GRY-Online.pl --> Archiwum Forum

Dla lubiących E. A. Poe i nie tylko

06.01.2002
11:01
[1]

Adamus [ Gladiator ]

Dla lubiących E. A. Poe i nie tylko

Dla wszystkich, którzy lubia mroczne klimaty i pana Poe mam tu ciekawe opowiadanie. Ponieważ od jego śmierci upłunęło juz grubo ponad 50 lat, to praw atorskich juz chyba nie ma ;-)

Studnia i wahadło


"Impia tortorum longos his turba furores,
Sanguinis innocui non satiata, aluit.
Sospite nune patria, fracto nunc funeńs antro,
Mors ubi dirafuit uita saluscfue patent".

(czterowiersz przeznaczony dla bramy rynku, który miał po-
wstać na miejscu klubu jakobinów w Paryżu).

Zmiażdżyła mnie, śmiertelnie zmiażdżyła ta długo-
trwała agonia i gdy nareszcie pozbawiono mię więzów
i pozwolono przybrać postawę siedzącą, uczułem, że tra-
cę zmysły. Wyrok - okrutny wyrok śmierci - był ostatnim,
z umysłu dobitnie wymówionym zdaniem, które dosięgło
mych uszu. Po czym wydało mi się, iż brzmienia głosów
inkwizytorskich grążą się w bezbrzeżnej gędźbie maja-
czeń. Ów zgiełk narzucił mej duszy poczucie kołowrotu -
zapewne z tej przyczyny, żem go marzeniem przysnuł do
koła młyńskiego. Ale to trwało jedno okamgnienie, gdyż
oto nagle zaniesłyszałem. Zachowałem jednak przez czas
pewien jeszcze zdolność widzenia, lecz jakże straszliwie
zolbrzymioną! Widziałem wargi sąsiadów, sędziów czar-
no ubranych. Jawiły mi się - białe, bielsze niż papier, na
draperii czarnych, które przesłaniały ściany komnaty.
A potem wzrok mój upadł na siedem wielkich świateł,
utwierdzonych na stole. Zrazu przybrały postać Miłosier-
dzia i zjawiły mi się jako biali a smukli aniołowie, którzy
mi niosą zbawienie. Lecz nagle, ni stąd - ni zowąd, śmier-
telna odraza wtargnęła do mej duszy i każde źdźbło mej
istoty zadrżało, jakbym się zetknął z drutem stosu Wolty
- i kształty anielskie przedzierzgnęły się w widma bez
znaczenia, w posiadaczy łbów ognistych, i zrozumiałem,
że nie mogę od nich oczekiwać żadnej pomocy. I wówczas
do mej wyobraźni, na kształt zbytkownej nuty muzycznej,
wsunęła się myśl o wybornym spoczynku, który nas cze-
ka w mogile. Myśl ta przyszła ciszkiem i ukradkiem, i wy-
dało mi się, że niemało czasu zużyć muszę na to, aby jej
do dna pokosztować. Lecz w tej samej chwili, gdy duch
mój zaczął nareszcie głęboko wyczuwać i wypieszczać
myśl ową, twarze sędziów sczezły jak na skinienie różdż-
ki magicznej, w nic się rozwiały wielkie płomienie, ich
światło wygasło doszczętnie, nastała ciemność ciemności
- wszelkie czucia zdawały się chłonąć wzajem bez reszty
jak podczas szaleńczego i zawrotnego nura, którego daje
dusza w Hadesie. I nic nie zostało z wszechświata prócz
nocy, milczenia i bezruchu.
Zemdlałem - nie powiem jednak, abym zatracił wszy-
stką świadomość. Próżno byś się starał określić lub nawet
opisać to, co mi z niej zostało. Lecz - koniec końcem - nie
wszystko było stracone. W śnie najgłębszym - też nie
wszystko! W obłędzie — nie wszystko! W zemdleniu — nie
wszystko! W śmierci - nie wszystko! Nawet w grobie nie
wszystko bywa stracone! W przeciwnym razie zabrakłoby
nieśmiertelności dla człowieka. Budząc się z najgłębszego
snu, rozrywamy tkaninę pajęczą jakiegoś widzenia. Lecz
po chwili - (tak kruchą zapewne jest owa tkanina) - nie
pamiętamy o naszej przynależności do widzeń. Powra-
cając po utracie zmysłów do rzeczywistości, kroczymy po
dwóch szczeblach - na pierwszym doznajemy istnienia
myśli i ducha, na drugim - istnienia ciała. Gdybyśmy, sta-
nąwszy na drugim szczeblu, mogli odtworzyć doznania
pierwszego, wykrylibyśmy w nich według wszelkiego
zda się, prawdopodobieństwa wszystek zasób wymow-
nych wspomnień o zaświatowej otchłani. Czymże jest
owa otchłań? Do jakich uciekniemy się sposobów, aby
odróżnić przynajmniej jej cienie od cieniów mogilnych?
Wszakże doznania tego, com nazwał pierwszym szcze-
blem, jeśli nie powracają na skinienie woli, czyliż nato-
miast nie jawią się po dłuższej przerwie - zgoła nieproszo-
ne - podczas gdy się dziwimy, skąd im przybywać dano?
Nie ten, co zmysłów nigdy nie stracił, odkrywa dziwne
pałace i cudacznie znajome twarze w żużlach gorejących.
Nie jemu dano oglądać - snujące się w powietrzu - melan-
cholijne sny, których człowiek gminny dostrzec nie potra-
fi. I nie jemu dano rozmyślać o woni jakiegoś nieznanego
kwiecia ani też obłąkać swej myśli tajemnicą rytmu, który
dotąd jeszcze nie udzielił się jego uwadze.

W czasie częstych i natężonych prób usilnego zdążania
do wytropienia stanu pozornego niebytu, kędym był du-
chem przeniknął, zdarzały się chwile, że roiłem spełnienie
mych zamiarów. Zdarzały się przelotne mgnienia, gdy
wyczarowywałem pokłady wspomnień, które mój rozum,
rozjaśniony w następnym okresie czasu, nieodparcie spo-
krewnią! ze stanem ducha, zabarwionym na pozór zani-
kiem świadomości. Cienie owych wspomnień jednoczą
się dla mnie bardzo wyraźnie z wielkimi postaciami, które
mię dźwignęły wzwyż i niosły ku padołom - i raz jeszcze
ku padołom - wciąż niżej ku padołom, aż do chwili, gdy
potworny zawrót głowy ogarnął mnie na sarną myśl o nie-
skończoności owego opadania. Cienie owe wiążą się jed-
nocześnie w mej pamięci z jakimś trudnym do pochwyce-
nia, nieokreślonym lękiem, którego doznałem w sercu
z powodu właśnie nadprzyrodzonych tego serca uciśnień.

Potem następuje uczucie nagłego znieruchomienia
wszystkich istot dookolnych, jak gdyby dźwigacze mej
osoby - istny orszak widm! - przekroczyli w swym znij-
ściu kres bezkresu i przystanęli, pokonani bezcelowym
dłużeniem się swych wysiłków. Następnie pamięć moja
stwierdza dotyk czegoś oślizgłego i wilgotnego, aż w koń-
cu wszystko staje się tylko obłędem - obłędem pamięci,
która się miota u źródeł wstrętu.

Z błyskawiczną nagłością powracają do mnie - dźwięk
i ruch - ruch niespokojny serca i odgłos jego uderzeń
w mych uszach. Potem - przerwa, w której wszystko
pierzcha. Potem znowu - dźwięk, ruch i dotyk - niby na-
macalne drganie, nurtujące moją istotę. Potem gminne po-
czucie własnego istnienia - bez myśli - stan, który trwa
długo. Potem - przenagle - myśl i strach śmiertelny - i za-
palczywy wysiłek rzeczywistego zrozumienia tego, co się
ze mną dzieje. Potem gwałtowna żądza ponownej utraty
zmysłów. Potem nagłe odrodzenie duszy i udana próba
poruszenia ciałem. I wreszcie całkowite przypomnienie
sądu, draperii czarnych, wyroku, mojej niemocy i mego
zemdlenia. Wszystko, co nastąpiło po owej chwili, pochło-
nęło najzupełniejsze zapomnienie: dopiero w czasie
późniejszym, dzięki wznowionym do najwyższego stop-
nia wysiłkom, zdołałem to odtworzyć mgliście w pamięci.

Dotychczas nie rozwarłem oczu, czułem, że leżę na
wznak i bez więzów. Wyciągnąłem dłoń - i upadła ciężko
na jakąś wilgoć i stwardniałość.

Pozwoliłem jej wypocząć w ten sposób przez minut kil-
ka, usiłując odgadnąć, gdzie jestem i czym się stałem.
Spieszno mi było do korzystania z mych oczu, ale nie
śmiałem. Bałem się pierwszego spojrzenia po dookolnych
przedmiotach, nie dlatego, że się obawiałem widoku rze-
czy potwornych, jeno dlatego, żem się przeraził przypu-
szczeniem, iż nie zobaczę nic zgoła. Po upływie pewnego
czasu z bezrozumną rozpaczą serca otworzyłem oczy
znienacka. Sprawdziło się moje straszliwe przypuszcze-
nie. Otaczała mnie ciemność nocy wiekuistej. Zrobiłem
wysiłek, aby westchnąć. Zdawało mi się, że brzemię mro-
ków tłoczy mnie i dławi. Powietrze było nieznośnie ocię-
żałe. Leżałem nadal bez ruchu i zrobiłem wysiłek, aby po-
budzić myśl do działania.

Przywiodłem na pamięć praktyki inkwizycji i, poczyna-
jąc od tego punktu, starałem się zeń wysnuć - moje poło-
żenie obecne. Wyrok zapadł - i zdawało mi się, że od owej
chwili upłynęło sporo czasu. Mimo to nie przypuszczałem
ani na jedno okamgnienie, że jestem martwy naprawdę.

Tego rodzaju przypuszczenie - wbrew wszystkim wy-
mysłom literackim - jest zgoła nie połączone ze stanem
rzeczywistego istnienia. Gdzież tedy byłem i w jakim sta-
nie? Wiedziałem, że na śmierć skazani giną zazwyczaj na
autodafe. Jeden z takich uroczystych obrzędów spełniono
właśnie wieczorem - w dniu zapadnięcia mego wyroku.
Wtrąconoż mnie z powrotem do więzienia w tym celu,
abym wyczekiwał dnia kolejnej kaźni, który miał nastąpić
dopiero po upływie kilku miesięcy? Postrzeglem od razu,
że jest to niemożliwe. Wyrok skazańców podlega natych-
miastowemu wykonaniu. Prócz tego więzienie moje, jak
wszystkie cele skazanych na śmierć w Toledo, miało
podłogę kamienną i światłu niezupełnie wzbraniano do-
stępu. Nagle straszliwy domysł spłoszył mą krew tak, że
falami uszła do serca, i na chwil kilka straciłem znowu
przytomność. Odzyskawszy zmysły, jednym rzutem ze-
rwałem się na równe nogi, drżąc konwulsyjnie na całym
ciele. Bezrozumnie wyciągnąłem dłonie i wzwyż - i wo-
kół - i gdziekolwiek. Bałem się wszakże kroku jednego
uczynić; lęk mię chwycił, że utkwię na ścianach mego gro-
bowca. Pot występował ze wszystkich szczelin mego cie-
nia i wielkimi, zimnymi kroplami wzbierał na mym czole.

Śmiertelna męka niepewności, dłużąc się, stawała się
czymś nie do zniesienia, i jąłem bacznie posuwać się
przed się, wyciągając dłonie i wyważając oczy z oczodo-
łów w nadziei pochwycenia nikłego choćby promyka
światła. Zrobiłem kilka kroków, lecz wokół była - ciem-
ność i próżnia. Westchnąłem swobodniej. Ostatecznie
przekonałem się, że los, który mi zgotowano, nie był tym
- najpotworniejszym. I wówczas, gdym w dalszym ciągu
posuwał się ku przodowi, tysiące niejasnych pogłosek
o okropnościach Toleda stłoczyły się bezładnie w mej pa-
mięci. Opowiadano sobie o tutejszych więzieniach rzeczy
niestworzone, które zawsze uważałem za bajki - a jednak
tak niestworzone i tak straszliwe, że tylko półgłosem moż-
na je było oznajmiać.

Czy przeznaczono mi śmierć głodową w tym podziem-
nym przybytku cieniów, czy też czeka mię, być może, los
jeszcze okrutniejszy? Znałem zbyt dobrze zwyczaje mych
sędziów, abym wątpił o tym, że rozwiązaniem zagadki
ma być śmierć - i na domiar śmierć poprzedzona męczar-
nią wyszukaną. Rodzaj śmierci i jej godzina - oto wszyst-
ko, co mię dręczyło i pochłaniało myśli. Moje wyciągnięte
przed się dłonie trafiły po pewnym czasie na mocny opór.
Był to mur ciosany, zda się, w kamieniu - bardzo śliski,
wilgotny i zimny. Posunąłem się dalej wzdłuż muru, stą-
pając z baczną nieufnością, powziętą z pewnych opowie-
ści zamierzchłych. Czynność ta nie dostarczyła mi bynaj-
mniej żadnego sposobu sprawdzenia rozmiarów mego
więzienia, gdyż mogłem obejść jego wnętrze i powrócić
bezwiednie do miejsca, skąd wyszedłem - taki bowiem
stopień nieskazitelności zdawała się osiągnąć jednorod-
ność muru! Dlatego też sięgnąłem po nóż, który miałem
w kieszeni wówczas, gdy mnie stawiano przed trybuna-
łem, lecz noża zabrakło, gdyż ubranie moje zastąpiono
szatą z grubej szarży. Powziąłem myśl wbicia ostrza w ja-
kąkolwiek maluczką szparę muru, aby niezbicie ustalić
punkt mego wyjścia. Tak czy owak - miałem dość niezło-
żoną trudność do zwalczenia, na razie jednak wydała mi
się niepokonaną z powodu zamętu mych myśli. Zerwa-
łem część obrębu mej szaty i położyłem go na ziemi w ca-
łej jego rozciągłości i pod kątem prostym do muru. Po
omacku krocząc dalej obwodem mego więźnia, nie omie-
szkałbym chyba, dopełniwszy koła, trafić powrotnie na
ów łachman. Miałem przynajmniej taki zamiar, lecz nie
wziąłem pod uwagę rozmiarów mego więzienia czy też
raczej mojej niemocy. Grunt był wilgotny i śliski. Kroczy-
łem chwiejnie czas pewien, potknąłem się wreszcie i upa-
dłem. Ostateczne znużenie zdziałało, żem się z ziemi nie
podniósł i - tak poległego - ogarnął mnie wkrótce sen.

Ocknąwszy się ze snu, wyciągniętą przed się dłonią na-
macałem - chleb i dzban wody. Zbyt byłem wyczerpany,
aby się zastanowić nad tym szczegółem, lecz chciwie jąłem
gasić głód i pragnienie. Po upływie małej chwili - ponowi-
łem ma podróż naokoło więzienia i z wielkim trudem dotar-
łem do strzępa sukna. Już w chwili mego upadku zracho-
wałem pięćdziesiąt dwa kroki, zaś ponawiając wycieczkę,
doliczyłem jeszcze czterdzieści osiem w chwili zderzenia się
z mym łachmanem. Całość tedy stanowiła - sto kroków, zaś
licząc w przybliżeniu po dwa kroki na jeden jard, mniema-
łem, że więzienie moje ma pięćdziesiąt jardów w obwodzie.
Napotkałem wszakże sporo kątów w murze i przeto straci-
łem możność odgadnienia kształtu podziemia, nie mogłem
bowiem oprzeć się domysłom, że jest to podziemie.

Niezbyt wielką wagę przywiązywałem do tych poszu-
kiwań - wiedziałem jedno: żadnej znikąd nadziei, wszak-
że jakaś nieokreślona ciekawość zniewalała mię do dal-
szych prób tego rodzaju. Odsunąwszy się od muru, posta-
nowiłem przebyć powierzchnię zakreśloną obwodem.
W początkach posuwałem się naprzód z najwyższą oględ-
nością, bowiem grunt, mimo pozorów stałości, był zdra-
dliwy i lgnący. Po pewnym jednak czasie zdobyłem się na
odwagę i jąłem kroczyć ufnie, starając się utrzymać na li-
nii możliwie prostej. Postąpiłem mniej więcej dziesięć lub
dwanaście kroków, gdy nagle reszta obrębu, zdartego
z mej szaty, zgmatwała mi się między stopami. Uniosłem
stopy wzwyż i gwałtownie upadłem na twarz.

W popłochu mego upadku nie zauważyłem bezpośre-
dnio pewnej, dość zdumiewającej okoliczności, która
wszakże w kilku sekund potem, gdym jeszcze trwał roz-
postarty na ziemi, przykuła moja uwagę. Było tak: pod-
bródek mój tkwił na poziomie więzienia, lecz wargi i gór-
na część głowy, chociaż zdawały się znajdować poniżej
podbródka, nie stykały się z niczym. Jednocześnie zdawa-
ło mi się, że skronie mi opływa jakiś wyziew lepki, i że
swoisty zapach starych grzybów dosięga mych nozdrzy.
Wyciągnąłem dłoń i struchlałem stwierdzając, żem padł
na samo pobrzeże okrągłej studni, której rozmiarów w da-
nej chwili zbadać nie byłem w stanie.

Macając podmurze tuż pod ocembrowaniem, zdołałem
wyważyć drobny odłamek i cisnąłem go w przepaść.
Przez kilka chwil nasłuchiwałem jego odrzutów. Uderzał
w swym zlocie w ściany otchłani. Wreszcie dał w wodzie
śmiertelnego nura, popartego hucznym odgłosem. W tej
samej chwili coś mi skrzypnęło pod głową, jakby ktoś,
drzwi uchyliwszy, jednocześnie niemal zamknął, podczas
gdy nikły promień światła przeszył znienacka ciemności
i zgasł prawie w tym samym okamgnieniu.

Ujrzałem jasno zgotowany mi los i winszowałem sobie
szczęśliwego trafu, który mię ocalił. Jeszcze krok jeden -
a byłbym stracony dla świata. Śmierć owa, w porę usunię-
ta, miała te właśnie cechy, którem uważał za zmyśloną
i niedorzeczną część kleconych o Inkwizycji powieści.

Ofiary jej tyranii jeno do wyboru albo śmierć z najokrut-
niejszą agonią ciała, albo śmierć z najnieznośniejszymi tor-
turami ducha. Zachowano mnie dla tej ostatniej. Długie
cierpienie rozluźniło mi nerwy do takiego stopnia, że
drżałem na dźwięk własnego głosu i stałem się pod każ-
dym względem doskonałym przedmiotem tych tortur,
które mię czekały.

Drżąc na całym ciele, po omacku odszperałem drogę
powrotną do muru - godząc się raczej na śmierć, aniżeli
na stawianie czoła zgrozom owych studni, których ilość
wyobraźnia moja mnożyła teraz w pomroczach więzienia.
W innym stanie ducha - odważyłbym się na przerwanie
mej udręki — od razu — za pomocą nura w jednej z tych
otchłani, lecz w danej chwili byłem najnikczemniejszym
tchórzem. Ponadto - nie mogłem zapomnieć o tym, co
czytałem z powodu tych studni, a mianowicie - że piekiel-
ny geniusz, który tu uknuł swe pomysły, pilnie usunął
możliwość śmierci nagłej i niespodziewanej.

Niepokój ducha przez długie godziny zmuszał mię do
czuwania, lecz w końcu zmroczył mię sen ponowny. Bu-
dząc się ze snu, znalazłem u boku, jak za pierwszym ra-
zem - chleb i dzban wody. Trawiło mię skwarne pragnie-
nie, i opróżniłem dzban jednym tchem. Widocznie woda
była zaprawiona ziołami, gdyż niezwłocznie po wypiciu
zasnąłem nieprzezwyciężenie. Sen mię ogarnął głęboki -
sen, podobny do snu wiekuistego. Nie wiem, jak długo
trwał, lecz w chwili, gdy znowu oczy otworzyłem, rozwi-
dniły się wokół przedmioty. Osobliwe, siarkowe światło,
którego źródeł wykryć nie mogłem, pozwalało mi oglądać
rozmiary i postać mego więzienia. Pobłądziłem wielce
w ocenie jego objętości. Obwód murów wynosił najwyżej
dwadzieścia pięć jardów. Odkrycie to przez minut kilka
było dla mnie przedmiotem bezbrzeżnej trwogi - trwogi -
zresztą aż nadto dziecinnej, wpośród bowiem straszli-
wych okoliczności, które mnie obsaczyły, cóż mogło mniej
zaważyć od rozmiarów mego więzienia? Lecz umysł mój
przypisywał drobiazgom dziwaczną doniosłość, toteż
z całych sił starałem się zdać sobie sprawę z błędu, który
popełniłem w wymiarach.

Pewnej chwili oczywistość odsłoniła mi się z szybkością
błyskawicy. W czasie pierwszej próby moich badań zliczy-
łem pięćdziesiąt dwa kroki aż do chwili mego upadku -
znajdowałem się wówczas zapewne o krok lub dwa od
strzępu sukna - zaś w rzeczywistości dopełniłem niemal
całego okręgu podziemia. Zasnąłem i po ocknięciu trafi-
łem powrotnie na drogę już przebytą, snując w ten sposób
koło po dwakroć bez mała większe od istotnego. Zamęt
myśli nie pozwolił mi postrzec, że przy rozpoczęciu mej
wycieczki miałem mur - na lewo, zaś przy ukończeniu -
na prawo.

Z tego też powodu pomyliłem kształty więzienia. Idąc
po omacku, trafiłem na mnóstwo węgłów i stąd wysnu-
łem wniosek o zupełnej nieprawidłowości - tak dalece bo-
wiem mrok całkowity oddziaływa na tych, którzy zbywa-
ją się letargu lub snu! Węgły owe powstały po prostu na
mocy kilku drobnych wklęsłości lub skrytek, rozmaicie od
siebie odległych. Ogólny kształt więzienia był - kwadrato-
wy. To, com uznał za mur, okazało się teraz żelazem lub
innym metalem w ogromnych płytach, których szwy
i wiązania tworzyły pozór wklęsłości. Całą powierzchnię
tej metalicznej budowy zasnuły plamiście bohomazy
wstrętnych i pokalanych godeł, które spłodził mogilny za-
bobon mnichów. Posfaci demonów, pełne groźby -
o kształtach kościotrupów i inne, rzeczywistsze potwory
kaziły szczelnie całą rozciągłość murów.

Postrzegłem, iż kontury owych monstrów były dość
wyraźne, lecz barwy - zblakły i odmieniły się w sobie ni-
by pod wpływem wilgoci. Zauważyłem wreszcie grunt
pod nogami: był kamienny. W samym środku ziała okrą-
gła studnia, której paszczy uszedłem, nie było wszakże
w więzieniu więcej nad jedną.

Ujrzałem to wszystko niewyraźnie i nie bez wysiłków,
ponieważ w czasie snu w położeniu mego ciała zaszła
zmiana szczególna. Leżałem obecnie, jak długi, na ple-
cach, mając pod sobą rodzaj zrębu bardzo niskiego drze-
wa. Byłem doń przywiązany rzetelnie za pomocą długiej
szarfy, podobnej do pasa. Szarfa owa kilkakroć okalała mi
członki i kibić - pozostawiając jeno swobodę - głowie i le-
wej dłoni; musiałem mimo to uciec się do najwyższego
wysiłku, aby zdobyć jadło zawarte w glinianym półmi-
sku, ustawionym w pobliżu - na ziemi. Postrzegłem
z przerażeniem - że dzbana już nie było. Z przerażeniem
- powtarzam - ponieważ trawiło mię pragnienie niezno-
śne. Pomyślałem, iż moi oprawcy zamierzyli między in-
nymi aż do obłędu rozjątrzyć owo pragnienie, jadło bo-
wiem, zawarte w półmisku, było mięsem zapalczywie
przyprawionym.

Uniosłem oczy ku górze i jąłem badać strop mego wię-
zienia. Był trzydziestu lub czterdziestu stóp wysokości
i budową wielce przypominał boczne ściany. Tkwiąca na
jednej z jego płyt, osobliwie cudaczna postać przykuła cał-
kowicie moją uwagę. Była to - pędzlem robiona - postać
Czasu, jak go się zazwyczaj wyobraża, z tą jeno różnicą, że
zamiast kosy dzierżył przedmiot, który na pierwszy rzut
oka wziąłem za rysunek olbrzymiego wahadła, jakie spo-
tyka się w starych, pradawnych zegarach. Było jednakże
w tym narzędziu coś, co mię zmusiło do przyglądania mu
się z większą uwagą. Śledząc je na wprost, z oczyma uto-
pionymi w górze - ponieważ znajdowało się właśnie po-
nade mną - uroiłem sobie, iż widzę jego poruszenia.
W chwilę potem urojenie moje okazało się rzeczywisto-
ścią. Średnica jego wahań była krótka i ruch, ma się rozu-
mieć, powolny. Baczyłem na nie przez minut kilka, nie bez
pewnego rodzaju podejrzeń, lecz przede wszystkim ze
zdziwieniem. Znużony wreszcie czuwaniem nad jego
żmudnym ruchem, przeniosłem oczy na inne przedmioty
więzienia.

Wątły szmer pociągnął moją uwagę - i, skierowawszy
wzrok ku ziemi, postrzegłem kilka, biegnących po niej,
olbrzymich szczurów. Wynikły z otworu widocznej mi na
prawo studni. W chwili właśnie, gdym je oglądał, wzbie-
rały gromadnie, na wyścigi, żarłocznie zerkając, zwabione
poswędem mięsiwa. Zużyłem sporo wysiłku i baczności,
aby je stamtąd odegnać.

Upłynęło zapewne pół godziny lub nawet godzina -
mogłem bowiem czas miarkować jeno bardzo niedokła-
dnie - gdy znów rzuciłem wzrok wzwyż - ponad siebie.
To, com wówczas ujrzał, zmąciło mi myśli i znieruchomi-
lo przerażeniem. Rozmachy wahadła o jard niemal zwięk-
szyły się w średnicy, stąd bezpośrednio wynikała zarów-
no zwiększona szybkość. Główną wszakże przyczyną me-
go niepokoju była myśl, że wahadło znacznie się zniży-
ło.

Nadaremnie bym opisywał przerażenie, z którym pod-
patrzyłem, że jego dolną kończynę stanowi, połyskujący
stalą, półksiężyc długości mniej więcej jednej stopy - od
rogu do rogu. Rogi wzwyż się wspinały, zaś dolne zakrzy-
wienie było widocznie tak ostre, jak brzytwa. I jako brzy-
twa zdawał się ciężki i tęgi oraz, poczynając od kończyn,
szerzył się w kształt płaski i nieugięty. Przystosowany był
do ciężkiego, miedzianego pręta, zaś całość, kołysząc się
na przekrój przestrzeni, wydawała poświst.

Nie mogłem dłużej wątpić o losie, który mi zgotowała
okrutna wynalazczość mnichów.

Nie uszło domysłów straży inkwizycyjnej wykrycie
przeze mnie studni - studni, której okropności zachowa-
no dla tak zuchwałego, jak ja, heretyka - studni, odwzo-
ru piekieł, którą zdanie ogólne uważało za Ultima Thule
wszelkiej kaźni tutejszej! Uniknąłem nura dzięki najmniej
spodziewanemu zbiegowi okoliczności, a wiedziałem, że
sztuka przedzierzgania męki w zasadzkę i niespodziankę
stanowiła poważną gałąź tego całego fantastycznego ukła-
du potajemnych kaźni.

Tedy, chybiwszy mej zguby w otchłani, zamiar szatań-
ski wyłączał strącenie mię tam wbrew woli. Poślubiono
mię przeto - i tym razem bez możliwości wyboru - śmier-
ci odmiennej i łagodniejszej! Uśmiechnąłem się niemal
w mej męce na myśl o szczególnym użytku, którym zro-
bił z tego słowa.

Po cóż mam mówić o długich, zbyt długich godzinach
przerażenia, w których czasie liczyłem rozedrgane kołysa-
nia się stali. Piędź po piędzi - źdźbło po źdźble - dokony-
wała stal stopniowo opadania, pochwytnego zaledwo
w przerwach czasu, które mi się zdawały wiekami -
i wciąż niżej. Minęły dnie - dni kilka, być może, minęło,
zanim stal owa jęła się kołysać do tyła w moim pobliżu, że
muskał mię jej dech ostry. Zapach szlifowanej stali do
mych nozdrzy. Błagałem niebo - znużyłem je swoim bła-
ganiem - by mi zwoliło szybszego znijścia tej stali. Bezro-
zumny, oszalały - siliłem się unieść z miejsca, by iść na
spotkanie tej straszliwej, przepełnionej ruchem szablicy.
A potem zapadłem się nagle w wielką ciszę - i trwałem -
rozpostarty, uśmiechając się do błyskotliwej śmierci, jak
dziecko uśmiecha się do jakiejś kosztownej zabawki.

Nastąpił ponowny okres zupełnej utraty zmysłów -
okres zbyt krótki, gdyż powróciwszy do przytomności,
nie zauważyłem, ażeby wahadło zniżyło się zbyt znacz-
nie. Mimo to stać się mogło, iż ów okres czasu był długi,
czułem bowiem obecność demonów, które postrzegłszy
moje zemdlenie, mogły wedle zachcianek powstrzymać
ruch wahadła. Przytomniejąc, doznałem niemocy - o, nie-
wymownej niemocy i znużenia jak na skutek długiego
głodu. Nawet wobec trwającej rozpaczy natura ludzka że-
brała posiłku. Z dotkliwym natężeniem wyciągnąłem le-
wą dłoń tak daleko, jak pozwoliły na to więzy, i zawład-
nąłem pewną drobną resztą, którą szczury raczyły mi zo-
stawić. Gdym kęs do ust unosił, błysnęło mi w duszy ja-
kieś bezkształtne przeczucie radości - nadziei. Atoli - cóż
było wspólnego pomiędzy mną a nadzieją? Było to, jak
rzekłem, przeczucie bezkształtne. Każdy z nas miewa ta-
kie przeczucia, które się nigdy nie kształtują. Czułem, że
jest to myśl o radości - o nadziei, lecz jednocześnie czu-
łem, że jest to myśl martwa w samym zarodku. Na próż-
no starałem się ją dokształtować, pochwycić. Długotrwała
męka znicestwiła niemal zwykłe moje zdolności myślenia.
Zgłupiałem, zidiociałem.

Ruch wahadła odbywał się w płaszczyźnie, która two-
rzyła kąt prosty z linią mego ciała. Postrzegłem, że pół-
księżyc umiejscowiono tak, aby przecinał okolicę mego
serca. Zawadzi o sukno mego ubrania - potem powróci
i powtórzy swą czynność - jeszcze raz - i jeszcze. Pomimo
przerażających rozmiarów nakreślanego łuku (coś w ro-
dzaju stóp trzydziestu, a może i więcej) i pomimo pełne-
go poświstu rozpędu opadania, który by wystarczył na-
wet dla przecięcia tych ścian żelaznych, koniec końcem
w przeciągu minut kilku, zawadzenie o moją szatę było
wszystkim, co mógł uczynić ów półksiężyc. Na tej myśli
zatrzymałem się chwilowo. Nie śmiałem iść dalej poza
kres tego rozważania. Utkwiłem na jego szczeblu z upo-
rczywym skupieniem, jak gdybym mógł, dzięki tej upo-
rczywości, na tym samym szczeblu powstrzymać opada-
nie stali. Starałem się rozmyślać o dźwięku, który wytwo-
rzy półksiężyc, przecinając moje ubranie - o osobliwym
wrażeniu, które wywrze na nerwach tarcie tkaniny. Roz-
myślałem o tych błahostkach dopóty, dopóki nie dosze-
dłem w tym kierunku do punktu zupełnego zdrętwienia.

Spuszczał się niżej - i jeszcze niżej - i nieustannie niżej.
Z zapamiętałą rozkoszą jąłem porównywać szybkość jego
opadania z szybkością ruchów poprzecznych.

W prawo - w lewo - a potem w dal, w dal - a potem,
skomląc jak duch pokutujący powracał ku memu sercu
zaczajonym krokiem tygrysa! Śmiałem się i wyłem na
przemian w miarę zwycięstwa tej lub innej myśli.

Coraz niżej - nieodmiennie, bezlitośnie niżej! Drgał na
odległość trzech piędzi od mej piersi! Zrobiłem gwałtow-
ny, szaleńczy wysiłek, aby wyzwolić lewe ramię. Było
wolne na przestrzeni pomiędzy łokciem a dłonią. Mogłem
przenosić dłoń od stojącego u boku półmiska do ust,
z wielkim wysiłkiem - i nic ponadto. Gdybym mógł ze-
rwać więzy powyżej łokcia, pochwyciłbym wahadło
i spróbowałbym je zatrzymać. Z takim samym zresztą
skutkiem mógłbym próbować powstrzymania lawiny!

Wciąż niżej - nieprzerwalnie - nieuchronnie niżej! Dy-
szałem ciężko i wiłem się wobec każdego drgnienia. Ma-
lałem kurczowo przy każdym rozkołysaniu. Oczy moje
śledziły wahadło w jego locie wzwyż i w dół z zapalczy-
wością ogłupiałej doszczętnie rozpaczy - w chwili jego
opadania mrużyły się spazmatycznie, pomimo że śmierć
byłaby ulgą - o, jakże niewymowną ulgą! A jednak od
stóp do głów drżałem na myśl o tym, że wystarczy owe-
mu narzędziu o jeden karb się obniżyć, aby mi zwalić na
piersi ten ostry, połyskliwy toporzec. Nic innego, jeno
właśnie nadzieja przyprawiła me nerwy o drganie, a ca-
łą moją istotę - o kurczenie się w sobie - nic innego, jeno
właśnie nadzieja - nadzieja, która triumfuje nawet na
ławie katowskiej - która szepce do ucha skazańcom, na-
wet w więzieniach Inkwizyq'i. Stwierdziłem, że mniej wię-
cej dziesięć lub dwanaście kołysań bezpośrednio zderzą
ostrze z moją szatą, i z chwilą tego postrzeżenia duch mój
wypełnił się bolesną i skupioną ciszą rozpaczy. Po raz
pierwszy od szeregu godzin - od szeregu - być może -
dni jąłem myśleć. Przyszło mi do głowy, że taśma czy też
pas, który mię okalał, był jednolity. Krępował mię sznur
z jednego motka. Jedno ukąszenie brzytwy półksiężyca
w byle jakim miejscu pasa - winno było rozluźnić go o ty-
le/ że zyskałbym możność odmotania go do reszty z me-
go ciała lewą dłonią.

Ileż grozy w tym razie miała pobliskość ostrza! Jakże
śmiertelnym w swych skutkach było najlżejsze drgnięcie!
Czyliż istniało zresztą prawdopodobieństwo, ażeby braci-
szkowie-oprawcy nie przewidzieli i nie zapobiegli owej
możliwości? I czyż można się było spodziewać, ażeby
więzy przekreślały mi pierś w kierunku ruchów wahadła?

Drżąc na myśl o zawiedzionej, aczkolwiek wątłej
i prawdopodobnież ostatniej nadziei, dźwignąłem głowę
do tyła wzwyż, ze ujrzałem wyraźnie moje piersi. Pas ści-
śle spowijał mi członki i kibić we wszystkich kierunkach
prócz drogi, wytkniętej zabójczemu półksięży-
cowi.

Zaledwie przywróciłem głowie położenie pierwotne,
gdy nagle uczułem rozbłysk czegoś, co mogę jeno określić
jako niedokształtowaną połowę tej myśli o wyzwoleniu,
o której już napomknąłem, a której jedna tylko połowa
mgliście światła mi w mózgu wówczas, gdym pokarm do
warg spalonych unosił. Obecnie myśl w całej pełni zjawi-
ła się przede mną - niepewna, zaledwo do życia powoła-
na, zaledwo ukształtowana, lecz w każdym razie całkowi-
ta. Niezwłocznie, z rozpaczliwym wysiłkiem przystąpi-
łem do jej wykonania.

Od kilku godzin bezpośrednie pobliże wzniesienia, na
którym leżałem, roiło się po prostu od szczurów. Zgiełkli-
we, zuchwałe, żarłoczne - przeszywały mię czerwonym
ślepiem, jakby wyczekując jeno mego znieruchomienia,
aby swój łup ze mnie uczynić. Jakiż to pokarm - myślałem
- dawała im zazwyczaj ta studnia? Prócz małej odrobiny
pożarły wbrew usilnie czynionym przeze mnie przeszko-
dom - zawartość półmiska. Dłoń moja nabyła nałogowo
krążenia tam i z powrotem oraz kołysania się nad półmi-
skiem - i, po pewnym czasie, machinalna jednostajność
ruchu pozbawiła go skutecznego działania. Plugastwo to,
gnane żarłocznością, częstokroć kły ostre grążyło mi
w palcach.

Ochłapami przesiąkłego oliwą i korzeniami mięsa moc-
no namościłem więzy - wszędzie, gdziekolwiek mogłem
dosięgnąć, po czym cofnąwszy dłoń z ziemi, trwałem bez
ruchu i z tchem zapartym.

W pierwszej chwili żarłoczne zwierzaki stropiły się
i przeraziły zmianą: zamarciem ruchu. Doznały popłochu
i pierzchły precz. Niektóre schroniły się do studni. Trwało
to jeno okamgnienie. Niedaremnie liczyłem na ich żarłocz-
ność. Zważywszy, iż trwałem bez ruchu, jeden lub dwa,
co zuchwalsze, wpełzły na wzniesienie i jęły węszyć pas.
Było to, zda się hasłem powszechnego natarcia. Nowe sta-
da wychynęły ze studni. Czepiały się drzewa, wbiegały
po nim jak po drabinie i secinami pląsały po powierzchni
mego ciała. Zgoła ich nie trwożył miarowy ruch wahadła.
Unikały jego przelotu i pilnie przykładały zębów do oma-
szczonego rzemienia. Spieszyły się - rojąc się i pagórzy-
ście kupiąc się na mnie bez ustanku. Zwijały się wokół
mego gardła. Ich zimne wargi szukały moich. Zadławił
mię na poły ich wzmożony ciężar. Wstręt, któremu jeszcze
nazwy nie nadano, wezbrał mi w piersiach i przyprawił
o zimne poty, jak przy gwałtownych wymiotach. Jeszcze
chwila, a czułem, że skończą się potworne zabiegi. Czu-
łem dobitnie rozluźnienie więzów. Wiedziałem, że zostały
przecięte więcej, niźli w jednym miejscu. Z nieludzką sta-
nowczością trwałem -nieruchomy. Nie omyliły się mo-
je rachuby - męki moje nie spełzły na niczym. Po pewnym
czasie uczułem - żem wolny. Pas zwisał strzępami wokół
mego ciała. Wszakże wahadło w swym biegu już dotarło
do mych piersi. Już przecięło sukno mej szaty. Już przebo-
dło pod nią - koszulę. Jeszcze dwa przeloty - i uczułem
ból ostry, przenikający wszystkie moje nerwy. Lecz wybi-
ła godzina zbawienia. Na jedno skinienie mej dłoni - tłum
mych oswobodzicieli pierzchnął zgiełkliwie. Ruchem spo-
kojnym i stanowczym - obmyślonym a nieznacznym -
wymknąłem się - powolny i spłaszczony - kleszczom rze-
mienia i ciosom szablicy. W tej chwili przynajmniej by-
łem wolny.

Wolny! - w szponach Inkwizycji! Zaledwo opuściłem
mój barłóg przerażeń, zaledwo dałem kilka kroków po
ziemi więziennej, a ustał ruch piekielnego narzędzia i nie-
widzialna siła dźwignęła je wzwyż poprzez pułap. Była to
przestroga, która przepełniła mi serce rozpaczą. Każdy
mój krok śledzono nieodparcie. Wolny! Śmierci pod posta-
cią męki - wydarłem się jeno po to, aby stać się łupem cze-
goś, co - ukryte pod jeszcze jedną postacią - przerastało
śmierć samą. Na myśl o tym pobmąłem kurczowo oczy-
ma wzdłuż ścian żelaznych, które mnie spowiły. Rzecz
szczególna - zmiana, której na razie nie mogłem określić
dokładnie - odbyła się w komnacie - zmiana niezaprze-
czona. Po kilkuminutowym, majaczeń i dreszczów pełnym
roztargnieniu, jąłem się gubić w nadaremnych i luźnych
domysłach. W tym właśnie czasie po raz pierwszy postrze-
głem źródlisko światła siarkowego, które rozwidniało celę.
Światło owo wynikało ze szczeliny mniej więcej pół cala
szerokości, szczelnie okalającej więzienie u podstaw mu-
rów, które w ten sposób zdawały się i naprawdę były cał-
kowicie oderwane od ziemi. Próbowałem, lecz, ma się ro-
zumieć, zgoła na próżno - zajrzeć do tego otworu. Gdym,
zniechęcony, powstał - tajemnica przeobrażania się kom-
naty odsłoniła się znienacka mym domysłom.

Zauważyłem, że chociaż zarysy postaci ściennych były
dość wyraźne, barwy za to zdawały się zatarte i niepew-
ne. Barwy te nabrały przed chwilą i co chwila jeszcze na-
bierały wyraźniejszego i bardziej skupionego połysku,
nadającego owym fantastycznym i szatańskim postaciom
pozór, który mógłby przyprawić o dreszcz nerwy o wiele
od moich mocniejsze. Drapieżne i złowieszczo migotliwe
ślepia demonów wpijały się we mnie z tysiąca zakątków,
gdziem się pierwotnie nie spodziewał ich obecności, i pło-
nęły grobowym zarzewiem ognia, który koniecznie, lecz
na próżno chciałem uważać za - urojony.

Urojony! - Dość mi było odetchnąć, aby przywiać no-
zdrzom wypar rozgrzanego żelaza! Dławiący zaduch sze-
rzył się w więzieniu! Coraz wnętrzniejszy żar trwalił się
w ślepiach, utkwionych w mej męce. Coraz możniejsza
purpura utwierdzała się na powierzchni tych potwor-
nych, krwawych malowideł! Zbrakło mi tchu! Dyszałem
z trudnością! Nie mogłem wątpić o zamiarach mych ka-
tów - o! najnielitościwszych - o! najdemoniczniejszych na
ziemi! Odskoczyłem daleko od rozżarzonego metalu - ku
środkowi więzienia. Wobec grożącej mi zagłady w ogniu
myśl o ochłodach studni skusiła mą duszę jak woń balsa-
mu. Rzuciłem się na oślep ku jej śmiertelnym obrzeżom.
Wpiłem się wzrokiem w jej głębię.

Blask płonącego sklepienia rozwidniał najtajniejsze jej
zakamarki. Lecz oszołomiony przez mgnienie rozum mój
wzbraniał się zadumie nad treścią tego, com zobaczył.
W końcu - owo ujrzane - wdarło się do mej duszy - prze-
mocą, zwycięsko! Ognistymi zgłoskami wyryło się
w mym przerażonym umyśle! O, słów, słów, aby to wypo-
wiedzieć! O, co za zmora! O! wszelkie zmory, prócz tej
tam jedynej! Z krzykiem odrzuciłem się wstecz od ocem-
browania i, ukrywszy twarz w dłoniach, płakałem roz-
paczliwie.

Upał wzmagał się pośpiesznie - i raz jeszcze dźwigną-
łem wzwyż oczy, dygocąc jak w febrze. Jedna jeszcze
zmiana odbyła się w celi, i tym razem owa zmiana uwi-
doczniła się kształtem. Początkowo, jak za pierwszym
razem, nadaremnie starałem się określić lub zrozumieć to,
co się odbywało. Lecz niedługo pozostawiono mię w mej
niewiedzy. Zemsta Inkwizycji, po dwakroć zboczona
z drogi, dzięki sprzyjającym mi wypadkom, szła teraz na
przełaj i nie było już żartów z Władyką Zmór! Komnata
więzienna miała kształt kwadratu. Postrzeglem, że dwa
z jej kątów żelaznych były teraz - ostre, a przeto dwa in-
ne - rozwarte. Straszliwa odmiana dopełniała się szybko -
z głuchym jękiem i grzmieniem. W okamgnieniu komna-
ta przeobraziła się w czworobok skośny. Lecz nie na tym
był koniec przemiany. Nie pożądałem, nie spodziewałem
się końca. Te mury rozżarzone wdziałbym chętnie na pierś
moją jako szatę wieczystego uciszenia.

Śmierć - rzekłem w duchu - jakiejkolwiek śmierci prócz
tej, która w studni czyha!" - Bezrozumny! Jakże się stało/
żem nie pojął, iż studnia jest niezbędna-i że tylko
ta studnia uzasadnia obecność płonącego ognia, który
mię oblega. Czyż mogłem się przeciwić żarom? A gdyby
nawet tak się zdarzyło - czyż mogłem oprzeć się jego ci-
śnieniu? A teraz właśnie skośny czworobok zwężał się,
zwężał a szybkością, która mi nie pozostawiała czasu do
namysłu. Jego środek, położony na linii największej szero-
kości, przypadał właśnie na otchłań ziejącą, chciałem się
usunąć, lecz zwężające się mury nacierały na mnie nieod-
parcie. Wreszcie nadeszła chwila, gdy poparzone i pokur-
czone ciało moje zaledwo mogło znaleźć niezbędny dla
siebie kęs przestrzeni w chwili, gdy na ziemi więziennej
starczyło zaledwie miejsca dla mej stopy. Poniechałem
walki, lecz duch mój wyzionął całą swoją mękę w jednym,
wielkim, długim ostatecznym krzyku rozpaczy. Uczułem,
że się chwieję nad brzegiem otchłani - odwróciłem oczy...

I nagle coś, jakby zgiełk powaśnionych głosów ludz-
kich! Wybuch, huragan surmowych dźwięków! Ryk po-
tężny jak ryk piorunów tysiąca! Jakaś dłoń wyciągnięta
pochwyciła dłoń moją, gdym - nieprzytomny - zapadał
się w otchłań. Była to dłoń generała Lassalle'a.

Armia francuska wkroczyła do Toleda.

Inkwizycja była w rękach swych wrogów.

06.01.2002
11:03
smile
[2]

Magini [ Legend ]

Adamus - jestes niezastapiony :-))) Wyrzucili z Karczmy, to osobny watek zakladasz. Super!!

06.01.2002
11:12
[3]

Adamus [ Gladiator ]

Magini --> Jakos sie pozbierałem, ale dzwi były twarde ;-))) W okresie międzywojennym pisał opowiadania w podobnym klimacie, pan Stefan Grabiński. Proponuję zapoznać się z jego twórczością: W domu Sary Już na ostatnim posiedzeniu w klubie zachowanie się i postawa Stosławskiego bardzo mi się nie podobały. Ten zwykle wesoły i otwarty człowiek zmienił się do niepoznania. W dyskusji nie brał prawie udziału lub też wygłaszał zdania bez związku z poruszonym tematem, budząc zdumienie obecnych; u kilku złośliwych zauważyłem nawet ironiczne spojrzenia, zwrócone w stronę mego niefortunnego druha. Usiłowałem bronić go, wiążąc gwałtem rzucone przezeń słowa z tokiem prowadzonej rozmowy - wtedy uśmiechnął się blado, jakby dziękując mi za ratunek, i do końca już milczał uparcie. W ogóle sprawiał już wtedy nader przykre wrażenie. Nie tylko bowiem raziła dziwna małomówność, tak sprzeczna z dawnym usposobieniem, lecz niepokoił też zagadkowy wygląd zewnętrzny. Zwykle wyświeżony, nawet przesadnie elegancki, przyszedł Stosławski tego wieczora w stroju zaniedbanym, niemal opuszczony. Twarz niegdyś zdrową, tryskającą młodym, bujnym życiem, oblekła chorobliwa bladość, oczy przesłoniła mgła zadumy, której bezwład i beztreściwość tworzyły bolesny kontrast ze szlachetną linią rysów. Tknięty złym przeczuciem, zaprosiłem go po sesji do siebie i poddałem troskliwym oględzinom lekarskim. Nie opierał się, chociaż już była pora spóźniona, i pozwolił się zbadać cierpliwie. Oprócz znacznego wyczerpania nerwów i ogólnego osłabienia nie znalazłem nic podejrzanego. Zastanawiała tylko przyczyna. - Ej, Kaziu! - zażartowałem, grożąc mu palcem - za dużo się bawisz! Kobietki, co? Za wiele, mój kochany, za wiele! Musisz uważać więcej na siebie. Tak dalej iść nie może. Wyczerpiesz się wkrótce. A potem, co? Potrąciłem o właściwą strunę. - Kobiety - zauważył w zamyśleniu - kobiety... Dlaczego mówisz o wielu, nie o jednej? - O ile cię znam, mój kochany - odparłem uśmiechnięty - żadnej dotąd nie udało się usidlić zepsutego ulubieńca płci pięknej. Czyżbyś się naprawdę tak gwałtownie zmienił? Trudno przypuścić, żebyś był zakochany. - Użyłeś tylko niewłaściwego wyrażenia. Czy nie przypuszczasz poza miłością i chwilową żądzą innej ewentualności? - O czym myślisz? - O opętaniu płciowym. Rozumiesz mnie? - Nie bardzo. - Ależ to nader proste. Pewnego pięknego dnia spotykasz wyjątkową kobietę, uosobienie płci, i odtąd, od pierwszego z nią stosunku, nie możesz się z nią rozstać. Nienawidzisz jej, rad byś zrzucić kajdany, lecz wysiłki są nadaremne. Jesteś opętany jej płcią najzupełniej; cały widnokrąg myślowy zamyka się w wyłącznym kole jej ciała, jej kształtów, spojrzeń, dotknięć, obcowanie fizyczne z nią staje się formą bytu. Kobieta przeradza się w bożyszcze złe i nienawistne, lecz niemniej ponętne, któremu musisz ulegać bezwzględnie... - To tylko wzmożony popęd płciowy samca, który znalazł swój typ. - Mylisz się; to rodzaj trwałej sugestii hipnotycznej na jawie. Ja po prostu nie mogę myśleć o czym innym, tylko o niej i - co najohydniejsze - o jej płci i szczegółach z nią związanych. Czuję, że to mi jest narzucone wbrew mej woli i nawet popędowi; posiadałem kobiety piękniejsze i bardziej pociągające od niej, a przecież odchodziłem z lekkim sercem, zrywając bez wahania. Tutaj nie mam siły. - Widocznie tamte nie odpowiadały wszystkim warunkom, jakie spełnić powinien twój ideał kobiecy. - I to mylne. Zdaje mi się, nie - raczej wiem na pewno - że gdybym był nie wdawał się z nią w bliższy stosunek, nie uległbym obecnemu stanowi. Czy uwierzysz, ssę zaszedł tu z jej strony rodzaj uwiedzenia? - Cha, cha! Tego już za wiele! Kazio Stosławski czystym Józefem! To mi rafinada seksualna, co się zowie! - Nie, Władku! Nie chcesz mnie zrozumieć. Nie chciałem się do niej zbliżać zanadto pod wpływem nieokreślonej jakiejś obawy. Miałem dziwne przeczucie. - Lecz w końcu uległeś? - Niestety. Nie mogłem odmówić. Zresztą kobieta piękna i wtedy wydała mi się w całym tego słowa znaczeniu une femme charmante . - Przystąpiłeś zatem do niej z zapałem nie większym niż do innych? - Oczywiście. Spełniałem tylko namiętne jej życzenie, z pewną dozą sprzeciwu i obawy. - No i... po pierwszym akcie oczarowała cię? Doznałeś zapewne nie znanych ci dotąd sensacji? - I to nie. Wszystkie znam na pamięć. Nie jestem .nowicjuszem i wyrafinowanie jest dla mnie rzeczą powszednią. Zachowywała się nawet spokojniej niż inne. - Czymże więc opętała cię ta kobieta? - Nie wiem, nie domyślam się nawet. Lecz zaraz po fatalnym zbliżeniu zrozumiałem, że opanowała mnie bezwzględnie, że stałem się igraszką w rękach demonicznej samicy. Wiedziała, że po pierwszym stosunku zostanę już jej ofiarą, której jej nikt nie wydrze. Wytworzył się między nami szczególny związek, nieuchwytne a mocne pęta, oplatające mię coraz ciaśniej, coraz zwarciej. - Nadużywa cię fizycznie? Jesteś bardzo wyczerpany... - I na to się uskarżać zbytnio nie mogę. Osłabia mię, czuję to doskonale, wysysa powoli, systematycznie, nieubłaganie - lecz nie przez częste stosunki... - Nie rozumiem... - I ja tez nie mogę pojąć, w jaki sposób. Lecz że ona właśnie jest powodem dziwnego stanu, w jakim mnie widzisz, nie ulega wątpliwości. Ta kobieta kradnie mi z zapamiętałością upiora wszystkie siły życiowe - czy pojmujesz, Władku? - Wchłania w siebie ze zjadliwym uporem moje życie, moje młode życie... - Przestań bywać. Czy nie możesz zdobyć się na męską wolę? - Nie mogę, nie mogę. Jestem bezsilny. Czy wiesz? Przeprowadziłem się do niej; mieszkamy wspólnie od dwóch lat w jej willi za miastem na Polance. - Ach, teraz już rozumiem, dlaczego nie spotykano cię od pewnego czasu na ulicy, w kawiarniach, w teatrze. Czy ona zabrania ci wychodzić? - Bynajmniej - sam nie mam do tego ochoty. Zrazu nie unikałem towarzystwa ludzi, z czasem zacząłem się ograniczać do sfery wyłącznego obcowania z nią. Nie odczuwam już teraz potrzeby wymiany myśli z ludźmi, z którymi nie mam nic wspólnego. Dziś przypadkiem tylko znalazłem się w klubie. Nic mnie teraz nie zajmuje, wszystko zobojętniało mi doszczętnie... Mój stosunek do świata staje się coraz luźniejszy! idę w jakimś kierunku odśrodkowym, zawisłem jakby między niebem a ziemią. Dziś jeszcze zdaję sobie z tego sprawę, lecz kto wie, jak będzie potem... Patrzyłem nań badawczo, z głębokim współczuciem. - Źle z tobą, Kaziu - przerwałem po chwili zaległe milczenie - trzeba się leczyć. Masz rozstrojone nerwy. Może zupełnie niesłusznie posądzasz ją o ujemny wpływ; może zarody choroby tkwiły w tobie przed tą znajomością? Potrząsnął przecząco głową: - Nie, mam pełne przekonanie pod tym względem. Zauważyłem w sobie symptomy w rok po wspólnym pożyciu. Zresztą to nie jest rozstrój nerwowy. W tym tkwi coś zupełnie innego, coś, o czym się nie śniło psychiatrom naszym. - Być może. Lecz kto jest tym demonem, tym wampirem w kobiecej postaci? Czy możesz mi wymienić jej nazwisko? - Nazywa się Sara Braga... - Sara Braga... dziwne nazwisko! Czy to Żydówka? Imię przypomina Stary Testament. - Nie. Podobno jest protestantką. Rodzina wymarła. Na podstawie jej skąpych informacji doszedłem do wniosku, że płynie w jej żyłach krew dawnych kortezów Kastylii, zmieszana później z pierwiastkiem germańskim; przedstawia typ szczególnego skrzyżowania szczepów. W ogóle trudno mi było dowiedzieć się czegoś więcej, bo o sobie i swej przeszłości mówić nie lubi. Przed laty miała owdowieć. Kto był jej mężem, nie wiem; nosi nazwisko swojej rodziny. - Czy wiek jej ci znany? - Utrzymuje, że ma lat 30, chociaż na pierwszy rzut oka wygląda na młodszą. Orientacja w tym wypadku trudna i łatwo się pomylić. Nie używa żadnych sztucznych środków do podniesienia zewnętrznego wyglądu, owszem, ma żywiołowy wstręt do wszelkich kosmetyków i barwiczki. Żyjąc z nią tak blisko, wiem o tym wybornie... Czy uwierzysz, że krążą o niej i jej wieku dziwne pogłoski? Z kilku przypadkiem podchwyconych aluzji i półsłówek służby wywnioskowałem, że Sara jest znacznie starszą, niż się wydaje. Jest to pod każdym względem zagadkowa kobieta. Tajemnica rozsiadła się w jej domu, tajemnica ciemna i zła, jak jego mieszkanka. Przesunął znużonym gestem ręką po czole: - Zmęczyłeś mnie, Władku, zmuszając do skupienia uwagi. Mam szalony ból głowy. Żegnaj. - Wybacz, lecz zrobiłem to z przyjaźni. Zatrwożył mię twój wygląd. Ból usunę z łatwością; zatrzymaj się tylko jeszcze przez chwilkę: uśpię cię na 5 minut i usunę sugestią cierpienie. Czy zgadzasz się? - No dobrze. Tylko nie zatrzymuj mnie już długo. Przystąpiłem bezzwłocznie do operacji. Mając wprawę w hipnotyzowaniu, za dwie minuty wprawiłem go w stan głębokiego uśpienia... Nagle przy poddawaniu sugestii przeciw bólowi głowy wpadłem na pewną myśl. Wiedząc, że trudno mi będzie w stanie normalnym namówić go do powtórnej wizyty u mnie lub w klubie, kazałem mu we śnie odwiedzić mnie za miesiąc o tej samej porze. Prędzej widzieć się z nim nie mogłem, gdyż w tym czasie byłem zajęty intensywną pracą i wyjeżdżałem często. Wydawszy oba rozkazy, wykonałem szybko kilka passes contraires i Stosławski obudził się. - No, jakże się czujesz? - zapytałem. - Ból ustał zupełnie. Dziękuję ci. A teraz odchodzę. Żegnaj! - Raczej: do widzenia! Kiedyż do mnie zaglądniesz? - Nie wiem; może już nigdy. Nie mogę nic obiecywać. Uścisnął mi mocno rękę i odszedł. Gdy umilkły już kroki gościa na korytarzu, wróciłem do salonu, w którym unosiły się jeszcze kłęby dymu ze spalonych przez nas papierosów, usiadłem przy kominku i machinalnie gładząc lśniącą sierść mego wiernego Astora, zapadłem w zamyślenie. - Sara Braga! Sara Braga!... Z nazwiskiem tym już raz się w życiu spotkałem, chociaż osoby nie znam. Sara Braga... tak!... Teraz przypominam sobie jak przez mgłę; wyczytałem je w spisie pacjentów mego byłego mistrza, prof. neurologii, Fr. Żmudy, temu lat kilkanaście. Byłem wtedy jeszcze młodym adeptem medycyny. Kopię spisu na szczęście zachowałem: rejestr był mi potrzebny, bo zawierał obok nazwisk diagnozę i środki terapeutyczne chorób. - Trzeba to odszukać i przeglądnąć. Może się dowiem bliższych szczegółów. Otworzyłem szafkę biblioteczną i zacząłem przerzucać gruby foliał. Szedłem latami wstecz, nie bardzo dowierzając pamięci. Nagle pod datą z miesiąca lipca i następnych r. 1875 odczytałem: "Sara Braga, zamieszkała w willi "Tofana" na Polance, ur. w r. 1830, lat 45 - organizm wyjątkowo odporny na przemiany wieku - skłonności psychopatyczne na tle seksualnym - objawy psychicznego sadyzmu". Następowały skróty dotyczące terapii i wskazanych zabiegów. - A zatem dziś miałaby lat mniej więcej 80! Fenomenalne! Nie do uwierzenia!... Stosławski utrzymuje, że młoda i piękna! Chyba to kto inny? Lecz adres mieszkania zgadza się przedziwnie. Willa "Tofana" na Polance, tj. w podmiejskiej dzielnicy, rodzaju stołecznego letniska - to brzmi dziwnie! Lecz w jakim związku pozostaje to wszystko z chorobą Kazia? To, co mówił, zbyt było niejasne i podmiotowe, by móc wyciągać jakiekolwiek wnioski. Pozostawmy sprawę czasowi. Jakoż obowiązki zawodowe zmusiły mię nazajutrz do natychmiastowego wyjazdu. Natłok zajęć i wytężona praca tak mię pochłonęły, że niemal zapomniałem o historii Stosławskiego. Dopiero po całomiesięcznej nieobecności, wróciwszy do miasta, przypomniałem sobie, że nazajutrz przypada termin pohipnotycznego spełnienia mego rozkazu. I rzeczywiście koło godz. czwartej po południu wszedł do mego salonu automatycznym krokiem Stosławski. Kazałem mu usiąść, uśpiłem ponownie i pochwaliwszy ssą sumienne wywiązanie się z zadania, obudziłem go. Oprzytomniawszy, ze zdziwieniem rozglądał się po pokoju, nie mogąc pojąć, skąd się wziął u mnie. Gdy mu wyjaśniłem sytuację, trochę uspokoił się, lecz z twarzy biła niechęć i niezadowolenie. Przez ten jeden miesiąc przemiany, zauważone przeze mnie ostatnim razem, poczyniły zatrważające postępy: widocznie posuwał się z fatalną szybkością w tajemniczym kierunku. Zagaiłem naprędce rozmowę umyślnie o. rzeczach błahych, dalekich od jego wyjątkowego stanu, ani słowem nie zaczepiając o stosunek z Sarą. Odpowiadał apatycznie, z wysiłkiem, często rwąc wątek rozmowy wtrętami bez sensu, bez zewnętrznych spoiw. Niebawem spostrzegłem, że nie orientuje się w rzeczywistości i zatracił niemal zupełnie poczucie czasu i przestrzeni. Perspektywa, bryłowatość chwil i rzeczy przestała istnieć: wszystko leżało na jednej idealnej płaszczyźnie. Zdarzenia ubiegłe przybrały dramatyczną formę chwili bieżącej, zagadkowe jutro wtargnęło jasnym, oczywistym szlakiem w bezpośrednią obecność jako coś zupełnie równorzędnego. Zaginęła bezpowrotnie plastyka rzeczy, ustępując miejsca jakiejś paradoksalnej jednoplanowości. Blade jak płótno, bez kropli krwi oblicze wyzierało na świat jak maska obojętna na jego sprawy, których złożoność jakby znikła pod naporem tajemnych uproszczeń. Podniesiona w górę alabastrowej białości, prawie przejrzysta ręka czyniła gest wiecznego trwania, niby symbol treści niezmiennej od prawieków bytu... Stał się bezwładny, poruszał się powoli, leniwo, jak we śnie. Obojętnie pozwalał mi się badać. Wystawiłem go pod działanie promieni Rentgena: światło przeszło szybko, natrafiając na anormalnie zmniejszony opór. Wyniki przekraczały rozmiarami dotychczas znane doświadczenia: organizm uległ przerażającej redukcji; w układzie kostnym widoczne były objawy atrofii, poznikały całe rzesze tkanek, zmarniały całe gniazda komórek. Był lekki jak dziecko; żelazne palce wagi wskazywały na podziałce śmiesznie małą liczbę. Ten człowiek niknął w oczach! Chciałem go zatrzymać u siebie i o ile by to w ogóle było jeszcze możliwe, przeszkodzić zupełnemu zniszczeniu. Zdawało się, że jego bierność ułatwi mi zadanie i że nie stawi mi oporu. Lecz pomyliłem się. Po dwugodzinnej rozmowie nagle jak automat powstał, zabierając się do wyjścia. Pędziło go do domu, do willi "Tofana". Zdaje się, że po zniknięciu wszelkich interesów życiowych pozostał tylko ten żywiołowy, niczym nie wstrzymany pęd ku niej, ku Sarze, ku której ciążył całą swą marniejącą osobowością. Trudno się było sprzeciwiać. Czułem, że jeśli go nie wypuszczę, stanie się coś złego: w oczach jego zapalały się już i gasły ognie niebezpiecznej, nerwowej siły. Postanowiłem więc odwieźć go dorożką na miejsce. Polanka leżała w dość znacznej odległości od środka miasta i dopiero po półgodzinnej jeździe stanęliśmy u celu. Pomogłem mu wysiąść i odprowadziłem na marmurowe schody, wiodące do willi. U drzwi wchodowych oszklonej werandy przez chwilę zatrzymałem się niepewny, czy wejść z nim do środka, czy zawrócić. Ogarnęła mię nagle nieprzemożna chęć poznania tej kobiety. Lecz nie śmiałem iść dalej. Stosławskim oczywiście nie krępowałem się zupełnie - zdawał się nie uważać zresztą na moją obecność - lecz zachowanie się lokaja, który wybiegł na spotkanie, działało hamująco. Starannie wygolony, we wzorowym fraku fagas powitał wprawdzie mego towarzysza głębokim ukłonem, lecz na twarzy jego igrał uśmiech lekceważącej ironii; na mnie patrzył jak na intruza, którego należy bezzwłocznie wyprosić. Już chciałem wracać do oczekującego mnie fiakra, gdy wtem aksamitna kotara, oddzielająca werandę od wnętrza domu, rozsunęła się i na jej oranżowym tle wynurzyła się z głębi postać kobiety. Nazwać ją piękną, znaczyło uchwycić jej powierzchowność z zasadniczo fałszywego punktu patrzenia. Była raczej demoniczno, szatańsko ponętną. Te rysy nieregularne, mięsiste szerokie wargi i nos silnie rozwinięty nie dawały wrażenia piękna - a jednak twarz o oślepiająco białej, matowej cerze, tym mocniej kontrastująca z płomiennym spojrzeniem czarnych, zionących żarem oczu, przykuwała z nieopisaną siłą. Miała w sobie coś z prostoty żywiołu, który pewny swej władzy gardzi akcesoriami. Nad przeczystym, cudnie sklepionym czołem rozchylały się łagodnymi falami metalicznie lśniące, krucze włosy, spięte u szczytu królewskiej głowy srebrnym naczółkiem. Ciemnozielona, lekko wycięta suknia z adamaszku spływała gładko wzdłuż wyniosłej postaci, uwydatniając wyborną linię torsu i gibkich, dziewiczo zwartych bioder. Wżarłem się wzrokiem w jej czarujące, piekielne oczy, skupiając w spojrzeniu całą siłę woli. Odpowiedziała, parując atak. Tak zmagaliśmy się przez chwilę. Wtem spostrzegłem na jej twarzy jakby wahanie, niepewność, obawę; drgnęła niespokojnie. Wtedy, składając głęboki ukłon, rzekłem, ująwszy rękę Stosławskiego: - Odprowadzam zbiega, polecając go troskliwej opiece łaskawej pani. I wymieniłem swoje nazwisko. Sara oddała ukłon skinieniem głowy i odsuwając kotarę, poprosiła do wnętrza; przy tym zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na Stosławskiego, który jak zahipnotyzowany nie spuszczał z niej wzroku. Przykro było nań patrzeć. Jakaś bezwzględna, psia pokora wyglądała mu z oczu, utkwionych w nią bez przerwy, jakieś wiernopoddańcze posłuszeństwo. Na dźwięk jej głosu rzucił się cały ku niej, jakby szukając oparcia, opieki; kobieta uśmiechnęła się pół pogardliwie, pół łaskawie i wstrzymując go niedbałym ruchem ręki, wydała polecenie słudze, obojętnemu świadkowi tej sceny: - Odprowadzisz pana do sypialni; jest znużony, musi odpocząć. Sługa w milczeniu ujął go pod ramię i niemal wlokąc za sobą, znikł w bocznych drzwiach. Wszedłem za Sarą do salonu. Był stylowy. Wysoko sklepiony, o dumnie rozpiętych posowach, cały obity był miękką, jedwabną materią koloru terra cotta. Okien nie było; salon rozświetlał masywny pająk zwisający ze środka stropu. W przedniej części, niemal pustej, stały pod ścianami dwa rzędy krzeseł z perłową inkrustacją na grzbietach i poręczach, Z nisz pomiędzy nimi wychylały się egzotyczne krzewy w dużych srebrnych urnach. Na dalszym planie, w głębi, wznosiło się kilku stopniami podium zasiane suknem o soczystej barwie cynobru. Stoi na środku estrady z wazą kwiatów okrywała ciężką, przetykana wisiorami berylu kapa. Parę taburetów, wschodnia otomana i smukłe, palisandrowe pianino wypełniały resztę przestrzeni. Tylną ścianę tworzyła zasłona podobna do kotary u wejścia, zamykając falistym murem ślepe wnętrze. Stąpałem cicho, wnurzając się w puszyste futra kobierców rozesłanych na posadzce. Pani wprowadziła mię na podium i wskazawszy jedno z krzeseł, sama opuściła się niedbale na otomanę. Usiadłem w milczeniu. Po chwili Sara wyciągnęła rękę w kierunku małego stolika po puzdro z papierosami. Spostrzegłszy, że sprzęt stoi trochę za daleko, przystawiłem go do sofy, po czym podałem płonącą zapałkę. - Dziękuję. Zaciągnęła się dymem. - Pan nie pali? - Owszem... Wyjąłem z sąsiedniej przegródki cygaro i wypuszczając w górę fioletowy kłąb, zauważyłem z uznaniem: - Bajeczne! - Nudny pan jesteś. Czy w podobny sposób zabawiasz zawsze kobiety? - To zależy od ich pokroju. Z panią np. trudno mi rozmawiać; łatwo można wpaść we fałszywy ton. Muszę się oswoić. Sara popatrzyła mi w oczy, usiłując nadać spojrzeniu wyraz jedwabistej miękkości. W tym momencie spostrzegłem w jej rysach uderzające podobieństwo do Stosławskiego. Kobieta zauważyła zdumienie: - Cóż to panu? Wyglądasz na odkrywcę w chwili genialnego wynalazku. - Istotnie, odkryłem rzecz szczególną. Podniosła się drwiąco: - Proszę, cóż takiego?... Czy wolno wiedzieć? - Pani jest dziwnie podobna do Kazia. Twarz Sary zadrgała: - Przywidzenie. - Nie, proszę pani. Jestem dość dobrym fizjognomistą. Zresztą można to wytłumaczyć: żyjecie państwo ze sobą od dłuższego czasu... Współżycie tak bliskie upodabnia. - Hm... czy to pańska teoria? - Nie, łaskawa pani - teorię tę, zresztą nie nową, dokładniej roztrząsał przed paru laty dr Fr. Żmuda. Przypisując rzekomą teorię Żmudzie, kłamałem, chcąc tylko wprowadzić to nazwisko do rozmowy. - Fr. Żmuda? - zapytała ciekawie. - Pan może jego uczniem? - Bynajmniej - wyparłem się energicznie. - Nie znam go nawet. Czytałem tylko jego rozprawkę w miesięczniku medycznym. - Ach, tak... - Czy to pani znajomy? - Tak. Przed rokiem, cierpiąc na lekki rozstrój nerwowy, byłam czas jakiś jego pacjentką. Bardzo miły człowiek. Więc to ta sama - pomyślałem - tylko że kurację odbyła znacznie dawniej, bo jeszcze przed 35 laty, tj. w r. 1875. A zatem ta kwitnąca urokiem młodości kobieta miałaby dziś lat 80! Paradoksalne! Niebywałe! A jednak tak być musi; notatki Żmudy i moja pamięć usuwają wątpliwości. Patrzyłem na Sarę z nieokreślonym lękiem. - Czemuż pan tak nagle spoważniał? Myślałby kto, że się czegoś obawiasz? - Tym razem przywidziało się pani, i to naprawdę. Czegóż bym się miał obawiać? Przejęty tylko jestem wyjątkową jej pięknością. Podobne kobiety spotyka się rzadko. Uśmiechnęła się zadowolona. - Szkaradny pochlebca! Uderzyła mnie lekko ręką po ramieniu. Chociaż umiem nad sobą panować, mimowolnie zadrżałem pod tym dotknięciem, odchylając przy tym nieco głowę do góry. Wtedy wzrok mój padł na szereg portretów zawieszonych na lewej ścianie pokoju. Odłożyłem cygaro i podszedłem do obrazów. Było ich dziesięć w dwóch szeregach równoległych; rząd górny obejmował pięć wizerunków Sary - pod nim umieszczono podobizny pięciu nie znanych mi mężczyzn. Od razu rzucały się w oczy dwa znamienne szczegóły. Na wszystkich portretach wyglądała Sara w jednym wieku, jak gdyby obrazy malowano w bliskich od siebie odstępach czasu. Mimo to na każdym wyraz twarzy był inny, i to - zadziwiająco podobny do rysów jednego z mężczyzn w szeregu dolnym; słowem, każda z pięciu podobizn Sary miała pod względem podobieństwa swój odpowiednik w wizerunkach mężczyzn. Zajęty studiowaniem obrazów nie spostrzegłem jej niezadowolenia. Dopiero głos Sary, cierpki i zniecierpliwiony, przerwał mi obserwację: - Skończże pan już raz tę rewię! Nic tam ciekawego - bohomazy. - Przeciwnie - doskonale. Co za wyrazistość rysów! Łaskawa pani posiada twarz iście sfinksową: niby ciągle się zmienia, a zawsze ta sama. Lecz i głowy męskie przepyszne - same rasowe typy! Czy to kuzyni? Chyba nie? Zupełnie do siebie niepodobni - każda twarz inna. - Znajomi - odpowiedziała oschle. - Proszę wrócić; tu - bliżej do mnie - dodała cieplej i wskazała mi miejsce obok siebie na sofie. Usiadłem zajęty wciąż tajemnicą męskich twarzy, z których każda przypominała żywo Sarę, chociaż między sobą nie miały punktów stycznych. Widząc me zamyślenie, starała się usilnie rozprószyć zadumę konwersacją. Wkrótce wpadliśmy na ulubiony u kobiet temat i zaczęliśmy rozmawiać o miłości. Sara od razu wzięła ton namiętny, z predylekcją poruszając wypadki krańcowe graniczące ze zwyrodnieniem. Zdradzała niebywałą znajomość wszelkich subtelności płciowych, w których perwersja szła o lepsze z lubieżą. A wszystko umiała podać w formie wytwornej, przedziwnie stylizowanej i ponętnej; chciała widocznie oczarować mnie nie tylko fizyczną urodą, lecz i bogactwem ewentualności erotycznych, jakie w niej tkwiły. Zrozumiawszy wyraźny zamiar, miałem się na baczności. Jakiś niepojęty strach odpychał mnie od tej kobiety i nakazywał ostrożność. Mimo to, by jej nie zrazić chłodem, udawałem podrażnienie, odpowiadając palącym wzrokiem na spojrzenia jej piekielnych oczu. Kolo dziesiątej wieczorem pożegnałem się, przyrzekając rychłą wizytę. Nie nastąpiła jednak tak prędko, jak myślałem. Zawezwany telegraficznie do F., odległego o dwa dni drogi, pojechałem nazajutrz na czas dłuższy, by dopiero w trzy tygodnie potem jawić się ponownie w willi "Tofana". Na spotkanie wybiegła Sara wśród oznak żywej radości. Gdy spytałem o Stosławskiego, zachmurzyła się i wzruszając lekceważąco ramionami, odparła: - Nieciekawy. Pokrywając oburzenie, jakim przejął mnie bezmierny jej egoizm, wyraziłem życzenie zobaczenia się z nim. Przystała niechętnie dopiero na usilne nalegania: - Nie mogę panu odmówić; lecz musi pan wejść do sypialni, bo stamtąd już się nie rusza. I wprowadziła mnie przez salon do zacisznej, z wyrafinowaną miękkością urządzonej komnaty. Widok Stosławskiego zrobił na mnie przerażające wrażenie. Stał przy oknie wpatrzony bezmyślnie w szybę, prawą ręką przebierając we frędzlach portiery. Nie poznał mnie, może nawet nie spostrzegł. Na twarzy błąkał się nijaki uśmiech, zwiotczałe, białe jak papier usta poruszały się słabo, składając jakieś wyrazy: coś szeptał. Zbliżyłem się, nasłuchując. Szept był cichy, ledwo dosłyszalny. Lecz ucho mam bystre i pochwyciłem słowa. Było ich parę tylko i powtarzały się bez przerwy jak w automacie: same bezwstydne, cynicznie pieszczotliwe słowa... Było w tym coś tak ohydnego i potwornego zarazem, że zadrżawszy, cofnąłem się do pierwszej sali. Tutaj już nie było ratunku. Człowiek ten był stracony. Zdenerwowany okropnym obrazem, mimo próśb Sary, wróciłem zaraz do siebie. Przyszło silne postanowienie. W możność ocalenia Stosławskiego zwątpiłem zupełnie; stan, w jaki popadł, przybrał formy zbyt wybujałe, by marzyć o drodze powrotnej. Pozostawała tylko zemsta - spokojna, rozważna, planowa - bo w walce z nie byle jakim przeciwnikiem. Należało uzbroić się w bezwzględny chłód i odporność na szatańskie wdzięki tej kobiety, której destrukcyjna władza prawdopodobnie rozpoczynała się dopiero z chwilą dopełnienia aktu płciowego. W uszach dźwięczały mi wciąż lekceważone zrazu słowa nieszczęśliwego: - Zdaje mi się, że gdybym był nie wdawał się z nią w bliższy stosunek, nie uległbym obecnemu stanowi. Jakąkolwiek rolę odegrał w tej sprawie wpływ Sary, należało strzec się. W każdym razie spostrzegłem, że odczuwa ku mnie niedwuznaczny pociąg, i kto wie, czy już w myśli nie wybrała sobie mnie na następcę. Postanowiłem z tego skorzystać, pozornie przystając na ewentualne propozycje. Lecz należało czekać; było jeszcze za wcześnie. Tymczasem bywałem u niej często, odwiedzając w każdej wolnej chwili. Lecz od ostatniej sceny w sypialni ani razu nie pozwoliła mi widzieć chorego, snadź obawiając się podejrzeń, które by mogły mnie zniechęcić. Ustępowałem, poprzestając na zabawie w salonie i wspólnej lekturze. Tak upływały dnie i tygodnie, w ciągu których obserwowałem coraz silniej skłaniającą się ku mnie namiętność Sary. Lecz ani razu nie pozwoliłem przekroczyć granicy zakreślonej towarzyską formą, potęgując tym jeszcze jej wyuzdaną lubieżność. Moja powściągliwość irytowała, podżegając ogień. Z wolna stawałem się panem sytuacji... Pewnego wieczoru przyjechałem nieco później, bo już koło dziewiątej, by spędzić chwil parę przy wspólnej kolacji. Czas był pogodny, czerwcowy. Przez otwarte okno jadalni wnęcał się łagodny wietrzyk wieczorny, lekko wydymając koronki firanek. Z parku wsączały się do wnętrza aromaty kwiatów, płynął zapach przekwitających jaśminów. Z alei klonów szły skargi słowików, czasem zabłąkał się cichy poświerk zasypiających świerszczy. Siedziałem wyciągnięty w fotelu, popijając kawę. Sara grała na pianinie zawrotny taniec derwiszów. Patrzyłem na ruchy jej rąk gwałtowne, fanatyczne, jak dobywały tony gorące szałem, dyszące krwią, pijane. Była piękną w tej chwili. Bladą jej twarz powlókł ciemny rumieniec, oczy miotały błyskawice, krągła, cudnie sklepiona pierś poruszała przyspieszonym oddechem zwoje białego peniuaru niby falę pian. Nagle wśród największego zapamiętania, gdy wsłuchany w grę, upajałem się skwarem egzotycznej muzyki, przyszła jak grom myśl o Stosławskim. Gdzie on teraz, co robi? Może wciśnięty w kąt przyległego pokoju uśmiecha się jak wtedy? A może gra Sary zgalwanizowała na chwilę i ten łachman człowieczy? A wtedy? Jakaż bezdeń rozpaczy skowyczeć musi w tych resztkach człowieczych! Jak podrzucony zerwałem się z miejsca i kładąc rękę na klawiaturze, krzyknąłem: - Dosyć! Chcę widzieć Stosławskiego! Natychmiast! Sara zaskoczona znienacka wyprostowała się dumnie, mierząc mnie spokojnie oczyma: - Nie zobaczy go pan. - Muszę! Rozumie pani - muszę! Dzisiaj, zaraz! W przeciwnym razie... Lecz nie dokończyłem groźby, bo w tymże momencie szatę Sary zalał szkarłatny odblask, że stanęła przede mną jakby w płomieniach. - Co to? - zawołaliśmy równocześnie, zapominając o wszystkim. Oczy nasze skierowane bezwiednie w okno dojrzały spoza szczytów drzew parkowych krwawa łunę pożaru. Z dali dolatywał już stłumiony przed chwilą przez muzykę gwar zmieszanych głosów i krzyków. Do jadalni wpadła wybladła służba: - Jasna pani, Polanka pali się! Dom gajowego koło pałacu cały w ogniu! Sara pytająco zwróciła się ku mnie. - Proszę wsiąść do mego powozu, który czeka przed bramą - zadecydowałem szybko. - A pan? - Zaraz przyjdę - proszę zaczekać w karetce - pojedziemy razem - muszę ocalić portret pani z salonu, ten ostatni, najlepszy... Wyprowadziłem ją i poleciwszy służącemu, by pomógł wsiąść do pojazdu, sam zawróciłem do willi. Chodziło mi nie o portret, lecz o Stosławskiego. Nie mogłem go zostawić na pastwę płomieni. Wyważyłem gwałtownie drzwi od sypialni i wpadłem do środka, wołając: - Kaziu! Kazik! To ja! Gore! Ruszaj stąd! Uciekajmy! Odpowiedziało milczenie. W sypialni było ciemno, nie widziałem nic. Może zasnął? Namacałem ręką guzik elektryczny i przekręciłem. Błysk światła spłynął się z okrzykiem grozy wydanym z mej piersi. Na krześle wysuniętym na środek pokoju ujrzałem galaretowatą postać ludzką kształtem i konturami twarzy przypominającą Stosławskiego. Był przejrzysty na wylot; widziałem poprzez niego rysujące się wyraźnie sprzęty pokoju... Nie dowierzając wzrokowi, dotknąłem go: ręka natrafiła na coś ustępliwego jak gęsta ciecz. Cofnąłem szybko dłoń; z palców moich ześliznęła się jakaś lepka, kleista treść jak żelatyna i ściekła leniwo na podłogę. Nagle postać zawahała się, śluzowaty kształt zachybotał w dziwnej rozchwiei i rozpadł się na części. Z przeźroczej masy poczęły wysnuwać się pojedyncze pasma niby mgławicowe pierścienie, które uniósłszy się w górę, bujały czas pewien i sczezały nie wiadomo jak w przestrzeni. Po paru minutach nie zostało nic - krzesło było puste: Stosławski rozwiał się bez śladu... Ze zjeżonym włosem wybiegłem z willi i dopadłszy powozu, kazałem ruszać co tchu. Jechaliśmy w milczeniu oświeceni łuną szalejącego pożaru. Sara o nic nie pytała, ja też nie miałem ochoty do zwierzeń. Po przybyciu do miasta umieściłem ją w jednym z hoteli, a sam spędziłem noc u siebie. Nazajutrz z dzienników dowiedziałem się, że pożar szczęśliwie ugaszono i willa ocalała. Pospieszyłem z wiadomością do Sary, która natychmiast postanowiła wracać. Odwiozłem ją do pałacyku, by odtąd zamieszkać z nią wspólnie; było to jej gorącym życzeniem. Przystałem bez wahania. O Stosławskim nie mówiliśmy, jak gdyby nigdy nie istniał. Rozpoczęła się druga faza mej znajomości z tą dziwną kobietą... Od taktyki dotychczasowej nie odstąpiłem ani na krok. Chociaż żyliśmy obok siebie w codziennej styczności, stosunek nie przybrał form małżeńskich. Dowodów bezpośrednich na zabójczy wpływ, jaki mogło wywierać płciowe obcowanie z Sarą, wprawdzie nie miałem, lecz instynkt ostrzegał mnie przed zbytnią zażyłością. Grałem tedy rolę przyjaciela, idealnego opiekuna i doradcy, unikając starannie spółki cielesnej. Sarę widocznie upór mój rozdrażniał, wzmagając chęć przełamania go. Używała tysiąca środków i półśrodków, na jakie tylko może zdobyć się kobieta ponętna, by przezwyciężyć moją odporność. I przyznać muszę, że przeżywałem nieraz chwile szalonej pokusy - lecz obraz Stosławskiego, okropna wizja jego ostatniej, szczątkowej formy ziemskiego bytowania tam, w tej przepysznej sypialni mroziła mnie za najlżejszym wspomnieniem, ścinając w lód zapędy krwi. Moja dziwna powściągliwość zrazu gniewała ją: pierwsze miesiące nienaturalnego współżycia, były pasmem gwałtownych scen. Pytany o powód, zwalałem wszystko na karb platonicznego uczucia, jakie rzekomo we mnie obudziła. - Zbyt wysoko cię cenię, Saro - odpowiadałem zwykle na jej namiętne wybuchy - by odważyć się na użycie fizyczne twego ciała. Umieściłem cię na zbyt górnym piedestale, by móc sięgnąć ręką po ciebie. Nie chcę brukać swego ideału. Wtedy wyszydzała mnie, nazywając zwyrodniałym idealistą lub jeszcze mniej pochlebnymi epitetami. Znosiłem obelgi z zimną krwią, czekając, jak sprawa rozwinie się później. Tak minął rok. O ile zrazu Sara żywiła nadzieję zwycięstwa, powoli pewność opuszczała ją. Bezskuteczność coraz silniejszych ataków snadź zbijała z tropu - zaczęła patrzeć na mnie ze zdumieniem i - rzecz zastanawiająca - z rodzajem przerażenia. Ten strach odkrył mi pobudki jej postępowania. Po czasie nabrałem przekonania, że chęć pożycia małżeńskiego ze mną nie wypłynęła wyłącznie z popędu, lecz miała znacznie głębsze źródła - była dla niej prawdopodobnie kwestią bytu. Fatalnym stało się dla niej, że uległa momentowi pociągu fizycznego ku mojej osobie - fatalnym dla kobiety, która przywykła do zwycięstw, której dotąd nie oparł się żaden mężczyzna. Z chwilą zadzierzgnięcia sieci na osobniku płci przeciwnej wytwarzał się dla niej zapewne specjalny stosunek, który nosił w sobie zarody niebezpieczeństwa dla stron obu: zależało to tylko od zachowania się mężczyzny. Jeśli uległ i przystał na akt seksualny, Sara miała go w ręku na zawsze. Lecz jeśliby zachował rezerwę, sprawa mogła przybrać obrót groźny dla tej wyjątkowej kobiety. Zdaje się, że w tym wypadku nie mogła przejść spokojnie w ramiona drugiego, nie mogła swobodnie rozpiąć ponownych wników na kogo innego - dopóki nie rzuciła pod swoje stopy opornego wybrańca. Dotąd życie jej było zwycięskim pochodem, bezwzględnym triumfem poskromicielki. Lecz nadeszła chwila odwetu, a ja byłem jego narzędziem. Sara Braga nie mogła zerwać ze mną, nie mogła oddalić mnie mimo daremnych wysiłków. A siły moje rosły z dniem każdym przez odpór i wzmagałem się w mocy przez nieugiętą wolę. Po roku znikły niemal zupełnie pogróżki i szyderstwa, by przejść w pokorę i prośbę. Sara Braga, dumna, królewska Sara zaczęła błagać i łasić się u nóg moich. Bo chodziło o jej piękność, urodę, bo chodziło o jej demoniczną młodość, może i o coś więcej jeszcze: może szło o życie. Po roku naszego wspólnego pożycia Sara zaczęła widocznie starzeć się. Pewnego dnia zauważyłem w jej kruczych włosach zdradzieckie srebrne linie, a w kątach ust krzyżową sieć zmarszczek. Wyniosła postać traciła powoli dawną elastyczność, pierś przestała prężyć się gibką falą. Sara więdła jak kwiat zwarzony jesiennym szronem. Wiedziała o zaszłej zmianie - każde lustro pouczało o tym wiernie - a lustr było tyle we willi! I wtedy, ku niewymownej radości, rozpacz ujrzałem - piekielną rozpacz dużych, czarnych, ognistych oczu. Owoc zemsty dojrzewał, dościgał z cicha, niespostrzeżenie. Siły moje zwielokrotniły się, potężnym spięciem jakby skupiły się we mnie. Czułem tajemniczą pomoc wkoło siebie, stałem się jakimś magnetycznym ośrodkiem, który przyciągał, wsysał z peryferii ukryte energie drzemiące w tym domu: nie byłem sam we willi. Zaczęły się rozwijać zagadkowe objawy, występowały coraz śmielej jakieś dotąd uwięzione prądy, rodziły się jakieś moce. Lecz czułem, że były mi przyjazne, że stały po mojej stronie. I ona je spostrzegła - ze zgrozą, z bezgraniczną grozą dopadniętej zwierzyny, i zwróciła się do mnie po schron, po opiekę. Naiwna! Jakby nie wiedziała, że to ja właśnie je wyswobodziłem. Odtąd nie chciała sypiać sama, z lękiem wyczekując wieczornych godzin. W domu przez całą noc paliły się światła i jasno było we willi jak w dzień. Ani na chwilę nie rozstawała się ze mną w obawie przed samotnością, w zabobonnym strachu przed czymś okropnym. A gdy usnęła na parę godzin znużona czuwaniem, miewała marzenia straszliwe, bo przez sen nieraz słyszałem jej cichy, stłumiony jęk. Raz porwawszy się z łóżka, w bieliźnie, z rozpuszczonymi włosami przypadła do mnie w obłąkańczym przerażeniu i przytuliła zakrytą dłońmi twarz do mojej piersi. - Co tobie? Przyśniło ci się co? - zapytałem sam zdjęty dreszczem trwogi. - Boję się - wyszeptała drżąc jak listek - boję się. Tylko nie odchodź ode mnie! Umarłabym w tym domu ze strachu. Gdyby nie mój stanowczy upór, byłaby opuściła pałacyk i przeniosła się gdzie indziej. Lecz przeprowadziłem swą wolę: musiała pozostać. Wreszcie strach, rozpacz i szał bezsilnej wściekłości dosięgły punktu zwrotnego. Pewnej nocy, opętana dławiącą zmorą, z oczyma wychodzącymi z orbit, porwała się w koszuli z łóżka i stanęła nade mną, dysząc ciężko. Z ust jej wyszedł zziajany, świszczący szept: - Bierz mnie, ty kacie jeden! Bierz lub... zginiesz! W podniesionej ręce błysnęło zimno ostrze weneckiego puginału. Uderzyłem ją wzrokiem: ramię sparaliżowane opadło bezwładnie, sztylet wyślizgnął się ze zesztywniałych palców. - Cha! cha! cha! - zaśmiałem się, siadając w fotelu, na którym po raz ostatni ujrzałem znikającą postać Stosławskiego. - Cha, cha, cha! I na to, jak widzisz, byłem przygotowany. Chciałaś wiedzieć tyle razy, dlaczego gardzę twym ciałem, dlaczego nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. W odpowiedzi przeczytam ci coś ze starych, świętych ksiąg. No, możesz teraz już usiąść tam naprzeciw - tylko nie ponawiaj próby! Byłaby równie zbyteczną. Czy chcesz posłuchać? Z rezygnacją dobijanej ofiary obsunęła się na dywan. Wydobyłem z szafki Stary Testament, Księgę tę ostatnimi czasy studiowałem z zapałem, zatapiając się w jej przedziwne tajniki, upojony poezją słowa i głębią treści. Otworzyłem Księgę Trzecią Królewską i głosem spokojnym, przejęty ważnością chwili, odczytałem z rozdziału pierwszego następujący urywek: "...A król Dawid zestarzał się był i miał wiele dni wieku: a gdy go odziewano szatami, nie zagrzewał się. Rzekli mu tedy słudzy jego: Poszukajmy królowi, panu naszemu, młodej panienki, niech stoi przed królem i okrywa go i śpi na łonie jego a zagrzewa króla, pana naszego. A tak szukali panienki pięknej we wszystkich granicach izraelskich i naleźli Abizag Sunamitkę i przywiedli ją do króla. A była panienka bardzo piękna i sypiała z królem i służyła mu..." Przerwałem, podnosząc oczy na Sarę. Wyminęła spojrzenie. - Cóż? Rozumiesz? Wzruszyła nerwowo ramionami: - Cóż mnie to obchodzi? W jakim związku pozostaje ten fragment z nami? - Nie kłam, Saro! Ty rozumiesz wszystko. Ten sędziwy egoista - to twój praojciec L mistrz. - Mówisz jak szaleniec - odparła, zacinając z pasją wargi. - Kłamiesz, Saro! Lecz posłuchaj innych wyjątków z Księgi Tobiasza, rozdziałów 3. i 6. Te wyjaśnią sytuację zupełnie. - Z Księgi Tobiasza? - wyjąkała jak przez sen. - Tak, z dziejów Tobiasza i Sary; dziwnym zrządzeniem przypadku jesteś współimiennicą tej szatańskiej kobiety... "...Tegoż tedy dnia przydało się, iż Sara córka Raguelowa w Rages, mieście Medskim, y ona usłyszała urąganie od iedney służebnice oyca swego, bo była wydana za siedm mężów a czart imieniem Asmodeusz pomordował je, skoro do niej weszli..." Przerzuciwszy kartkę, czytałem dalej z rozdziału 6.: "I odpowiadając, Anioł rzekł: - Jest tu imieniem Raguel mąż... a ten ma córkę... Sarę... Twoja ma być wszystka majętność jej i masz ją pojąć za żonę... Odpowiedział tedy Tobiasz i rzekł: "Słyszę, że była wydana za siedmiu mężów, a pomarli; alem i to słyszał, że je czart zamordował... Otóż się boję, by snadź i mnie się to nie stało..." Rzekł mu tedy Anioł Rafael: "Posłuchaj mnie a pokażęć, którzy to są, nad którymi czart przemoc może. Ci bowiem, którzy w małżeństwo tak wstępują, że Boga od siebie... wyrzucają, a swej lubości tak dosyć czynią, jako koń i muł, którzy rozumu nie mają... nad tymi czart ma moc... Ale gdy ją ty pojmiesz, wszedłszy do łożnicy, wstrzymujże się od niej przez 3 dni, a niczym się innym jedno modlitwami z nią nie będziesz zabawiał". Zamknąłem Biblię i spojrzałem na Sarę. Nigdy nie zapomnę jej w owym tragicznym momencie. Rozpacz i wstyd, wściekłość, strach i ogromny, niepojęty ból wypełzły z otchłani tej demonicznej duszy, by zagrać po raz ostatni na twarzy zmąconym akordem dysonansów! Jak pantera rzuciła się ku mnie z drapieżnie zakrzywionymi palcami: - Ty łotrze podły! Podszedłeś mnie, zniszczyłeś, zdeptałeś i teraz jeszcze chcesz się pastwić nade mną? Chwyciłem mocno zwiniętą do ciosu pięść i rozbroiłem: - Uspokój się, wiedźmo! Dziś to nasza noc ostatnia - jutro opuszczę ten dom na zawsze. Lecz. nie spędzisz wraz ze mną tych paru godzin, których jeszcze nie dostaje do brzasku. Obmierzło mi twe towarzystwo. Ponieważ zachowujesz się jak megiera, zostawię cię samą tam w salonie. Chcę odpocząć tutaj sam nareszcie. . . Opierającą się zawlokłem niemal przemocą wśród uporczywego szamotania się do skrzącej topielą świateł sali. Potem, zamknąwszy za nią drzwi, wróciłem do sypialni i z rozstrojonymi walką nerwami oparłem się ciężko o framugę okna, wpatrując się w kiry nocy... Wtem rozpruł ciszę głuchy, okropny, rozdzierający krzyk kobiety. Był tak przeraźliwy, tak przejmujący, że mimo wszystko wtargnąłem z powrotem do salonu. Tu było ciemno. Przed chwilą jeszcze pokój zalany potokami światła, teraz nurzał się w grubej poćmie nocy: pogasły nagle elektryczne lampiony, zmierzchły fantastyczne żyrandole. Krzyk ustał nagle i zapanowała głucha, duszna cisza. Przejęty nieokreślonym lękiem, przyniosłem z sypialni płonącą lampę. Światło padło na estradę w głębi... Na stopniach ostatnich leżała na wznak z rozkrzyżowanymi ramionami Sara. Z twarzy jej wykrzywionej okropnie uczuciem grozy patrzyły na mnie zeszklone w bezruchu śmierci oczy; zginęła momentalnie pod wpływem jakiegoś nieludzkiego przerażenia.

06.01.2002
15:51
[4]

Shadowmage [ Master of Ghouls ]

Adamus-->Ja też uwielbiam takie klimaty :-))) Ile umieściłeś w karczmie?

06.01.2002
18:30
smile
[5]

Prestidigitator [ Konsul ]

Jak kiedys znalazl sie w moich rekach zbiorek opowiadan E. A. Poe to nie moglem sie od niego oderwac. Co prawda nie wszystkie opowiadania byly rewelacyjne ale wszystkie trzymaly poziom i dobrze sie je czytalo. Jednak prawdziwe opowiadanie grozy, do ktorego powstania przyczynil sie E.A. Poe to jego... biografia. Nie wiem czy to wszystko co pisza na jego temat jest prawda ale jak jest, to musze przyznac, ze Poe byl niezlym "ekscentrykiem" :-).

06.01.2002
19:26
[6]

Kłosiu [ Senator ]

Swietne to polskie opowiadanie. :)

07.01.2002
10:03
smile
[7]

Lechiander [ Wardancer ]

Adamus ---> Dzięki!!!

07.01.2002
11:00
[8]

Adamus [ Gladiator ]

Shadowmage --> W Karczmie jest jeszcze z pięc utworów EAPa, ale w wiekszości wiersze. Presti --> Zgadza się, facet miał ciekawe życie, ale bym sie nie zamienił ;-). Pewien akcent Poe mozna chyba spotkać u Kinga, nie wydaje Ci się? Kłosiu --> Jakis czas temu wydano chyba trzytomowa antologie utworów Grabińskiego i naprawdę jest tam wiele niezłych opowiadań. Pare lat temu ja komus pożyczyłem i nie pamietam komu, ale nikt się nie przyznaje i już jej chyba nie odzyskam :-(. Lechiander --> Prosze bardzo.

07.01.2002
16:27
[9]

Prestidigitator [ Konsul ]

Adamus --> Masz racje. Sam King wielokrotnie mowil, ze bardzo lubi E.A. Poe i przyznawal sie do czerpania inspiracji z jego tworczosci. A propos Kinga to niedlugo bede mial w koncu okazje przeczytac Zielona Mile i az nie moge sie doczekac :).

07.01.2002
17:47
smile
[10]

Adamus [ Gladiator ]

Presti --> Ja po obejrzeniu filmu, obleciałem kilka księgarni i jak wreszcie dopadłem książkę (gruba bestia), to przeczytałem ja tego samego dnia do 3.30 rano, a o szóstej wstałem do pracy ;-))). Musi, że nie tylko maniak komputerowy za mnie.

07.01.2002
19:23
smile
[11]

Prestidigitator [ Konsul ]

Adamus --> Maniak to maniak, po co sie rozdrabniac na maniakow komputerowych, ksiazkowych itd. :)). Jesli juz o maniakach mowa to dodam tylko, ze ksiazki Kinga sprowadzam sobie zza wielkiej wody :).

07.01.2002
20:25
[12]

Trael [ Konsul ]

Fajnie podobało mi się. Jednak bardziej podoba mi się Lovecraft

07.01.2002
20:28
[13]

Shadowmage [ Master of Ghouls ]

Trael-->też go lubię. Ale z czasem jego opowiadania robią się wtórne.

07.01.2002
20:34
[14]

Trael [ Konsul ]

Shadow---> Są dwie rzeczy które denerwóją mnie w opowiadaniach Lovcrafta: 1 Bohater opowiadania prawie zawsze pozostaje przy życiu 2. Teksty w stylu : Pokuj wypłniała nieopisan groza ita. Zawsze występują na początku opowiadania. Ale ogólnie rzecz biorąc Lovecraft rule. Czytałeś "W górach szaleństwa" wyrąbiste

07.01.2002
20:37
[15]

Shadowmage [ Master of Ghouls ]

1. Zgadzam się. Ale zwykle są to opowiadania w pierwszej osobie, więc ciężko byłoby to opowiedzieć nie żyjąc. Chciaż to opowiadanie o niemieckiej łodzi podwodnek, oraz Coś na progu kończyły się zejściami. 2. To moze być wina tłumaczenia (groza) Poza tym były zwykle publikowane oddzielnie, więc nie było tego widać. 3. Czytałem te 3 tomy co je Zysk wydał.

07.01.2002
20:44
[16]

Trael [ Konsul ]

A jeszcze takie jedno o powiadanie o kosmonaucie nazwy sobie nie mogę przypomnieć też bohater umiera na końcu. Ja czytałem 2 zbiory opowiadań "Coś na progu" i "W górach szleństwa". Czytałeś może zbiór opowaidań "Zew Chtcutlu" Obecnie szukam jakiejś gierki w tych klimatach, ale chodzi mi o coś starszego np. Shadow of the Comet lub Prisoner of Ice, jak byś wiedział gdzie to dostać to napsisz

07.01.2002
20:50
[17]

Shadowmage [ Master of Ghouls ]

Niestety nie wiem. Zew Chtcutlu nie cytałem bo terz nie można go dostać. Moze poszukam w bibliotekach. Za to czytałem podręczniki do gry fabularnej :-)) Na podstawie opowiadań było Alone in the dark.

07.01.2002
20:59
[18]

Trael [ Konsul ]

:))) Podręcznik do gry Zew Chctulu mam. Pies mi pogryzł i teraz wygląda jeszcze fajniej ;) Alone in the dark grałem i teraz właśnie szkuam czegoś nowego starego.

11.01.2002
23:11
smile
[19]

Piotrasq [ Seledynowy Słonik ]

Dla wszystkich zainteresowanych, ale lubiących grać a nie czytać....

© 2000-2021 GRY-OnLine S.A.