołnierzy z czasów 2 wojny światowej. Rozpoczyna się 6 czerwca, a dokładniej w dniu inwazji alianckiej w celu odbicia normandii (normandia-kraina geograficzna we francji) z rąk niemiec. Żołnierze ci dostali od najwyższego dowódctwa rozkaz uratowania szeregowego Ryana z powodu śmierci jego 3 braci: Shona, Daniela i Pitera.I tak pod dowódctwem kapitana Millera siedmiu żołnierzy:Sierżant Horvat, Kapral Upham, Szeregowiec Melisch, Szeregowiec Caparso, szeregowiec Reiben, szeregowiec Jackson i Szeregowiec Wadę muszą stawić czoła niemcom. Prowadzą oni przy okazji konkurs na cywilne zajęcie kapitana. Stosują również wspaniale powiedzenie Po.Po.Lu.Po. co znaczy: popieprzone ponad ludzkie pojęcie. Ratując Ryana, na swojej ścieżce wojennej napotykają oni różne oddziały alianckie, sniperów a także ufortyfikowane formy obrony niemieckiej. (Wielu ludzi zginie ratując szeregowego Jamesa Ryana ale przynajmniej pani Ryan będzie miała ulgę z powodu życia najmłodszego syna a zarazem James będzie mógł w przyszłości uratować wiele istnień ludzkich.-Tymi słowami pociesza siebie i innych Kapitan Miller). Na mnie film wywarł ogromne wrażenie. Szczególnie swoimi efektami i realizmem. Poza tym świetny wątek dramatyczny. Mało jest filmów w których można zżyć się z bohaterami. Tutaj miejscami płakać można z powodu śmierci. Jednak najlepsze w tym filmie jest PoPoLuPo.

15.03.2005
18:10
[84]

U-boot [ Karl Dönitz ]

Witam

Oli --> żyjesz ?

W mojej wersji wspomnianego filmu to słowo było tłumaczone jako:

P.Ż.E.G.M.A. - popieprzone, ze głowa mała :-))

Jak widać co kraj to obyczaj :-DD

Pozdrowionka

15.03.2005
18:18
[85]

olivier [ unterfeldwebel ]

Ubi. Żyję, ale jak wszyscy, krąże m.in. w galaktyce ogame.

15.03.2005
18:20
smile
[86]

olivier [ unterfeldwebel ]

O ile pamiętam w moejj wersji filmu, zgodnie z logiką nikt nie wazył się tłumaczyć skrótu FUBAR na polski, tak jak nie tłumaczy się WC:) A kojarzy mi się ten skrót: Jak zwykle wszytsko się popieprzyło/spier.../zjeb... :p

16.03.2005
11:20
smile
[87]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Panowie znawcy
Coz to za cudo??

16.03.2005
11:32
[88]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Krwawy - Matylda II

16.03.2005
11:34
smile
[89]

koxbox [ ]

i bez wodza sie obeszlo

16.03.2005
13:25
smile
[90]

Wozu [ Panzerjäger Raider ]

Melduje, ze:
1. mialem dzis szkolenie w godzinach porannych :)
2. pytania sa tendencyjne :o))).
3. moj wywiad namierzyl taka oto maszyne --------------------->
Jak widac, zaden Jabo im nie straszny :-D

16.03.2005
13:39
smile
[91]

el f [ RONIN-SARMATA ]

Wozu - ale maszkaron... to chyba z jakiegoś polowego kabaretu ;-)

16.03.2005
15:41
smile
[92]

Wozu [ Panzerjäger Raider ]

el f -> Ech, tam... Ladnie to wyglada, FlaK 37 to byla nie mala sila na nisko przelatujace samoloty, dziury moglo ladne porobic szczece P-40 czy w elipsach Spitfire'a ;). Co mnie intryguje, to kaemy. Nie jestem pewien czy to przystosowane do strzelania do celow powietrznych (duze celowniki u nasady lufy) MG34 czy Luftwaflowe (kto pamieta ten watek z CM, to zrozumie czemu tak napisalem ;)) MG15. Na dodatek zamontowane sa na nich Doppeltrommel'y (zdwojone, bebnowe magazynki).

17.03.2005
09:47
smile
[93]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Dalej znawcy...

17.03.2005
09:53
[94]

Yaca Killer [ **** ]

Chyba tylko sowieci mogli mieć taka fantazję :)

17.03.2005
09:58
smile
[95]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Ministerstwo Propagandy Rzeszy:

W dniu wczorajszym nasza niezwyciężona armia dokonała znacznych wyłomów w obronie rosyjskiej. W południowej części „zapomnianego miasta” doszło do gwałtownych i krwawych walk, wyniku, których nasze oddziały zajęły kilka ważnych strategicznie punktów.

17.03.2005
09:59
[96]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Na północnym odcinku frontu jednostki przemieszczają się nie napotykając oporu.

17.03.2005
10:01
smile
[97]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Sztab generalny w trosce o ciągłość zaopatrzenia walczących oddziałów, robi co może, aby sprostać wyzwaniu.

17.03.2005
10:02
smile
[98]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Z powodu choroby naszego wodza defilada zostanie przesunięta w bliżej nieokreślony termin.

17.03.2005
10:06
smile
[99]

Krwawy [ Generaďż˝ ]

Naczelny referent Frank Flashe

17.03.2005
12:53
smile
[100]

Wozu [ Panzerjäger Raider ]

Zawsze mialem problemy, czy jest to SMK czy T-100 (jakos zapamietac nie potrafilem).
Mimo wszystko, jednak jest to ruski SMK :).

Przygotowania do defilady trwaja, na zdjeciu SPW, czyli Speerpanzerwanne :D

17.03.2005
13:02
smile
[101]

Ghost2 [ Panzerjäger ]

Następne nudy -> osiągalne poniżej

© 2000-2026 GRY-OnLine S.A.